Lo otarła pot spływający jej z czoła i z hukiem zamknęła przemysłowe drzwi kolejnej pralki, w której wylądowała góra prania. W Klubie Viridian Ray przez całą dobę pracowało przynajmniej pół tuzina potężnych maszyn, a silniki wielkości słoniątek sprawiały, że w pralni panował upał nie do zniesienia, nawet w zimowe miesiące.
Pociągnąwszy łyk wody z butelki, Lo podziękowała Lunie za to, że dzisiaj przypadł jej w udziale dyżur w pralni. Mogła znowu trafić do czyszczenia zabawek, a kiedy zarabia się na życie sprzątaniem klubu nocnego, każda noc, podczas której nie trzeba niczego szorować ręcznie, jest błogosławieństwem.
Lo przeciągnęła się, czując, że jest wystarczająco nawodniona i gotowa do kolejnego zadania z listy, która zdawała się nie mieć końca. Zanim jednak zdążyła chwycić kosz z jedwabną pościelą wymagającą prasowania parowego, drzwi pralni otworzyły się z łoskotem. Do środka wpadła Aris, kolejna członkini ekipy sprzątającej. Lo westchnęła w duchu, doskonale wiedząc, że ta ludzka kobieta jest właśnie w trakcie jednego ze swoich słynnych napadów wściekłości.
— Lo, masz natychmiast iść do pokoju 303 — syknęła.
— Słucham? — Trudno było wyczuć, skąd brały się humory Aris, ale przez trzy miesiące znajomości z nią Lo nauczyła się, że najlepszą reakcją na jej popisy ego jest całkowity brak reakcji.
— Ty. Pokój 303. Teraz.
— Nie, tę część zrozumiałam. Chodzi o to, że w tym tygodniu nie mam w grafiku przygotowywania prywatnych pokoi. — Lo pochyliła się, by podnieść kosz z ubraniami. — Jeśli trzeba gdzieś gasić pożary, to jestem niemal pewna, że to problem Briar.
Aris podeszła i wyrwała jedwabie z rąk Lo. — Czy ja tu gdzieś widzę Briar? Bo jeśli ten pokój nie będzie gotowy w ciągu pół godziny, przez resztę swojego nic niewartego życia nie będziesz oglądać niczego poza wnętrzem więziennej celi, *piesku*.
— Odważne słowa jak na człowieka. — Lo obnażyła zęby, choć gest ten był, trzeba przyznać, znacznie mniej onieśmielający niż jeszcze kilka miesięcy temu.
— Może i jestem człowiekiem, ale przynajmniej nie brudną przestępczynią — uśmiechnęła się złośliwie. — O, i właśnie sobie przypomniałam, że 803 też wymaga sprzątania. Pół godziny. Lepiej się streszczaj, jeśli nie chcesz wylądować z powrotem w budzie.
Po tych słowach kobieta odwróciła się na pięcie i dumnym krokiem wyszła z pomieszczenia. *Pewnie idzie kopać dzieci albo robić cokolwiek innego, co zajmuje jej wolny czas*.
Lo potrząsnęła głową. Była zbyt zmęczona, by przejmować się jadowitymi słowami Aris. To nie było tego warte. Jeśli ta kobieta miała dość tupetu, by obrażać wilkołaka prosto w twarz w samym środku ich klubu, Lo wiedziała, że nie zawahałaby się spełnić swoich gróźb. Luna wiedziała, że Lo widziała już takie rzeczy.
Przez większość czasu Madame Vesper była wyniosłą panią domu, zbyt pochłoniętą tandetnymi sprawami, które wypełniały jej dzień pracy, by zawracać sobie głowę mikrozarządzaniem personelem. To sprawiało, że starsi stażem pracownicy przejmowali stery, niezależnie od tego, czy im to zlecono, czy nie. Jak każda inna instytucja, Klub Viridian Ray miał ścisłą hierarchię i — jak się najwyraźniej przyjęło — Lo znajdowała się na samym dole tego łańcucha pokarmowego. Lo nie byłaby pierwszą dziewczyną, którą Vesper odesłała z powrotem do Obsydianowego Więzienia z podkulonym ogonem, gdy tylko zaczęła sprawiać więcej kłopotów, niż była warta. Jeśli Lo kiedykolwiek miała nadzieję stąd wyjść, musiała trzymać głowę nisko i trzymać się zasad.
— Za Pacific City — westchnęła Lo i wyjęła zestaw do sprzątania z szafki w pralni, rozważając swoją listę zadań, która właśnie stała się znacznie bardziej wymagająca. Prywatny pokój musiał zostać doprowadzony do ładu jak każdy inny, wszelkie specjalistyczne przedmioty wymagały gruntownej dezynfekcji, a potem musiała przygotować pomieszczenie tak, by pasowało do jakiejkolwiek przesadnie skomplikowanej fantazji, o którą poprosił dany gość. Nie trzeba było dodawać, że trzydzieści minut to bardzo mało czasu.
Lo błyskawicznie uwinęła się z pierwszym pokojem, urywając 2 minuty i trzydzieści pięć sekund ze swojego osobistego rekordu. Grube kapy na łóżku wyglądały jak w najlepszym hotelu, poduszki były idealnie puszyste, a każdy bicz i wiosło poukrywane w pokoju praktycznie lśniły. Wycieńczona, ale na przekór wszystkiemu dumna z dobrze wykonanej roboty, Lo ruszyła na ósme piętro, mając nadzieję, że Ellis obsługuje dziś windę.
Winda otworzyła się, a Lo natychmiast przykleiła do twarzy sztuczny uśmiech, już godząc się z perspektywą długiej wędrówki po krętych schodach klubu. — Ellis — rzuciła na powitanie. — Masz ochotę na wycieczkę na ósme piętro?
Zgodnie z *całkowitymi* przewidywaniami, warga nadętego starszego mężczyzny wygięła się w geście niepohamowanej i, szczerze mówiąc, *niepotrzebnej* pogardy. — Nie dla ciebie. Tylko dla gości i szanownego personelu.
— Taa — nie czekała, aż skończy, a tym bardziej nie trudziła się kłótnią. Lo wiedziała z doświadczenia, że ten sztywniak nie ustąpi. Stary drani czerpał chorą satysfakcję z władzy nad windami, jakby był bogiem boyów hotelowych czy coś w tym rodzaju. *Wiele tu takich osób*, pomyślała Lo, przewracając oczami i zaczynając mozolną wspinaczkę po schodach.
Mniej więcej w połowie krętych schodów Lo usłyszała ciche, namiętne jęki przenikające przez ściany klatki schodowej. Przez ostatnie trzy miesiące widziała i słyszała rzeczy, o których wcześniej nawet nie śniła. Mimo że była dziewicą, w żadnym wypadku nie była pruderujna. Wilki z natury nie należały do skromnych — ta cała pierwotna energia i tak dalej — a Lo nigdy nie była wyjątkiem.
W „Dawnych Czasach” miała za sobą sporą dawkę całowania i pieszczot, a raz czy dwa posunęła się nawet nieco dalej, ale nigdy nie czuła potrzeby, by dobić do brzegu. W każdym razie nie z żadnym z jej poprzednich partnerów. Z jej perspektywy tamci chłopcy byli tylko przelotnymi romansami, wprawką przed tym, którego Lo naprawdę pragnęła, *jedynym* mężczyzną, którego kiedykolwiek szczerze chciała. Świetnie, teraz czuła się zażenowana *i* głupia.
Ignorując płonące policzki, Lo kontynuowała wspinaczkę. Nie była jakąś zawstydzoną nowicjuszką. Przez ostatnie dziewięćdziesiąt dni widziała wystarczająco dużo miłosnych igraszek, by powinna się już do tego przyzwyczaić, ale to było po prostu… takie… *głośne*.
Skręcając na ostatni półpiętro, Lo nagle stanęła twarzą w twarz ze źródłem swojej irytacji — dźwięki nie dobiegały zza zbyt cienkich ścian, jak sądziła, ale od pary, która otwarcie i bezwstydnie obmacywała się w przedsionku. Lo zamrugała, patrząc na… drapieżność, z jaką mężczyzna spijał usta swojej partnerki. Robił to mocno i dokładnie, a dominacja, którą emanował, zagęszczała powietrze. Z tego, co Lo mogła wywnioskować, pełne pożądania jęki, na tyle donośne, by wypełnić połowę klatki schodowej, wydawały się w pełni zasłużone.
Mimo to, gdy jedna z dużych dłoni mężczyzny zsunęła gorset kobiety, by schwytać jej obfity biust, nadszedł najwyższy czas, by Lo się ulotniła. Podglądactwo było popularnym fetyszem wśród klienteli klubu, ale za pokazy trzeba było płacić, więc każdy pracownik przyłapany na gapieniu się na gości musiał albo oddać fartuch, albo dołączyć do zabawy, a w tej chwili Lo nie była zainteresowana żadnym z tych scenariuszy.
Starając się stać niewidzialną, Lo spróbowała wycofać się tak niepozornie, jak to tylko możliwe. W momencie, gdy się poruszyła, oczy mężczyzny wystrzeliły w jej stronę. *Cholera*, pomyślała Lo, przygotowując się na reprymendę. Jednak zamiast ją skrzyczeć, mężczyzna o oczach barwy lodowatego błękitu przykuł jej spojrzenie. Pełne usta wygięły się w lubieżnym uśmiechu, gdy zjechał w dół, na szyję partnerki, a potem niżej, by wziąć czubek jej piersi do ust. Kobieta westchnęła niczym gwiazda porno, a dla Lo był to sygnał do odwrotu. W końcu udało jej się zerwać kontakt wzrokowy z mężczyzną.
— Kim jesteś? — Jego głos był głęboki i zimny. Lo trafiła w sedno, myśląc o słowie „lodowaty”, gdy po raz pierwszy na nią spojrzał. Wszystko w nim było mroźne, od idealnie ułożonych, jasnych blond włosów po te lodowatobłękitne oczy.
Lo nie wiedziała, kim jest ten mężczyzna ani jakie ma zamiary, ale wiedziała, jak to jest być ocenianym niczym zwierzyna łowna. Im szybciej zakończy tę konfrontację, tym lepiej. — Tylko obsługą pokoju, idę do 803 — rzuciła mu przepraszający uśmiech. — Przepraszam, że przeszkodziłam, panie. Już, em, schodzę z drogi, żebyście mogli wrócić do… tego.
— Szczęśliwy traf, sam się tam wybieram — powiedział, odsuwając się od blondynki, którą przed chwilą pieścił. — Pozwól, że cię odprowadzę.
Kobieta parsknęła i odwróciła się, obdarzając Lo spojrzeniem, które mogło wzniecić ogień. *Och, znalazła się Briar*. Lo nie była tyle zszokowana, co poirytowana. W takim miejscu zawsze ktoś próbował ugrać coś dla siebie. — Czekaj, nie skończyliśmy — błagała głosem, który był podejrzanie o kilka oktaw wyższy, niż Lo zapamiętała.
— Ależ owszem, skończyliśmy. — Wyciągnął plik gotówki z dopasowanej marynarki i wrzucił go w wyciągnięte dłonie Briar; wszelki ból po zniewadze został natychmiast zapomniany. Z satysfakcjonującym mruknięciem Briar zeszła po schodach, nie rzucając nawet spojrzenia za siebie.
Zostawszy sam na sam z nieznajomym, Lo poczuła na sobie cały ciężar jego uwagi. — Wyglądasz, jakby podobało ci się to przedstawienie. Jeśli będziesz grzeczna, pokażę ci więcej.
Oddech uwiązł jej w gardle. Nie była pewna, skąd to się wzięło. Lo wiedziała, że jest atrakcyjna, ale trzy lata w podziemnej celi, a potem miesiące ciężkiej pracy odcisnęły na niej swoje piętno. Jej naturalnie oliwkowa cera dawno stała się blada, a teraz można ją było opisać jedynie jako chorobliwie żółtawą. Choć jej włosy były tak samo długie i falowane jak dawniej, ciemnorude pasma straciły dawną puszystość i blask.
Jednak sposób, w jaki ten mężczyzna na nią patrzył, sugerował, że równie dobrze mogłaby właśnie zejść z wybiegu dla modelek. Albo jakby tu *pracowała*. Zrobił krok do przodu i Lo, nagle czując się zbyt odsłonięta, odskoczyła w tył, zapominając o niebezpiecznej pozycji, w której się znajdowała, stojąc na samym szczycie bardzo długich schodów.
Lo krzyknęła, gdy straciła równowagę, a jej wiadro ze środkami czystości poleciało na łeb na szyję w dół stopni. Była gotowa polecieć za nim, gdy nagle silne ramię wystrzeliło w przód, chwyciło ją w talii i przyciągnęło blisko. W jednej chwili spadała, a w następnej wpatrywała się w oczy ostre jak szpikulce do lodu.
















