Kiedy Lo warknęła na zbliżającego się mężczyznę, nie potrafiła stwierdzić, który z nich był bardziej zaskoczony. Ten chodzący potwór prawdopodobnie był zszokowany, że kobieta odważyła się obnażyć przed nim kły. Lo natomiast była po prostu w szoku, że *ma* kły.
Przy bliższym zbadaniu okazało się, że kły się nie wysunęły, ale dziąsła bolały ją w sposób, którego nie czuła od dawna. Nagle wypełniła ją pierwotna chęć obrony, jakiej nie czuła od nocy, w której zginęła Lana. Jej klatka piersiowa znów zadrżała i Lo pewnie zwaliłaby się z nóg, gdyby i tak już nie kuliła się na podłodze. To drżenie, nadwrażliwość i niepokój, który czuła… to nie było nagłe, czuła, jak Nyssa budzi się przez całą noc. *Ale dlaczego teraz?*
Ciężkie buty zatrzymały się przed Lo, a potem stanęła twarzą w twarz z wielkim, rozwścieczonym mężczyzną, któremu właśnie publicznie rzuciła wyzwanie.
— Masz ochotę na bójkę, suko? — warknął jej prosto w twarz. Nyssa mogła być obecna, ale Lo nie wydawała się mieć do niej większego dostępu niż w Obsydianowym Więzieniu. Dalsze sprzeciwianie się temu psychopacie skończyłoby się tylko jej śmiercią. — Mów — rozkazał.
— N-nie.
— Nie co?
— Nie, proszę pana — wymamrotała Lo ze spuszczonym wzrokiem.
Wydając się udobruchanym jej szybką uległością, mężczyzna obnażył zęby w sadystycznym uśmiechu i wyprostował się, ruszając z powrotem w stronę szlochającej kelnerki.
— Widzisz — drwił. — Twoja koleżanka rozumie. Odmawianie mnie i moim kumplom nie było zbyt gościnne, prawda? — Chwycił kieliszek z pobliskiego stolika i napełnił go ciemnoczerwonym winem. Kucając przed kobietą, przycisnął szkło do jej drżących warg. — Wróćmy do zabawy, co? Pij.
— Dobra, odpuść, Lazarus!
— Stary, straszysz panienki!
Lo nie była pewna, co się zmieniło u tych idiotów, ale najwyraźniej przedstawienie przestało być zabawne. Głosy w pokoju zaczęły odzywać się w obronie szlochającej na ziemi dziewczyny.
— Nic nie robię, tylko proponuję dziewczynie drinka! — krzyknął do coraz mniej rozbawionego tłumu. — Co? Wszyscy pijemy, jesteś naszą gospodynią, to nieuprzejme, jeśli ty też nie wychylisz kielicha. — Doskoczył do niej, znów osaczając ją swoją tłustą, brzydką gębą. — Nie chciałabyś, żeby Madame Vesper usłyszała, że jesteś niegrzeczna, co? I tak już jesteś marną kelnerką!
— N-nie, pr-proszę… — znów zaczęła szlochać na dobre.
Energia pulsująca w klatce piersiowej Lo mówiła jej, że to jej szansa, by wyrwać się z tego syfu. Większość imprezowiczów zdawała się być po stronie dziewczyny, więc nadszedł czas, by Lo wyszła, póki palant i jego sprzyjający mu koledzy byli zajęci.
*Zajęci terroryzowaniem dziewczyny, podczas gdy ty uciekasz*, Lo stłumiła dręczący głos w głowie, mówiący jej, jaką jest tchórzynią. Już to wiedziała, ale dopiero co zaczęła zdawać sobie sprawę, jak wiele już straciła, i nie miała zamiaru ryzykować kolejnego kawałka siebie w walce, która nawet nie była jej.
Uważając, by nie przyciągnąć więcej niechcianej uwagi, Lo ruszyła szybkim i cichym krokiem w stronę drzwi. Na każdym kroku czuła, jak Nyssa się w niej miota.
Bestia, która wcześniej była nieobecna, teraz dawała o sobie znać w pełni, praktycznie wijąc się i drapiąc niewidzialne więzy, które trzymały ją uwięzioną pod skórą Lo. Była pewna, że gdyby Wilczyca mogła, wyrwałaby się na zewnątrz, wymuszając rzadką przemianę, ale w jakim dokładnie celu, Lo nie potrafiła określić.
W tej chwili pchał ją naprzód czysty, instynktowny popęd, ale liczne sygnały płynące od Nyssy były pomieszane i sprzeczne: walcz, chroń, uciekaj, *uciekaj, UCIEKAJ*!
Jakby miała demona na karku, Lo usłuchała niemego rozkazu i rzuciła się do klamki. Uczucie ciepła rozlewającego się na karku podpowiedziało jej, że została zauważona, ale to nie miało znaczenia — za kilka sekund będzie bezpieczna. Da znać ochronie, że impreza w 803 wymknęła się spod kontroli, ale jeśli o nią chodziło, jej praca tutaj dobiegła końca…
— Stój.
Mężczyzna nie podniósł głosu, by wydać rozkaz, ale jego głęboki, chropowaty głos i tak zabrzmiał głośno i wyraźnie. Kryształowy żyrandol odbił się w bieli jej kłykci, gdy zacisnęła dłonie na ozdobnej klamce, ale zamarła zgodnie z poleceniem. Oczywiście, że tak.
Tak się właśnie robi, gdy twój Alfa wydaje ci rozkaz.
— Odwróć się.
Nyssa zdawała się zapadać w klatce piersiowej Lo, próbując stać się tak małą, jak to tylko możliwe. Dokładnie to samo chciała zrobić Lo, co zrobiłaby na miejscu Nyssy, ale obie wiedziały, że jest już za późno. Zwierzyna została dostrzeżona, a drapieżnik był na pozycji do skoku.
Mimo ogólnego gwaru panującego w pomieszczeniu, jeden po drugim pozostali goście zaczynali wyczuwać niebezpieczną energię, jaka opanowała pokój. Nieoczekiwanie prawdziwy świat wkradł się w środek ich bakchanaliów, studząc zapał do zdeprawowanej zabawy. Krzywiąc się, Lo mocniej ścisnęła klamkę, przygotowując się do ucieczki — z pokoju, z klubu, było jej wszystko jedno. Musiała znaleźć się *z dala* od niego i każdego ohydnego uczucia, które w niej wskrzesił.
— Nie będę się powtarzać. — Jego i tak już szorstki ton nabrał ostrości brzytwy.
Przełykając lęk, Lo zrobiła, co jej kazano. Gdy się odwracała, trzymała wzrok wbity w podłogę przed sobą, z pięścią wciąż zaciśniętą na klamce niczym na linie ratunkowej.
— Spójrz na mnie, Lo. — Zwrócił się bezpośrednio do niej, a cała lubieżność reszty imprezy odeszła w niebyt, dopóki w tej brzemiennej w skutki chwili nie zostali tylko oni dwoje.
Lo uniosła podbródek, niepewna, jaki powinien być jej następny ruch. Nie chciała tej interakcji, ale skoro została do niej zmuszona, nie mogła zignorować tej stłamszonej części siebie, która chciała zbuntować się przeciwko losowi i odzyskać choć trochę kontroli, którą *ten* samiec jej skradł.
*Co jeszcze może mi zrobić? Trzy lata temu nie zrobiłam nic złego i teraz też nie zrobiłam nic złego.*
Nyssa skomlała, a Lo pomyślała o swoim kurczowym uścisku na klamce i o kelnerce napastowanej po drugiej stronie pokoju. *Spójrz, kim cię uczynił, Lo*, zacisnęła zęby. *To nie jesteś ty.*
W tej chwili Lo zdecydowała, że bez względu na to, co stanie się dalej, skończyła z kuleniem się ze strachu. Straciła kontrolę nad wszystkim, nad każdym ideałem, jaki kiedykolwiek wyznawała pod gruzami, w jakie zamieniło się jej życie. *Jedyną* rzeczą, którą mogła spróbować odzyskać, był szacunek do samej siebie. Mogła być przerażona i niepewna, zawsze będzie już pęknięta, ale niech ją szlag trafi, jeśli pozwoli temu sukinsynowi zobaczyć choć jedną kolejną łzę wylaną przez niego.
Zaciskając szczękę, Lo spojrzała prosto w oczy Vandera, wykonując jego polecenie, ale wysyłając jasny sygnał, że nie czuje się pokonana. Po raz pierwszy od trzech lat naprawdę się sobie przyjrzeli. Chłopiec, z którym spędziła niezliczone godziny dorastając, zniknął. Mężczyzna na jego miejscu był większy, twardszy. Jego ramiona już wcześniej były szerokie, ale teraz nabrały masy, zdefiniowanej warstwami smukłych mięśni. Z jego zwodniczo swobodnej, rozpartej pozy Lo widziała, że w końcu dorósł do swoich długich kończyn, zmieniając się z tyczkowatego młodzieńca w doskonale nastrojoną maszynę — samca będącego lustrem dla tkwiącego w nim wilka.
Jego piwne oczy błyszczały od tłumionych emocji. Jako niezłomny przywódca, Vander zawsze wiedział, jak odegrać przedstawienie, gdy mu to pasowało, i jak nad sobą panować, gdy sytuacja tego wymagała. Od dziecka posiadał żelazną zdolność kontrolowania emocji, ale jego oczy rzadko kłamały. Nie jej, nie komuś, kto znał go tak dobrze, mimo czasu spędzonego oddzielnie. Widziała wrogość w jego wyrazie twarzy, wiedziała, że jego opinia o niej się nie zmieniła, ale było tam coś jeszcze, co barwiło te miodowe oczy kolorami, których nie potrafiła nazwać. Była pewna, że on widzi to samo odzwierciedlone w jej spojrzeniu.
— Więc to jest to, co lubisz, co? — rzucił lekceważąco ktoś z bezkształtnego tłumu. Vander nie zareagował i ona też nie. Zamiast tego Vander podniósł się z miejsca, prostując się do pełnej wysokości, o kilka cali wyższy, niż zapamiętała.
— Nie zapomniałaś o mnie, co, Lo? — Jego chropowaty głos był lekki, niemal radosny w sposób, który był boleśnie, przerażająco znajomy. Kosmyk kruczoczarnych włosów opadł mu niedbale na twarz, a on go tam zostawił, co było częścią fasady, którą przybrał — uwiązanej bestii na pokaz.
— Alfa. — Skinęła głową w zdawkowym geście uznania, nie chcąc grać w jego grę. Wiedziała, że wyłapał każdy jej subtelny przejaw buntu, ale nie pokazał tego po sobie. Wręcz przeciwnie, jakiekolwiek uczucie dostrzegła w jego oczach wcześniej, teraz całkowicie zniknęło.
— Jak uciekłaś, Lo? — W jego głosie znów pojawiła się ostrość. Nie był zadowolony z tego potajemnego spotkania. Dobrze. Ona też nie.
Powoli podszedł do przodu, z rękami w kieszeniach, w luźnej pozie, z twardymi i celowo pustymi oczami. Gdy był blisko, zjeżyła się sierść Nyssy, ale nie było to żadne z ostrzeżeń, które męczyły ją przez cały dzień. *Popiół drzewny i fiołki*. Zapach nagle nasycił powietrze między nimi, ich indywidualne naturalne piżma zmieszały się, tworząc nową woń. *Zapach więzi*.
Vander zatrzymał się tuż przed nią. Jego nozdrza zadrżały i dokładnie tak jak tamtej nocy, poczuł jej zapach. Ale tym razem to nie był tylko jej zapach, to był zapach *ich obojga*. Starannie utrzymywana kontrola nad jego zachowaniem pękła, gdy Vander obnażył zęby i warknął. Wyjął ręce z kieszeni, a jego dłonie zacisnęły się w szpony u boków; żyły wychodzące na szyi były dowodem jego walki, by utrzymać swojego Wilka w ryzach, z dala od jego partnerki.
*Ja*, pomyślała Lo beznamiętnie, a jej ciało zadrżało na tę myśl. *Jestem partnerką Vandera.*
— Odejdź od tych pieprzonych drzwi, Lo — warknął Vander, a jego rozpalone oczy utonęły w miejscu, gdzie jej ręka wciąż spoczywała na klamce, gotowa do ucieczki.
To zmieniające rzeczywistość odkrycie, że ona i stojący przed nią mężczyzna są przeznaczeni, dotarło do Lo z nagłą jasnością. Przede wszystkim dotarło do niej, że znajduje się teraz w znacznie trudniejszym położeniu niż jeszcze chwilę temu. Z nowo połączonymi samcami nie należało igrać.
W tej chwili ciało Vandera było zalewane hormonami, nad którymi nie miał kontroli, jego pierwotna natura i ludzkie ciało walczyły z nadprzyrodzoną zmianą w samym jego DNA. Samiec w takim stanie był niebezpieczny, a Alfa jeszcze bardziej. Zdarzało się to niezmiernie rzadko, ale partnerki nie zawsze wychodziły bez szwanku z początkowych etapów więzi.
Lo była pewna, że fakt, iż Vander już jej nienawidził, wcale nie pomoże.
Nigdy nie spuszczając wzroku z dyszącego mężczyzny, Lo powoli zdjęła rękę z drzwi. Gdy tylko jej ramię opadło wzdłuż ciała, agresywna postawa Vandera złagodniała, ale tylko nieznacznie.
Powietrze między nimi zdawało się wrzeć, w pokoju robiło się coraz goręcej, gdy mierzyli się wzrokiem. Lo zauważyła pot perlisty na zaczerwienionym czole Vandera i zdała sobie sprawę, że w pokoju *rzeczywiście* robi się gorąco. Temperatura ich ciał zaczęła rosnąć w reakcji na bliskość.
W jeszcze bardziej niepokojącym odkryciu, ciało Lo zaczęło rozgrzewać się w inny sposób. Poczuła, jak jej tętno przyspiesza, a w podbrzuszu narasta pulsujący ból. Wstrząsnęła się wewnętrznie, przypominając sobie, że reaguje na Vandera jedynie na poziomie biologicznym i nic z tego, co się dzieje, nie będzie miało znaczenia pod koniec dnia.
Nagle atmosfera się zmieniła. Jakby ktoś pstryknął przełącznikiem, Vander przestał ciskać w Lo gromy i zaczął ją lustrować, a jego bursztynowe oczy powoli przesuwały się w górę i w dół jej ciała. Lo przestąpiła z nogi na nogę, czując się osaczona po raz setny tej nocy.
Kiedy zaczął iść w jej stronę, nie mogła powstrzymać się od odwrotu, aż przywarła plecami do drzwi.
















