– Słucham? – Umysł Tiffany na ułamek sekundy opustoszał. Nie spodziewała się, że ktoś tak powściągliwy jak Sydney wypali z czymś takim.
Jednak jeszcze bardziej oszołomił ją fakt, że ten łajdak Caleb miał czelność w ten sposób upokorzyć Sydney.
Tiffany mruknęła pod nosem przekleństwo, po czym powiedziała: – Chrzanić kuriera. Sama przywiozę tę umowę. A potem wrócę do kancelarii i posiedzę po godzinach.
Nie było mowy, żeby jakikolwiek kurier na dwóch kółkach prześcignął dziś jej cztery.
Po rozłączeniu się nawet Sydney była zaskoczona, z jaką łatwością przyszły jej te słowa. Może dlatego, że uraza narastała w niej od tak dawna, zapychając jej klatkę piersiową, myśli, każdą cząstkę jej samej.
Zupełnie jak tamtej nocy w klubie, kiedy Caleb sam to przyznał – nigdy jej nie dotknął. Nikt by w to nie uwierzył, ale po trzech latach małżeństwa wciąż była dziewicą.
Początkowo zastanawiała się, czy coś jest z nim nie tak. Ale później niejednokrotnie nakryła go w gabinecie, jak ściskając w dłoniach album ze zdjęciami, zaspokajał się. Ciche, gardłowe jęki, które z siebie wydawał – każdy z nich wymierzał jej w twarz kolejny policzek.
Pewnego razu, gdy zorientował się, że go widziała, pociągnął ją w ramiona i wyszeptał w zagłębienie jej szyi: – Syd, przepraszam. Po prostu… Bałem się, że cię skrzywdzę. Nie mogłem się przemóc. Więc użyłem twojego zdjęcia.
Co za farsa. A co było w tym najsmutniejsze? Uwierzyła mu i wręcz oblała się rumieńcem.
Ale tamtej nocy, gdy wróciła lotem do Jouleston, otępiała od leków przeciwgorączkowych, resztką sił otworzyła zamkniętą szafkę w jego gabinecie. Wewnątrz znalazła album. Każda strona była pełna Penelope – promiennej, tętniącej życiem, pełnej wigoru. Każdy uśmiech i spojrzenie uchwycono niczym największy skarb.
Sydney nigdy dotąd nie czuła się bardziej jak puenta kiepskiego żartu.
W oszołomieniu zaczęły napływać wspomnienia. Pamiętała, jak ciągnęła się za Calebem niczym mały cień. Ale tak naprawdę nie podążała za nim. Podążała za swoim starszym bratem, który zawsze był u jego boku. Widywała Caleba tak często, że w końcu zaczęła myśleć, iż poślubienie go nie byłoby takim złym pomysłem.
Caleb był cierpliwy, łagodny, zawsze przynosił jej drobne upominki, kiedy odwiedzał jej brata. Wśród wszystkich jego przyjaciół wydawał się najbardziej dystyngowany i uprzejmy. A jednak ten rzekomy dżentelmen wolał zaspokajać się, patrząc na swoją bratową, niż dotknąć własnej żony.
…
Sydney nie spodziewała się, że Tiffany zjawi się tak szybko. Dopiero co skończyła się szykować i jeszcze nawet nie zeszła na dół, gdy rozległ się dzwonek do drzwi.
Tiffany wkroczyła z energią, która zdawała się mówić: „Gdyby sąd był otwarty, zaciągnęłabym was tam oboje w tej samej chwili”.
Mając umowę w rękach, Sydney poczuła się nieco pewniej. Wtem jednak przez dom przetoczył się ostry trzask.
Zanim zdążyła zareagować, Nancy zbiegła po schodach z twarzą ściągniętą z niepokoju. – Panno Wilson…
– Co się stało?
– Timmy zbił zdjęcie rodzinne w pani sypialni.
Sydney założyła, że to tylko ramka. Kiedy jednak Nancy wręczyła jej kawałki, jej twarz pobladła. Rodzice zginęli w wypadku, gdy miała pięć lat. To zdjęcie było wszystkim, co jej po nich zostało. Jej jedyną pamiątką.
Zacisnęła dłoń na zniszczonych szczątkach i ruszyła pędem na górę. Na szczycie schodów ze swojego pokoju wyszła Penelope z synem na rękach.
Głos Sydney stał się lodowaty. – Penelope, to mój pokój.
– Wujek Caleb powiedział, że teraz to jest mój dom – odezwał się Timothy, nadymając się z brawurą. – Wujek Caleb powiedział też, że będzie się mną i mamą opiekował jak prawdziwy tatuś!
Sydney spojrzała na Penelope, która nie zdradzała najmniejszego zamiaru poprawienia ani zganienia syna. Zaśmiała się chłodno, kucnęła lekko i spojrzała Timothy'emu prosto w oczy. – Czy wiesz, co Święty Mikołaj robi z takimi dziećmi jak ty w Boże Narodzenie?
Chłopiec dumnie uniósł podbródek. – Daje mi dużo cukierków!
– Błąd. – Pokręciła głową, uśmiechając się słodko. – Odcina ręce dzieciom, które coś psują, piecze je w piekarniku i karmi nimi potwory.
– ŁEEEEE! – Timothy, będący wciąż tylko dzieckiem, wybuchnął płaczem i przylgnął do Penelope, jakby od tego zależało jego życie.
Penelope rzuciła jej wściekłe spojrzenie. – On jest tylko dzieckiem. Naprawdę musiałaś go tak straszyć?
– Nie potrafisz nawet nauczyć własnego dziecka, jak należy się zachowywać. Do czego jeszcze się nadajesz, poza sportami ekstremalnymi? – Sydney nie czekała na odpowiedź. Odwróciła się i odeszła.
…
Tamtego wieczoru na podjazd zajechał czarny maybach.
Sydney stała przy sięgającym od podłogi do sufitu oknie, obserwując, jak Caleb wysiada z samochodu. Timothy natychmiast do niego podbiegł, ciągnąc za sobą Penelope. We troje wyglądali jak idealna, mała rodzina.
W końcu ktoś zapukał do drzwi.
Caleb wszedł do środka. Jego nieskazitelnie biała koszula i stanowczy krok kłóciły się z napięciem w jego głosie. – Przestraszyłaś Timmy'ego?
– Owszem – powiedziała Sydney, wskazując na szafkę nocną. – Zniszczył moje rodzinne zdjęcie.
Caleb zamarł. Po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że nie znał całej historii.
Wyciągnął rękę, by zmierzwić jej włosy, ale cofnęła się. Sądząc, że wciąż jest zła, złagodził ton. – To moja wina. Pozwól mi przeprosić w jego imieniu. Czego byś chciała? Wynagrodzę ci to.
Sydney uśmiechnęła się blado. – Czegokolwiek?
Caleb skinął głową. – Oczywiście.
– Chcę tylko dwóch rzeczy. – Wręczyła mu przygotowane przez siebie dokumenty.
Caleb rzucił okiem na umowę przekazania majątku i złożył podpis bez wahania. Drugi dokument przewrócił od razu na ostatnią stronę i podpisał równie szybko. Jeśli chodziło o pieniądze, zawsze był hojny.
Następnie powoli wypuścił powietrze i delikatnie przyciągnął ją w ramiona. – Syd, jak twój brat cię wychował, że jesteś taka posłuszna i rozsądna?
Sydney poczuła falę mdłości. Właśnie miała go odepchnąć, gdy rozległo się pukanie do wpółotwartych drzwi.
Caleb instynktownie cofnął się, gdy tylko zobaczył, kto to był.
Sydney zamarła. I w tej samej chwili wszystko ułożyło się w logiczną całość. Przez trzy lata jej nie dotknął, byle tylko pozostać lojalnym wobec kobiety, którą naprawdę kochał. Teraz, gdy byli pod jednym dachem, musiał odgrywać swoją rolę.
Penelope wyglądała na lekko zirytowaną. – Cal, Timmy nie zaśnie, jeśli z nim nie posiedzisz.
– Już idę. – Caleb odwrócił się do Sydney. – Nie jesteś zła, prawda?
– Ani trochę – powiedziała beznamiętnie.
Gdy wyszedł, Sydney wyciągnęła drugi dokument. To była umowa rozwodowa.
Owszem, była posłuszna. Tak posłuszna, że sama przygotowała papiery rozwodowe i podsunęła mu je pod sam nos.
















