Twarz Penelope natychmiast zesztywniała. Zobaczyła podjeżdżający, znajomy samochód i w jej klatce piersiowej wezbrała panika. Jej delikatne oczy rozbłysły, gdy rzuciła Sydney mordercze spojrzenie. – Zrobiłaś to celowo, prawda? Zaplanowałaś to!
W oczach Sydney zalśniła fałszywa krzywda. – Penelope, o czym ty mówisz? Byłam przed chwilą na górze, przygotowując prezent dla Cala. Dlaczego zwalasz winę na mnie?
W tym momencie wszedł kamerdyner rodziny Hamptonów, George Baker, i zastał chaos. Omiótł wzrokiem zrujnowaną willę, po czym zatrzymał spojrzenie na Penelope. – Panno Penelope, pani Hampton prosiła mnie o przekazanie wiadomości. Skoro pani metody wychowawcze ewidentnie zawiodły, będzie musiała panią zdyscyplinować.
Penelope rozchyliła usta. – Co?
George wykonał uprzejmy gest. – Proszę klęczeć na dziedzińcu. Przez trzy godziny.
– George… – zaczęła Sydney, lecz powstrzymał ją łagodnym uśmiechem.
– Panno Sydney, nie ma potrzeby wstawiać się za nią – powiedział. – Wystarczająco wiele przeszła pani przy okazji pogrzebu. Proszę dbać o zdrowie.
Sydney chciała zapytać, czy Dorothy wróciła już do zdrowia na tyle, by omówić z nią rozwód w bardziej dogodnym czasie. W domu Hamptonów, bez względu na to, jak dużą władzę w firmie dzierżył Caleb, to Dorothy zawsze kontrolowała sprawy rodzinne.
Mimo niechęci, Penelope uklękła na mroźnym śniegu.
„Dobrze jej tak” – pomyślała Sydney, nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem, gdy zmierzała na piętro.
Nancy zawahała się. – Panno Wilson, a co z obrazem?
– Bez obaw. Wkrótce ktoś go odbierze. Zostanie zwrócony po konserwacji.
Sydney nie wdawała się w szczegóły. Oczywiście nie zamierzała zdradzić, że obraz wiszący w domu był falsyfikatem. Oryginał znajdował się już w galerii jej przyjaciela, nietknięty i w idealnym stanie.
Największym marzeniem Benjamina Hamptona było to, by jego sztuka ujrzała światło dzienne. Ukrywanie jej w domu byłoby marnotrawstwem.
– Podła kobieto! – wrzasnął Timothy, gdy tylko Sydney dotarła do schodów. – Zadzwoniłem do wujka Caleba! Kiedy wróci do domu, nie żyjesz!
– W takim razie czekam z niecierpliwością.
– Rozwiedzie się z tobą! I będziesz zużytym starym pudłem, którego nikt nie chce! – wrzeszczał Timothy.
Sydney zachichotała. – Nie posłucha cię.
Caleb i Penelope nadal potrzebowali jej jako zasłony dymnej.
Gdyby wzięli rozwód, mężczyzna mieszkający pod jednym dachem z żoną zmarłego brata? Reputacja Penelope ległaby w gruzach. Caleb nigdy by na to nie pozwolił.
…
Caleb wrócił błyskawicznie. Penelope klęczała niespełna dwadzieścia minut, gdy się zjawił.
Wysiadł z samochodu w długim, czarnym kaszmirowym płaszczu; wysoki i opanowany, emanował cichym autorytetem. Podbiegł do Penelope, wziął ją na ręce i pośpiesznie wniósł do środka. Delikatnie posadził ją na sofie i zaczął nakładać maść na jej zaczerwienione, zmarznięte kolana. Troska, która malowała się w jego oczach, była ledwie skrywana.
– Jesteś idiotką. Jeśli każą ci klęczeć, to tak po prostu klękasz? – powiedział.
– Babcia wydała polecenie. Jaki miałam wybór? – Penelope zacisnęła dłonie na jego rękawie; jej oczy były zaczerwienione, a głos drżał. – Cal, błagam cię, czy możesz wziąć z nią rozwód? Ona jest przerażająca.
Caleb zmarszczył brwi. – Masz na myśli Sydney?
– Tak. – Penelope przygryzła wargę. – Wiesz, dlaczego Timmy zniszczył obraz dziadka? To ona go podjudzała.
– Mama ma rację! – wyrzucił z siebie Timothy, wciąż zapłakany. – Wujku Caleb, ciocia Sydney powiedziała, że w tym obrazie mieszka potwór, który zjada ręce!
– Wykluczone – przerwał Caleb, łagodnie mierzwiąc włosy Timmy'ego. – Timmy, może się przesłyszałeś. Ciocia Sydney ma najlepsze serce w tej rodzinie. Powiedziała ci, że już się nie gniewa, pamiętasz? Nie straszyłaby cię więcej. Poza tym… Dziadek ją uwielbiał. Nigdy by nie tknęła jego obrazu.
Ta ostatnia uwaga była wymierzona prosto w Penelope.
Spojrzała na niego zszokowana.
– Sugerujesz, że Timmy i ja wymyśliliśmy to, żeby ją wrobić? – Jej głos się załamał. – Caleb! Zmieniłeś się!
Oskarżenie coś w nim rozpaliło, ale gdy napotkał jej rozczarowane spojrzenie, przełknął gniew. – Penny, nie zmieniłem się. Zawsze taki byłem.
Penelope nie odrywała od niego wzroku. – Więc powiedz mi, możesz na to przysiąc? Przysięgnij, że nigdy nie żywiłeś do Sydney najmniejszych uczuć. Że nigdy jej nie dotknąłeś, ani razu?
Caleb zawsze wyznawał zasadę bycia wobec niej szczerym. Ale teraz, w obliczu tego pytania, słowa uwięzły mu w gardle. – Nigdy jej nie dotknąłem.
Był winien Sydney przeprosiny.
– Nigdy jej nie dotknąłem. – Sydney usłyszała te słowa akurat, gdy schodziła po schodach, jedną ręką podpierając dolną część pleców, a w drugiej trzymając pudełko z prezentem. Wypowiedział je bez wahania i najmniejszego poczucia winy.
Uśmiechnęła się z goryczą i zrobiła krok do przodu. – Cal, pani Sterling pytała, czy jesteś wolny, by pójść jutro wieczorem na bankiet rodziny Sterlingów.
Eloise Doakes, znana jako pani Sterling, była dawną przyjaciółką rodziców Sydney. Po ich wypadku to ona przygarnęła dziewczynkę. Dla osób z zewnątrz Sydney była już na wpół Sterlingiem. Nawet po jej ślubie z przedstawicielem rodziny Hamptonów, więzi biznesowe między obiema rodzinami pozostały silne.
Słysząc to, Caleb – być może wciąż trawiony poczuciem winy – natychmiast się zgodził. – Jasne. Przyjadę po ciebie jutro wieczorem. Pojedziemy razem.
– Dobrze. – Sydney zerknęła na pudełko w swoich dłoniach, a potem na stojących obok niego matkę i syna. Nie powiedziała nic więcej, tylko odwróciła się, by wyjść.
Tiffany wygrała dziś ważną sprawę i chciała zabrać Sydney na zakupy. Ale gdy dowiedziała się, że ta doznała urazu stopy, zmieniły plany i umówiły się tylko na kolację.
– Syd – zawołał nagle Caleb, niemal odruchowo. – Co jest w tym pudełku?
Sydney odwróciła się, poruszając lekko prezentem w dłoni. – Prezent.
– Prezent? Kto ma urodziny?
– To było na naszą trzecią rocznicę ślubu. Miałam zamiar ci to dać.
– Syd, przepraszam…
Napotkała jego spojrzenie ze swoim typowym, jasnym i spokojnym wyrazem twarzy i wręczyła mu pudełko. – W porządku. Byłeś zajęty. To całkowicie zrozumiałe, że zapomniałeś.
Uśmiechnęła się słodko. – Tak czy inaczej, twoje urodziny są za kilka tygodni. Możesz potraktować to jako wcześniejszy upominek. Wszystkiego najlepszego z góry, Cal.
„I szczęśliwego rozwodu dla mnie” – dodała w duchu.
















