Słysząc jej spokojny, rzeczowy ton, coś ostrego dźgnęło Caleba w klatkę piersiową. Zmarszczył brwi. – Dlaczego nagle ją wyrzucasz? Czy nie ceniłaś tej sukni ślubnej?
Sydney nie zaprzeczyła. Przez trzy lata trzymała w szafie miejsce specjalnie na nią. Każdego roku oddawała ją do profesjonalnego czyszczenia i konserwacji. Ceniła ją, ponieważ wierzyła, że ślub bierze się tylko raz w życiu, a suknię ślubną należy zachować.
Ale teraz brali rozwód. Wiedząc, że Caleb najprawdopodobniej wkrótce po tym wprowadzi do tego domu swoją nową miłość, ta suknia, podobnie jak ona, stała się zbędna.
Sydney uśmiechnęła się blado. – Jest zniszczona. Zauważyłam któregoś dnia, że ma ogromne rozdarcie.
– Nawet jeśli, nie możesz tak po prostu jej wyrzucić. – Caleb przyglądał się jej wymuszonemu uśmiechowi, zakładając, że nie mogła znieść myśli o rozstaniu z nią. – Wiesz co? Poproszę kogoś z butiku, żeby na nią rzucił okiem. Może da się ją naprawić.
– Nie zawracaj sobie głowy. – Sydney pokręciła głową i spojrzała mu w oczy. – Niektórych rzeczy, gdy raz się zepsują, nie da się naprawić.
Nie mówiła tylko o sukni. Miała na myśli ich małżeństwo. Zanim zdążył powiedzieć coś więcej, odwróciła się i wróciła do środka.
Patrząc, jak lekko kuleje, Caleb nagle sobie przypomniał. Pospieszył, by ją dogonić. – Czekaj, nadal cię boli? Minęło już kilka dni. Dlaczego wciąż kulejesz?
„Trochę za późno, prawda?”, pomyślała kpiąco.
Sydney potrzebowała teraz jego poczucia winy. Spuściła wzrok i odpowiedziała wprost: – Było już prawie dobrze, ale zeszłej nocy musiałam klęczeć przed posiadłością Sterlingów przez cztery godziny.
– Co powiedziałaś? – Caleb wpatrywał się w nią i zauważył jej spuchnięte, zaczerwienione dłonie. Jego źrenice się zwęziły. – Twoje ręce też?
Sydney zamrugała. – Zostałam pobita.
Jej ton był swobodny, bez cienia skargi.
Caleb zmarszczył brwi. – Dlaczego tak długo klęczałaś? I dlaczego cię pobito?
Nie śmiał wyobrażać sobie szczegółów. „Czy Sydney nie jest dla Sterlingów praktycznie rodziną? Jak to możliwe, że po jednej wizycie tak wygląda?”.
Sydney podniosła wzrok i na moment przez jej umysł przemknęło wspomnienie młodszej wersji siebie, pragnącej wyjść za niego. Naprawdę marzyła o zestarzeniu się u boku Caleba. Milczała przez dłuższą chwilę, po czym uśmiechnęła się blado. – Ponieważ ze mną nie pojechałeś.
Wezbrała w nim frustracja. Gardło mu się zacisnęło. – Wciąż się uśmiechasz. Nie boli cię?
– Boli. – Sydney skinęła głową. – Ale jestem do tego przyzwyczajona.
– Przyzwyczajona?
Delikatnie uścisnęła dłoń i przemówiła, jakby to była historia kogoś innego. – Za każdym razem, gdy ze mną nie jedziesz, dzieje się coś takiego.
To nawet nie było najgorsze. Od dzieciństwa, ilekroć przekroczyła granicę, Eloise ją karała. Ta wyłożona otoczakami ścieżka na dziedzińcu Sterlingów została stworzona specjalnie dla niej.
Zanim skończyła siedem lat, Sydney wiedziała już, jak klęczeć idealnie — złączone kolana, wyprostowane nogi, podwinięte palce u stóp — by zadowolić Eloise.
Caleb kucnął i uniósł rąbek jej sukienki. To, co zobaczył, sprawiło, że skręciło mu się w żołądku.
Jej kolana były mocno spuchnięte, a pod spodem rozkwitały ciemne siniaki. Łydki były cętkowane fioletem i błękitem, jakby ktoś pomalował jej skórę okrucieństwem. Na tle jej jasnej karnacji, siniaki wyglądały jeszcze boleśniej.
W porównaniu z tym, lekko zaczerwienione kolana Penelopy nie miały do tego żadnego startu.
W Calebie wezbrał gniew. Bez słowa wziął Sydney na ręce i posadził ją na kanapie. Zmarszczył głęboko brwi. – Dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś?
Rodziny Sterlingów i Hamptonów niegdyś były sobie równe. Dopiero niedawno, po bezlitosnych reformach Juliana Sterlinga, dystans między nimi się powiększył.
Mimo to, żona Caleba nie powinna być traktowana jak śmieć.
Oczy Sydney były bystre. Jej ton był łagodny, gdy droczyła się z nim: – Kiedy wychodziłeś, mówiłeś, że masz nagły wypadek. Pomyślałam, że to ważne. Nie chciałam ci przeszkadzać.
Caleb nie wiedział, co powiedzieć.
Przez chwilę pomyślał: „Gdybym wiedział, że bieganie za Penelopą będzie kosztować tak wiele, czy bym poszedł?”.
Ta myśl nie opuszczała go, gdy spojrzał na posłuszną, potulną twarz Sydney. W klatce piersiowej poczuł ucisk. Przyniósł apteczkę i zaczął delikatnie nakładać maść. – Dlaczego mi nie powiedziałaś?
Sydney milczała. Chciała być dobrą żoną i synową. Naprawdę wierzyła, że Caleb będzie dobrym partnerem.
Dla obcych, Sterlingowie byli jej rodziną. Jaka kobieta obmawiała swoją rodzinę przed mężem?
Sydney nie była głupia, a Caleb nigdy nie kochał jej na tyle, by czuła się bezpiecznie, robiąc to. Zawsze wiedziała, że ledwie ją kocha. Dopiero niedawno uświadomiła sobie, że nigdy jej nie kochał.
Dobrze, że nigdy nie polegała na niczyjej miłości, by przetrwać.
Jej palce lekko wbiły się w dłoń. Jej głos złagodniał. – Nie chciałam stawiać cię w trudnej sytuacji między mną a Sterlingami. W końcu Hampton Corp. nadal robi z nimi interesy.
Nie mogła powiedzieć prawdy. Mogła tylko kłamać z idealnie szczerą twarzą.
Caleb przełknął gorzkie poczucie winy. Jej troskliwość nigdy nie powinna zostać użyta przeciwko niej.
Wziął głęboki oddech, zdusił w sobie gorycz i delikatnie zwichrzył jej włosy. – Przepraszam. Powinienem był spisać się lepiej. I zapomniałem też o naszej rocznicy. Czy jest coś, czego pragniesz? Załatwię ci to.
– Hmm... – Sydney przechyliła głowę i powiedziała lekkim, spokojnym głosem: – W takim razie chcę, żeby spodobał ci się prezent urodzinowy, który ci dałam.
– To wszystko?
Skinęła głową. – Tak.
Kiedy skończyła dwadzieścia lat, urodzinowym życzeniem Sydney było poślubienie Caleba. W wieku dwudziestu czterech lat, pragnęła go opuścić, definitywnie i całkowicie.
Przez krótką chwilę, gdy napotkała jego szczere spojrzenie, przemknęło w niej poczucie winy. Wtedy zadzwonił jego telefon. Nie był to zwykły dźwięk, ale niestandardowy dzwonek.
Sydney zobaczyła identyfikator dzwoniącego: Penelopa.
Caleb odebrał, zamienił kilka słów i zerwał się na równe nogi, a jego wyraz twarzy stwardniał. – Jak bardzo jest źle? Dlaczego nie pojechałaś z kierowcą? Jak mogłaś skręcić kostkę podczas zwykłego spaceru? Wyślij mi swoją lokalizację. Już jadę.
Rozłączył się, gotów do wyjścia, mimo że nie skończył opatrywać Sydney. Wacik w jego dłoni sprawił, że się zawahał.
Sydney wyciągnęła rękę, wzięła wacik i z wyuczoną łagodnością dała mu wymówkę. – Sama to dokończę. Jedź.
Mówiło się, że to najgłośniejsze dziecko dostaje cukierki. W świecie Sydney płacz przynosił tylko karę. Wciąż jednak wierzyła, że pewnego dnia kupi sobie wszystkie cukierki, jakich zapragnie.
– Dobrze. – Caleb wyglądał na wyraźnie odciążonego. Dodał, niemal defensywnie: – Penny zrobiła sobie krzywdę. Jest sama z dzieckiem. Chcę tylko sprawdzić, co u niej.
Następnie odwrócił się i szybko wyszedł.
Z jakiegoś powodu Sydney zawołała za nim: – Penny... Cal, dlaczego tak rzadko słyszę, jak nazywasz ją Penelopą?
















