Następnego ranka Sydney obudziła się naturalnie, jej wewnętrzny zegar zadziałał jak zwykle. Odsłoniła zasłony i odkryła, że świat na zewnątrz tonie w bieli.
Prognoza pogody nie wspominała ani słowem o śniegu. A jednak nie był to tylko lekki puszek – to była najprawdziwsza śnieżyca. Nawet przez szybę czuła przejmujący chłód.
Przebrała się w dzianinową sukienkę i właśnie zaczęła się myć, gdy na korytarzu rozległy się głośne hałasy. Były niezwykle rażące. Gdyby nie wiedziała, że to niemożliwe, pomyślałaby, że w domu zjawiła się ekipa wyburzeniowa.
– Nancy, co się dzieje… – Sydney upięła włosy w luźny węzeł i otworzyła drzwi, urywając w połowie zdania.
To nie była żadna ekipa. Wyglądało to tak, jakby przez dom przetoczyła się wroga armia. Nieskazitelnie czysty dom legł w gruzach. Poduszki z sofy na parterze leżały pod jej drzwiami, poplamione ciemnobrązową mazią. Porcelanowy wazon potoczył się po podłodze i rozbił na kawałki.
Zrujnowany został obraz olejny w przedpokoju, wart milion dolarów.
To był istny chaos.
Nancy podążała krok w krok za Timothym, niemal błagając: – Timmy, proszę, nie ruszaj tego. To ulubiony serwis do herbaty panny Wilson.
Było już za późno. Chłopak roztrzaskał serwis na kawałki.
Timothy wystawił język i parsknął niczym mały tyran. – Błeee! Chcę się tym bawić! Wujek Caleb powiedział, że teraz to jest mój dom. Jesteś tylko służącą. Kim ty jesteś, żeby mi rozkazywać?
Wtedy uniósł wzrok i napotkał spojrzenie Sydney, która stała, przyglądając mu się w milczeniu. Jego ramiona opadły. Ta przerażająca kobieta napędziła mu poprzedniego dnia takiego strachu, że miał koszmary o Świętym Mikołaju i goniących go potworach.
Nienawidził jej i musiał się jej pozbyć. Jego mama powiedziała kiedyś, że gdy ta kobieta zniknie, Caleb będzie należał tylko do nich.
Twarz Sydney pozostała niewzruszona. – Śmiało. Baw się. Nie spiesz się.
Timothy zamrugał. – Naprawdę?
Właśnie popsuł jej ulubione rzeczy, a ona nie była zła?
Sydney oparła się o balustradę z lekkim uśmiechem i zerknęła na parter, gdzie Penelope stała, udając, że niczego nie słyszy. – Pewnie. Tylko nie dotykaj tego malowanego tuszem obrazu w salonie gościnnym. Jest moim ulubionym.
Nie wiedziała, czy to Penelope go poinstruowała, czy też Timothy sam wpadł na pomysł wywołania tego bałaganu. Tak czy inaczej, nie miało to znaczenia. Sama też nie była święta. Ktoś ją kiedyś nauczył, że jeśli ktoś cię prześladuje, uderzasz z powrotem dziesięć razy mocniej.
Oczy Timothy'ego rozbłysły.
– Dobrze! – krzyknął i uciekł.
Nancy westchnęła. – Panno Wilson, pani i pan Hampton za bardzo rozpuszczacie to dziecko.
– Wszystko w porządku – powiedziała spokojnie Sydney. – Nie powstrzymuj go. Jest jedynym wnukiem w rodzinie Hamptonów. Dopóki jest szczęśliwy, to wszystko, co się liczy. Poza tym Penelope nie odezwała się ani słowem, prawda? Powinniśmy uszanować jej metody wychowawcze. Jeśli coś pójdzie nie tak, żadne z nas nie może sobie pozwolić na przyjęcie winy.
Nancy niechętnie skinęła głową. – Jest pani dla siebie zbyt dobra. Właśnie dlatego ludzie myślą, że mogą wejść pani na głowę.
Sydney nie przestała się lekko uśmiechać, ale nie skomentowała tego. Zapytała za to: – Czy mamy jakieś zapasowe pudełka na prezenty?
– Jakiego rodzaju?
– Nieważne. Ważne, żeby zmieściło się w nim coś w formacie A4.
– W schowku powinno coś być – odparła Nancy. – Pójdę sprawdzić.
Kiedy Sydney dostała pudełko, wróciła do swojego pokoju i zamknęła drzwi na klucz. Włożyła do środka podpisaną umowę rozwodową, po czym przewiązała wieczko wstążką, dodając dla ozdoby kokardę.
Z dołu dobiegł głośny łoskot.
Sydney nawet nie drgnęła.
Zacisnęła kokardę i skinęła lekko głową. „Pięknie. Zrobione wręcz idealnie”.
Chwilę później ktoś zaczął walić do drzwi.
Rozległ się gorączkowy głos Nancy: – Panno Wilson, proszę szybko zejść! Timmy właśnie zniszczył ostatni obraz pana Benjamina!
Sydney poderwała się z mrocznym wyrazem twarzy. – Ten w salonie gościnnym?
Nancy przytaknęła. – Tak.
Rzuciła się w stronę schodów i zbiegając na dół, skręciła kostkę.
Timothy zobaczył ją i z samozadowoleniem uniósł podbródek. Cała jego twarz zdawała się mówić: „I co mi zrobisz?”.
Sydney odwróciła się do Nancy. – Dzwoniłaś do posiadłości Hamptonów?
– Jeszcze nie.
– Zadzwoń.
Gdy tylko te słowa padły z jej ust, Timothy zaszarżował na nią. – Nie! Wredna baba, nie skarż!
Sydney nie spodziewała się tego. Uderzył ją z siłą większą, niż przewidywała, powalając ją prosto na podłogę. Przeszył ją ból kości ogonowej.
Penelope natychmiast do niej podbiegła. – Syd, wszystko w porządku?
Wzdychając, dodała karcącym tonem: – Wiem, że Timothy jest rozpieszczony. Nie potrafi być delikatny. Ale to tylko dziecko. Proszę, nie złość się na niego.
Sydney chwyciła się za bok i wpatrywała się w malowany tuszem obraz – teraz rozerwany przez sam środek. Wydała z siebie cichy, chłodny śmiech. – Zatem pozwalanie dziecku na niszczenie cudzej własności to też część twojej filozofii wychowawczej?
W oczach Penelope wezbrały łzy. – Odwróciłam wzrok zaledwie na chwilę! Naprawdę za wszystko musisz obwiniać mnie?
– Na chwilę? – Sydney omiotła wzrokiem zniszczenia. – Spójrz na te wszystkie szkody, a nie ma jeszcze nawet południa. Więc powiedz mi, w którym dokładnie momencie miałaś na niego oko?
Ton Penelope zmienił się, gdy tylko zostały same. – Sydney! Dlaczego musisz być tak bezlitosna? Naprawdę zamierzasz dzwonić do starej rezydencji z powodu jakiegoś głupiego obrazu? Myślisz, że babcia stanie po twojej stronie, a nie po mojej?
– Małe sprostowanie – rzekła chłodno Sydney. – Ten „głupi obraz” to ostatnie dzieło dziadka przed śmiercią.
Zaledwie te słowa wybrzmiały w powietrzu, na dziedziniec zajechał czarny sedan.
Rodzina Hamptonów przybyła – i to szybko.
















