Benson, który całował ramię Juliany, usłyszał to i na chwilę zastygł.
Podniósł głowę; jego oczy wciąż były przekrwione, wypełnione dzikością i silną zaborczością. Spojrzał na Julianę i otworzył usta z pewnym trudem:
– Pani Leach, Juliana.
Brzmiał choro, jego głos był dziki jak u bestii, a nawet niezbyt wyraźny.
To była jedyna odrobina poczytalności i pamięci, jaka mu pozostała.
Słysząc jego odpowi
















