Mój ojciec jest wyższy od każdego mężczyzny, jakiego kiedykolwiek widziałam…
Moja matka, choć niepozorna ze względu na niski wzrost, potrafiła zabić najlepszych wojowników z trzech najbliższych klanów…
A ja byłam ich dzieckiem.
Byłam rzadkim okazem. Zrodzona z dwojga alf i samicy. Moja matka była taka sama, podobnie jak jej matka. I babka również, bo mój rodowód był wspaniały. Każdy syn alfy dałby się za mnie zabić. Samica z krwią alfy.
Nie zrozumcie mnie źle – byłam szczęśliwa, pobłogosławiona i kochana. Dorastając, nie miałam pojęcia o wyzwaniach, przed którymi postawi mnie życie tylko dlatego, że posiadałam zdolność wydania na świat silnego szczenięcia.
W moich wspomnieniach tamte lata były złote. Śmiałam się, tańczyłam i biegałam, aż płuca płonęły, a stopy pokrywały się modzelami. Uczyłam się swoich obowiązków, by pomagać w leczeniu i obronie mojej społeczności. Mojej watahy.
Moi rodzice byli jednak rozsądni; nauczyli mnie uprawiać rolę, gotować, polować i zdobywać wiedzę. Wiedziałam, jak być samowystarczalną, by bez względu na to, co przyniesie los, umieć sobie poradzić.
Wiele kobiet na moim miejscu zostaje zapłodnionych, a potem porzuconych. Ich alfy dostają silne szczenię, może cenną córkę, a one zostają zostawione na pewną śmierć.
Moi rodzice zadbali o to, bym miała życie.
— Sero!
Moja matka potrafi krzyczeć głośniej niż mężczyzna. Tym razem byłam wyjątkowo spóźniona. Marudziłam całe rano, cały tydzień. Nie chciałam tego robić.
Błagałam rodziców, by odłożyli to o kolejny rok, by dali mi choć odrobinę czasu, której mogłabym się uchwycić, by zachować życie, niezależność i zdrowe zmysły.
Mieli jednak rację. Przejście rui bez partnera może zabić. A ja odmawiałam poddania się śmierci.
Teraz więc upięłam swoje brązowe loki w kok, pozwalając części z nich spływać kaskadą, a kilku pasmom z przodu okalać twarz. Prosta sukienka, którą miałam na sobie, cieszyła oko. Zawsze stawiałam na elegancję i klasę. Otulał mnie jedwab w kolorze dziennego błękitu. Dekolt typu Queen Anne i dopasowana sylwetka były celem na dzisiejszy wieczór.
— Ładna ze mnie sztuka bydła — mruknęłam.
Moja irytacja narastała w ostatnich tygodniach. Wcale nie miałam nic przeciwko partnerowi. Byłam niepoprawną romantyczką, która marzyła o prawdziwej miłości. Po prostu wiedziałam, że to wydarzenie nigdy nie spełni mojego marzenia o byciu postrzeganą jako ktoś więcej niż ideał. O spojrzeniu, w którym świat zatrzymuje się wokół mnie, gdy on zapamiętuje moje rysy. Nigdy nie zaznam pasji, bliskości, euforii ani miłości.
Dziś wieczorem zejdę na dół i spotkam młodych, wysokich rangą członków tak wielu watah, że straciłam rachubę, a oni wszyscy będą chcieli, bym została ich Luną. Będę tam stać i uśmiechać się, podczas gdy młodzi mężczyźni będą rozdzierać się nawzajem na strzępy, byle tylko dostać szansę na zaciągnięcie mnie do łóżka. A kto zaaranżował ten wieczór? Moi rodzice!
…z drugiej strony, wiem, że wciąż mogłabym umrzeć z powodu rui bez partnera. To trochę dziwne, gdy rodzice chcą, żebyś zaliczyła. Wiem, że się tutaj nie mylę.
Miałam osiemnaście lat.
Dla ludzi to prawie nic nie znaczyło; dla nas oznaczało wszystko.
— Sera — rozległo się pukanie do drzwi. — To Thad…
— I reszta z nas!
Przewróciłam oczami. — Wejdźcie!
Powoli wetknęli głowy do środka; przyznaję, ostatnio byłam dość mściwa. Wyżywałam się za nieszczęście na każdym biednym przechodniu.
— Czy bestyjka jest gotowa na swoją aukcję? — Thad przekrzywił głowę i zapytał z okropnym angielskim akcentem.
Odwróciłam się i uniosłam ręce, pytając gestem, czy na taką wyglądam.
— Nieźle — Jaxon usiadł na moim łóżku. — Trafi ci się jakiś fajny.
— Dość! — warknął Caspian. Jego oczy rozbłysły na ułamek sekundy. — Obiecujesz, że będziesz grzeczna?
Spojrzał po pokoju na troje swojego młodszego rodzeństwa.
— Wiem, że nie jesteś szczęśliwa z powodu tego, co może nadejść, ale mimo wszystko ostateczna decyzja należy do ciebie i nie pozwolimy, by stało ci się coś złego — podszedł do mnie, kładąc swoje gigantyczne dłonie na moich ramionach.
— Nie chcę zostać oszukana, Cas — poczułam, jak żołądek na moment podchodzi mi do gardła. Moi bracia byli w moim pokoju, wszyscy wyszykowani, co oznaczało, że mama ich przysłała, co z kolei oznaczało, że ktoś zaraz przyjedzie, a to zwiastowało, że naprawdę nadszedł ten czas. Nagle poczułam, że wszystko dzieje się zbyt szybko i nie byłam na to gotowa.
Thad dostrzegł fale emocji przelewające się w moich oczach. — Wszystko będzie dobrze, wszyscy pochodzimy z tej samej linii. Nikt nie będzie na tyle głupi, by spróbować sztuczek — pokiwał powoli głową, utrzymując ze mną kontakt wzrokowy.
Oddychałam ciężko, prawda? Miałam spocone dłonie.
To jednak było moje życie. Rozstrzygnie się reszta moich dni. Wybiorę kogoś, a potem będę musiała z nim być do końca życia. Będą moi, a ja ich, i dam im szczenięta, i będę ich Luną, i będę prowadzić watahę, i mieć władzę nad tyloma ludźmi przez tak długi czas, a to wszystko wydawało się tak przytłaczające.
Usiadłam z fuknięciem. Nie, chwileczkę, to Thad mnie posadził.
— Pij. To — powiedział Jaxon, wpychając mi szklankę przed nos.
Och! Szklanka. Szklanka wody. To powinno pomóc.
— Dzięki — wychrypiałam wysuszonym głosem.
Cas uklęknął przede mną i spojrzał na mnie swoim najlepszym wzrokiem starszego brata. — Myślisz, że dasz radę?
Czy dam radę?
Czy miałam wybór?
Matka i ojciec rozesłali listy z porozumieniem i ogłoszenia do wszystkich. Zostanę przedstawiona księżycowi po moich urodzinach. Poznam samców, a potem zobaczę, który mi się spodoba. Od tego momentu sprawa należała bardziej do nich, dopóki faktycznie nie będę musiała dokonać wyboru.
I wszystkie watahy zgodziły się, że to ja będę miała decydujące zdanie. Że to ja wybiorę swojego samca.
A teraz siedziałam tu przerażona na śmierć, bo wiedziałam, że i tak mogą mnie oszukać.
Ale strach w niczym nie pomaga. Jeśli mężczyzna oszuka mnie dla silnego dziedzica, zabiorę syna i zostawię drania w pyle. Nie dam się złamać kłamstwom i szeptom. Stawię czoła nadchodzącemu wichrowi.
Wzięłam długi łyk i wstałam. — Jestem gotowa — skinęłam głową, ściągając łopatki do tyłu. Mężczyźni mnie pragną, więc będą musieli o mnie walczyć, udowodnić swoją wartość.
— Och, Sero! — wykrzyknęła radośnie moja matka, gdy schodziłam po schodach. Jej oczy były zaszklone dla dramatycznego efektu. — Wyglądasz tak pełna wdzięku, moje szczenię — podeszła i porwała mnie w ramiona, po czym natychmiast wygładziła moją sukienkę.
— Silna — odezwał się głos mojego ojca za moimi plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam jego wysoką, twardą sylwetkę. — Wyglądasz, jakbyś przygotowała się do bitwy, maleńka — uśmiechnął się półgębkiem, napełniając szklankę. — Dobrze.
— Tato — podeszłam i przytuliłam go. Mój tata zawsze chciał, żebyśmy potrafili stać o własnych siłach.
— Nie uginaj się przed nimi, Sereno — trzymał mnie w swoich silnych ramionach, jakby to był ostatni raz. Przycisnął moją twarzyczkę do piersi, jakbym znów miała trzy lata.
— Niedługo tu będą, moje szczenię. Wracaj na górę, tata przyjdzie po ciebie, kiedy nadejdzie czas — zaszczebiotała matka, uwalniając mnie z uścisku ojca.
Ujęła mnie za rękę. — Twoi bracia mogą wcześniej rozejrzeć się na przyjęciu. Przestraszyć tych chłopców, żeby znali swoje miejsce, ale ty musisz wejść z fasonem, żeby wiedzieli, kim jesteś. Nagrodą? Nie. TĄ nagrodą — matka złapała mnie i poprowadziła z powrotem na schody. — Wiem, jaki strach temu towarzyszy, ale ufaj, że pomożemy cię chronić.
Doprowadziła mnie do sypialni i posadziła na krawędzi łóżka.
— Moja droga, wiem, że marzyłaś o miłości i romansach… a to nie jest dokładnie taka historia — powiedziała mama, gładząc mnie po dłoni. — Nie wiem, co ci powiedzieć, poza tym, że ta sytuacja będzie taka, jaką ją sama uczynisz. Relacja zajdzie tylko tak daleko, jak na to pozwolisz i jak będziesz chciała, by wyglądała. Jeśli będziesz chciała gniewu, to go dostaniesz; jeśli będziesz chciała szczęścia, będziesz do niego dążyć; a jeśli będziesz chciała przestrzeni, dadzą ci ją, ale nie przesadzaj. Zasługujesz na wielką miłość, więc dziś wieczorem chcę, byś zachowała w sercu nadzieję na nią.
Skinęłam głową. — Myślisz, że to będzie dobry człowiek?
— Nie sądzę, by bogini cię opuściła, moje szczenię — mama wezbrała dumą, po czym opuściła pokój.
Siedziałam, przebierając nogami przez dobre dwadzieścia minut. Punktualność była kluczowa w takich sprawach, będąc sygnałem szacunku dla rodowodu rodziny i samicy. Wiedziałam, że nie będę musiała długo czekać i wszyscy będą gotowi. Moi bracia uścisną dłoń każdego samca, który przekroczy próg naszego domu, i zaznaczą swój zapach wokół posiadłości. Wojownicy z naszej watahy wejdą jako ostatni na wypadek, gdyby ktoś zrobił coś niewiarygodnie głupiego i próbował mnie porwać.
— Sereno, czas już.