Niepokonana Luna

Niepokonana Luna

Autor: Aeliana Thorne

Rozdział 2
Autor: Aeliana Thorne
3 mar 2026
Perspektywa Freyi Następnego ranka, dokładnie o godzinie, o której umówiliśmy się na spotkanie, stałam sama – czekając. Caelum się nie pojawił. Ból zaczął rozkwitać w mojej piersi, powolny i miarowy, niczym szron pełznący po szkle. Wmawiałam sobie cierpliwość, wmawiałam sobie, że przyjdzie. Że z pewnością tym razem mnie nie zawiedzie. Sięgnęłam do więzi myślowej. Iskierka nadziei. Może był w drodze. Ale kiedy odpowiedział, jego głos nie był pośpieszny ani przepraszający. Był płaski. Znużony. – Aurora zemdlała dziś rano – powiedział Caelum. – Mówiła, że obudziła się z zawrotami głowy i nie mogła oddychać. Zostaję z nią w ambulatorium na obserwacji. W tle zadźwięczał jej głos – lekki, zwiewny, idealnie wyważony w czasie. – Caelum, mógłbyś znowu poprawić mi poduszkę? Ta za szyją sprawia, że kręci mi się w głowie. Zachichotał cicho. Jakby była zrobiona ze szkła. – Oczywiście, kochanie. Daj mi sekundę. Połączenie zostało zerwane. Tak po prostu. Bez przeprosin. Bez wyjaśnień. Bez skruchy. Omdlenie. Przedłożone nad pogrzeb. Wybrał ją. Znowu. Wpatrywałam się w milczącą przestrzeń, gdzie przed chwilą był jego głos, a gardło zaciskało mi się jak pętla. Część mnie chciała krzyczeć. Wściekać się. Płakać. Ale tego nie zrobiłam. Wstałam. Wyprostowałam kręgosłup. Wyszłam z posiadłości Srebrnego Kła, nie oglądając się ani razu za siebie. Wiatr był zimny, gdy wyszłam na zewnątrz, ale z każdym krokiem moja krew wrzała coraz goręcej. Pojechałam sama do zewnętrznego garnizonu. Koszary wojenne majaczyły w uroczystej ciszy, a ich kamienne wieże przebijały poranną mgłę. Strażnicy stali po bokach bram, ubrani w ceremonialną czerń, nosząc insygnia upadłego legionu Narodu Lykanów. Wysiadłam z samochodu, buty zachrzęściły na żwirze, i uniosłam podbródek. Minęły trzy lata, odkąd odeszłam z Jednostki Zwiadowczej Żelaznego Kła, ale moje ciało nie zapomniało postawy. Moja dusza też nie. Podeszłam do pierwszej linii strażników i stanęłam w bezruchu. Następnie, z powolną determinacją, uniosłam dłoń w sprężystym, niezachwianym salucie. Nawet jeśli byłam sama… Nawet jeśli ani jedna dusza nie stała obok mnie… Uhounoruję ich. Mój głos rozbrzmiał w porannym powietrzu: – Była Dowódca Jednostki Zwiadowczej Żelaznego Kła, Freya Thorne, melduje się po odbiór prochów Uzdrowicielki Myry i Komandora Arthura Thorne’a – poległych w służbie Narodowi Lykanów. Moje słowa odbiły się echem po koszarach. A potem… Bramy skrzypnęły i otworzyły się. Wyłoniły się dwa szeregi żołnierzy, każdy ruch idealnie zsynchronizowany. Ustawili się wzdłuż ścieżki, ze stalowym wzrokiem i czcią, unosząc ramiona w uroczystym salucie. W samym środku szła postać, której nie widziałam od lat – Generał Aldred, jeden z najbliższych towarzyszy mojego ojca. Miał na sobie pełną zbroję galową. W dłoniach niósł rzeźbioną onyksową urnę, przykrytą karmazynowo-złotym sztandarem bojowym Narodu Lykanów. Oczy mnie zapiekły. Ta czerwień… Ten sztandar… To nie był tylko materiał. To była wiara. To była ofiara. To był ostatni oddech moich rodziców, wpleciony w barwy, dla których przelali krew. Aldred stanął przede mną. Jego głos był niski. – Kiedy ich znaleźliśmy… nie dało się oddzielić tego, co było jej, od tego, co jego. Eksplozja zabrała wszystko. Przełknęłam szloch, który drapał mnie w gardło. Kontynuował głosem gęstym od szacunku. – Walczyli ramię w ramię. Zginęli razem. Prochy… zostały połączone. Skinęłam głową, moje palce już drżały, gdy wyciągnęłam ręce. – To dobrze – szepnęłam. – Kochali się bardziej niż życie. W śmierci powinni tacy pozostać. Aldred wyprostował się, po czym podał mi urnę. – Ku chwale honorowych zmarłych – powiedział. – Ich ofiara nigdy nie zostanie zapomniana. Żołnierze za nim powtórzyli chórem, a ich głosy brzmiały jak ściana grzmotu: – Honor poległym! Chwała rodu Thorne! Moje dłonie zacisnęły się na urnie. Ciężka. Święta. A jednak… po raz pierwszy od dni poczułam stabilność. Żal nie zniknął. Osiadł. Jak schowane ostrze, nie zniknęło – ale było trzymane z celem. Spojrzałam na Aldreda. Obserwował mnie. – Gdzie twój towarzysz? – zapytał łagodnie. – Nie przyjechał z tobą? Wpatrywałam się w urnę. Potem uśmiechnęłam się – małym, zmęczonym wygięciem warg. – Był potrzebny gdzie indziej. Aldred zmarszczył brwi. Nie był głupcem. Patrzył, jak dorastam. Widział rzeczy na wskroś. – Jeśli będziesz czegoś potrzebować – powiedział stanowczym głosem – czegokolwiek… wróć tutaj. Jednostka Żelaznego Kła może być rozwiązana, ale jej lojalność nie umiera. Gardło znów mi się ścisnęło. – Dziękuję, Generale. Ścisnął moje ramię. Mocno. Pewnie. – I pamiętaj, Komandorze… ta wataha może nie rozpoznawać twojej siły, ale my tak. Zawsze jesteś tu mile widziana. Skinęłam głową. Potem odwróciłam się i wróciłam do samochodu. Ostrożnie umieściłam urnę na siedzeniu pasażera, przypinając ją pasami, jakby wciąż była ciałem i krwią. Potem spojrzałam na otwartą drogę. – Jedziemy do domu, Mamo. Tato – szepnęłam. Moja stopa wcisnęła pedał. I ruszyłam. Sama – ale już nie złamana.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział 2 – Niepokonana Luna | Czytaj powieści online na beletrystyka