Perspektywa Freyi
– Nie wybaczysz mi? – powtórzyłam powoli. – Trzy lata stania u twojego boku, a ty nie potrafisz dać moim rodzicom ani jednej chwili schronienia?
Mój głos obniżył się, a kły wbiły się w słowa. – Czy ty w ogóle wiesz, co zbudowało twoją firmę, twoje sojusze watahy, twoją tak zwaną przyszłość?
Nic nie powiedział.
– Dobrze – warknęłam, cofając się. – Pójdę.
Bez łez. Bez załamania. Tylko zimna stal mojego kręgosłupa blokująca się na swoim miejscu.
Byłam żołnierzem Legionu Żelaznego Kła. Córką dwojga poległych Alf. Krwawiłam dla tego narodu. Nie będę błagać o okruchy szacunku w domu, który śmierdzi hipokryzją.
Odwracając się, usłyszałam drwinę Giselle. – Ona po prostu wychodzi? Tak po prostu?
– Powinna być wdzięczna, że Caelum w ogóle się z nią sparował – syknęła Eleanor. – Jest osieroconą Omegą, której wydaje się, że pasuje do domu Alfy. Żałosne.
Niech gadają. Mój wilk i ja skończyliśmy już z tym leżem tchórzy.
Wyniosłam urnę w deszcz, a wiatr wył jak duchy w żałobie.
W oddali wznosiło się Sanktuarium Pamięci w Cytadeli – białe kamienne wieże wyryte godłami poległych. Tutaj szczątki lykańskich wojowników były przechowywane, dopóki nie mogły wrócić do ziemi przodków. Moje kroki niosły się echem po świętym dziedzińcu, a ciężar dziedzictwa przygniatał mi ramiona.
Postawiłam urnę na obsydianowym ołtarzu, palce drżały mi – nie ze słabości, ale z czci.
– Jeszcze tylko trochę, Matko… Ojcze… – szepnęłam, rozwijając karmazynową flagę bojową Narodu Lykanów i okrywając nią urnę. Znak Żelaznego Kła lśnił słabo w przyćmionym świetle.
– Niedługo będziecie w domu. Przysięgam na krew naszej krwi.
Moje pazury wysunęły się bezwiednie.
– I znajdę Erica. On nie umarł. Czułabym to, gdyby tak było. Jest tam – gdzieś za Północną Granią. Nigdy by nas nie porzucił.
Mój brat był najsilniejszy z nas. Tropiciel. Cieniobieg. Pięć lat temu zniknął podczas tajnej misji granicznej. Żadnego ciała. Żadnego śladu. Żadnego wycia na wietrze, by go opłakiwać.
Ale ja go znajdę.
Gdy moi rodzice spoczną pod swoim rodowym drzewem, ruszę na północ. Nawet jeśli będę musiała przedrzeć się przez klany banitów i patrole graniczne. Nawet jeśli będę musiała znowu krwawić.
Odwróciłam się od ołtarza. Deszcz omiatał bruk jak rytuał oczyszczenia.
Schodząc po stopniach, usłyszałam dwóch strażników mruczących pod rzeźbionym łukiem.
– Widziałeś procesję? Połowa Rady tu jest.
– Mówią, że Alfa Lord Whitmore’ów zmarł. Dzisiaj pogrzeb.
– Niech duchy mają nas w opiece. Kto ich teraz poprowadzi?
Dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie, gdy drugi głos zniżył się do szeptu.
– Kto inny? Upiór Zachodu. Sam Lord Silas.
To imię uderzyło jak grom.
Silas Whitmore – urodzony w czasie wojny Alfa, o którym mówiono, że jest pół-cieniem, pół-wilkiem. Bezwzględny. Bez partnerki. Nietknięty polityką, a jednak budzący strach we wszystkich. Niektórzy mówili, że gołymi rękami rozerwał batalion banitów. Inni, że urodził się podczas krwawego księżyca i jako niemowlę nigdy nie płakał.
Zatrzymałam się przy bramach sanktuarium.
Sznur czarnych opancerzonych pojazdów dławił drogę, silniki dudniły nisko jak bestie trzymane na smyczy. Wtedy jeden się zatrzymał. Drzwi kliknęły.
Wysiadł z nich mężczyzna.
Świat się przechylił.
Nawet z czarnym parasolem osłaniającym połowę jego twarzy, dominacja, którą emanował, uderzyła jak błyskawica. Taka, która sprawia, że włosy jeżą się na karku, a nawet Alfy opuszczają głowy.
Był wysoki – niemal niemożliwie – ubrany w dopasowaną czerń. Jego szczęka wyrzeźbiona w obsydianie, usta blade i nieczytelne. Jego dłonie, bez rękawiczek mimo chłodu, były długie, brutalne, eleganckie.
Dłonie drapieżnika.
Ale to jego oczy mnie zatrzymały.
Obsydianowe. Bezduchne. Nie ze zła – ale z nieobecności. Pustka, w której żal, wściekłość, radość… nie istniały. Oczy wilka, który widział zbyt wiele śmierci i nigdy z niej nie wrócił.
Przestałam oddychać.
– Lordzie Silas – mruknął jego asystent. – Tędy, proszę.
A więc to był on.
Przeszedł wystarczająco blisko, bym mogła wyczuć zimny metal i cedr na jego skórze. Mój wilk poruszył się, nie z gorąca, ale ze starożytnego rozpoznania.
Moc. Niebezpieczeństwo. Głód owinięty w elegancję.
Nie odważyłam się obejrzeć.
Ale długo po tym, jak zniknął w świątyni, moje dłonie były śliskie od zimnego potu.
Zmuszałam się do ruchu, by wrócić do rytmu żywych.
Wibracja wyrwała mnie z transu. Ekran mojego telefonu rozświetlił się wiadomością od Caeluma:
„Matka i Giselle wyszły. Wracaj – musimy porozmawiać”.
Wracałam przez burzę w ciszy. Rezydencja majaczyła przed nami, ale nie czułam już, że to dom.
Caelum czekał w wielkim holu. Bez pancerza. Bez warkotu. Tylko łagodne oczy i udawany żal.
– Czy bezpiecznie umieściłaś urnę? – zapytał.
Skinęłam głową. – Tak.
Postąpił krok naprzód i przyciągnął mnie w ramiona.
– Freya… przepraszam. Wiem, że dzisiaj było ciężko. Wynagrodzę ci to.
Jego zapach kiedyś mnie koił – kiedyś coś znaczył. Teraz był tylko kłamstwem ubranym w sosnę.
Nie drgnęłam. Nie wściekłam się.
Po prostu cofnęłam się i spojrzałam mu w oczy.
– Odmówiłeś wojownikom ich honoru – powiedziałam, mój głos był cichy i ostry. – Naplułeś na krew, która zbudowała twoje życie.
– Myślisz, że możesz to naprawić słowami?
Mrugnął, zaskoczony.
A potem to powiedziałam.
Jasno. Ostatecznie. Z siłą Alfy.
– Caelumie Blackthorne, odrzucam tę więź partnerską. Żądam rozwodu.
















