Zastępcza Luna Króla Likanów

Zastępcza Luna Króla Likanów

Autor: Aeliana Thorne

Rozdział 3
Autor: Aeliana Thorne
15 cze 2026
Czuję na sobie palące spojrzenie Tinsley, mrugając do Kravosa i próbując opanować strach. Przez jego wcześniejsze żarty niemal zapomniałam, z kim się związałam, ale teraz widzę w jego oczach prawdziwą naturę. To dziki Alfa Śmierci, który wymusza szacunek wszędzie, gdzie się pojawi. Rozumiem jego reakcję na moje spojrzenie skierowane na Jace’a. Jestem jego Luną, jak sam powtarza. Patrzenie z tęsknotą na innego mężczyznę to policzek dla niego. „Rozumiem, Alfo” – pochylam głowę, próbując pojąć, jak odnaleźć się w roli Luny. „Alfo Kravosie” – mówi jakiś mężczyzna, podchodząc i szepcząc mu coś do ucha. Jest nieco niższy od Kravosa, a jego rude włosy podkreślają bladą cerę i piegi. Wygląda na znacznie bardziej przyjaznego niż jego alfa. „Valerie, wybacz mi na chwilę” – szepcze Kravos niskim głosem, odsuwając się o kilka kroków, by przeprowadzić burzliwą rozmowę z rudowłosym. Tinsley wystarczą dokładnie dwie sekundy, by przypuścić kolejny atak słowny. „Nie wierzę, że okazałaś się taką wbijającą nóż w plecy suką” – syczy, posyłając jednocześnie uśmiechy mijającym nas osobom i przyjmując gratulacje skierowane do mnie. „Nie zrobiłam nic złego” – upieram się, odnajdując w sobie odrobinę siły, gdy dostrzegam, że Kravos spogląda w moją stronę z zaciekawieniem. „Gdybym wiedziała, że nie jest jakimś brzydkim, zdeformowanym alfą, nigdy nie pieprzyłabym się na boku tak często” – mamrocze do siebie z irytacją. Mrużę oczy, próbując przetrawić to, co mówi. „Myślałam, że sypiałaś tylko z Jace’em?” – pytam, a mój głos łamie się na dźwięk jego imienia. Tinsley wywraca oczami i prycha. „To nieistotne. Istotne jest to, że ukradłaś to, co moje, gdy tylko dowiedziałaś się, że jest przystojny”. „On wybrał mnie” – mówię zszokowana. Ona odchyla głowę i wybucha głośnym, sardonicznym śmiechem, który niesie się echem po sali. „Nikt dobrowolnie by cię nie wybrał. Czy ty jesteś aż tak głupia? Jesteś słabą, płaczliwą namiastką wilkołaka. Przemieniłaś się skutecznie ile razy? Dwa razy w ciągu trzech lat?” – krzyżuje ramiona na piersi, czekając na odpowiedź, a rumieniec wstydu wykwita na mojej twarzy. Tinsley ma rację. Kravos nie zaakceptowałby mnie, gdyby wiedział, że moja wilczyca niemal nigdy nie pojawia się na wezwanie. Ale z drugiej strony próbowałam mu to powiedzieć, Alfa Barrett też próbował, a on mimo to upierał się, że chce właśnie mnie. „Dlaczego w ogóle teraz go chcesz?” – pytam. „Jesteś w ciąży z dzieckiem Jace’a. On już ci nie wystarcza?”. „Oczywiście, że nie” – prycha, wyrzucając ręce w górę w geście irytacji. „Nigdy nie chciałam Jace’a. Po prostu wiedziałam, że ty go chcesz, więc uznałam: czemu go nie przelecieć? Świadomość, że niszczę twoje cenne serduszko, w zupełności mi wystarczała. Ale teraz myślisz, że możesz wybrać kogoś potężniejszego? Tu chodzi o ciebie, Valerie. Zawsze potrzebujesz przypomnienia, gdzie jest twoje miejsce. W błocie, u moich stóp” – warczy, rzucając się na mnie. Jej dłoń wplątuje się w moje włosy, ja krzyczę z zaskoczenia i chwytam ją za nadgarstek, próbując nie dać się jej szarpać. Nagle Tinsley stęka z bólu, jej ciało wiotczeje, a oczy rozszerzają się z przerażenia. Spoglądam w górę i widzę Kravosa, którego dłoń zaciska się na jej gardle. „Puść moją Lunę. Natychmiast” – szepcze groźnie. Kiedy ona mnie puszcza, on odsuwa się od niej i staje za mną. Rudowłosy likan podchodzi do niej od tyłu, unosi nogę i kopie ją w zgięcia kolan. Tinsley upada do przodu z trzaskiem rzepek i krzykiem bólu. „Błagaj o wybaczenie” – warczy rudy, kucając przy niej z mordem w oczach. Czuję ciepło bijące od Kravosa, gdy jego dłoń spoczywa na moim ramieniu. „Za co?” – wrzeszczy Tinsley, rozglądając się za kimś, kto mógłby ją uratować, ale sala opustoszała – wszyscy pobiegli do jadalni na obiecaną ucztę. „Za obrażenie mojej mate”. W piersi Kravosa narasta pomruk, posyłając falę uderzeniową wzdłuż mojego kręgosłupa. „Byłem cierpliwy. Pozwoliłem na więcej oszczerczych słów, niż na to zasługiwałaś, ze względu na traktat, który właśnie zawarliśmy, ale teraz… teraz jesteś bliska wypowiedzenia wojny”. „Ja tylko żartowałam” – jąka się Tinsley, a jej oczy wypełniają się strachem, gdy patrzy na mnie. „Powiedz im, Val… przecież ciągle cię tak wyzywam. To nasza mała gierka, prawda?”. Spoglądam przez ramię na mojego nowego mate, zastanawiając się, jak będzie wyglądało życie z nim. W jednej chwili wydaje się tak delikatny, by w następnej stać się nieobliczalny. „Co zamierzasz z nią zrobić?” – pytam go, a on uśmiecha się drapieżnie. „A co chciałabyś, żebyśmy z nią zrobili? Obraziła cię zbyt wiele razy, a robiąc to, obraziła osobiście mnie i całą naszą watahę. Tam, skąd pochodzimy, karze się to śmiercią”. Serce podchodzi mi do gardła, krew odpływa z twarzy, a ja przełykam ślinę. Śmierć? On chce ją zabić? Tinsley szlocha, sięgając rękami do moich kostek, wbijając paznokcie w moją skórę. „Nie” – wyduszam z siebie. W głowie mi wiruje, jedyna myśl to ratowanie nienarodzonego szczenięcia mojego przyjaciela, które rośnie w łonie Tinsley. Kręcę głową z błaganiem, a on mruży oczy. „Ona jest w ciąży” – szepczę, co zdaje się go zaskakiwać. „Kto jest ojcem nienarodzonego dziecka?” – pyta Kravos, odpychając nogą jej dłonie od moich kostek. „Jace…” – mówi szloczając. „Tak mi się wydaje…”. Serce mnie boli. Wydaje jej się? Zostałam odrzucona na podstawie domniemania, że Jace jest ojcem, a ona nawet nie jest tego pewna. Czuję, jak świat wiruje, ale jakaś dłoń obejmuje mnie w talii, stabilizując. Kravos trzyma mnie blisko siebie, wypuszczając głośno powietrze. „Zabierzcie stąd tę sukę i dopilnujcie, by ona i Jace trzymali się z dala od uczty”. Słyszę, jak cichy szloch Tinsley znika w oddali, gdy Kravos obraca mnie twarzą do siebie. Lustruje moją twarz z zawodem, po czym wzdycha. „Pozwolę ci na kilka chwil użalania się nad swoją stratą, Valerie. To będzie pierwszy i ostatni raz, kiedy pozwolę ci opłakiwać stratę twojego mate”. „Ale zerwana więź daje mi miesiąc” – szepczę w stronę jego piersi, powoli podnosząc wzrok na jego twarz. „Miesiąc, by pójść dalej i znaleźć mate drugiej szansy, owszem. Ale teraz masz mnie, Valerie, a moje zasady są zupełnie inne i niezmienne. Jeśli chcesz płakać, zrób to teraz albo tam, gdzie nigdy o tym nie usłyszę. Rozumiesz?”. „Tak” – mruczę, gdy jego wzrok spotyka mój i czuję się tak, jakby z pomieszczenia nagle uciekło całe powietrze. Jest powalająco przystojny, nawet bez przeznaczenia. Moje wnętrzności zamieniają się w galaretę. Palce Kravosa gładzą linię mojej szczęki, a na skórze rozkwitają małe iskry, wywołując u mnie dreszcz. Musiałam wydać z siebie jakiś dźwięk, bo zachichotał głęboko w piersi. „Widzisz, więź już budzi się do życia” – szepcze. „A teraz chodźmy na ucztę. Jesteśmy oczekiwani”. Uczta mija spokojnie – wilki upijają się i tańczą, inni jedzą do syta, a ja siedzę nieruchomo obok Kravosa. On wygląda na wyraźnie niespokojnego za każdym razem, gdy ktoś prosi go, by ze mną zatańczył. Po czasie, który zdaje się wiecznością, Kravos wstaje i bierze mnie za rękę. „Chciałbym podziękować wam wszystkim za przybycie, by świętować ten związek i nasz nowy traktat, ale moja nowa Luna i ja pragniemy spędzić trochę czasu sam na sam. Proszę, zostańcie i bawcie się do woli”. Wszyscy wiwatują, a moje policzki znów płoną z powodu sugestii zawartej w jego słowach. Ciągnie mnie w górę, podczas gdy w tłumie wybucha skandowanie: „Gorzko! Gorzko! Gorzko!”. Wszyscy wykrzykują to słowo, a ich zamglone oczy obserwują nas z radosnym wyczekiwaniem. Kravos odwraca się do mnie, kładzie dłonie na moich biodrach, pochyla się i kradnie krótki pocałunek z moich ust. Mój pierwszy pocałunek. Oczy niemal wychodzą mi z orbit z szoku, a on wygląda na usatysfakcjonowanego. „Daj spokój, Alfo Kravosie!” – ryczy rudowłosy z wcześniej. „Stać cię na więcej!”. Kravos piorunuje przyjaciela wzrokiem i ciężko wzdycha. Robi mi się niedobrze, czuję się jak jakaś tania sztuczka imprezowa, a on na mnie patrzy. Świat zdaje się wirować wokół własnej osi, gdy on delikatnie odgarnia włosy z mojej twarzy. Jego oczy skanują moją twarz, po czym ujmuje mój policzek i – nadzwyczaj czule – przyciska swoje miękkie usta do moich. Moje dłonie lądują na jego piersi, lekko naciskając, gdy w niego wtulam się, poddając się pocałunkowi. Kiedy on otwiera usta, idę w jego ślady. Jego język przesuwa się po moich wargach, po czym wraca z większą siłą. Nic nie słyszę, zatracając się w tym pocałunku. Moje ciało reaguje w sposób, w jaki reagowało tylko na Jace’a, i wydaję z siebie jęk, który on słyszy. Równie szybko, jak pocałunek się zaczął, on odrywa się ode mnie, unosi ramię i wiwatuje jak szaleniec. Szukam jego wzroku, próbując znaleźć w nim pocieszenie, nadzieję, że to było coś więcej niż tylko głupie przedstawienie dla spragnionego rozrywki tłumu, ale on już ciągnie mnie korytarzem. Kravos podchodzi do krawędzi łóżka, poluzowując krawat i siadając, cały czas nie spuszczając ze mnie wzroku. Zasycha mi w ustach, gdy odpina pierwszy guzik koszuli. Zaciskam dłonie w pięści. Jestem teraz jego partnerką, a z tym tytułem wiążą się… pewne oczekiwania. Takie, których nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Odwracam wzrok, płonąc ze wstydu, czekając, aż wyda mi polecenie. „Co jest nie tak?” – pyta, wstając. Jego palce zręcznie przesuwają się po guzikach koszuli. Przełykam ślinę, czując przyciąganie więzi, którą stworzyliśmy. Moja wilczyca skomli, chcąc być blisko niego, dotknąć go i poczuć te iskry, co do których byliśmy przekonani, że już nigdy ich nie poczujemy. „Ja…” – przełykam ślinę. „Jak ty…”. Kravos chichocze, zdejmując koszulę i robiąc krok w moją stronę. Cofałam się odruchowo, wpadając na stojące za mną krzesło z zaskoczonym „och”. On nie jest po prostu potężny – jest żywą ścianą zarysowanych mięśni. Jest ideałem. Serce bije mi dziko, kręci mi się w głowie. „Uspokój się, Valerie. Czuję twoją panikę i zmartwienia” – wzdycha znudzonym tonem. „Jestem dziewicą” – wyrzucam z siebie, patrząc, jak jego brwi wędrują do góry. Jego usta drgają, po czym kręci głową. „N-nie jestem pewna, czy potrafię to zrobić… jeszcze nie…”. „Czy ja o to prosiłem?” – odpowiada rozbawiony. „Nie… po prostu… chodzi o to, że… jesteś ogromny”. Plączę się w słowach. On robi kolejny krok ku mnie, uśmiechając się szeroko, obserwując mój atak paniki. „Nie mówię, że ogromny tam, na dole… to znaczy, chyba nawet tego nie widziałam, żeby porównać, więc nie mogę powiedzieć, że nie jest. Ale ogólnie, jesteś wielkim alfą, o to mi chodziło”. „I boisz się?” – pyta z uniesioną brwią. Przygryzam dolną wargę, nogi mi się trzęsą. Czy on wymusi to na mnie dzisiejszej nocy? Czy nie mam prawa głosu w kwestii tego, kiedy dojdzie do zbliżenia? „Nie będziemy dziś konsumować tego związku” – mówi, sięgając ręką i unosząc mój podbródek palcem wskazującym. Jego oczy szukają moich, upewniając się, że poświęcam mu całą uwagę. „Nie będziemy?” – pytam, a łzy ulgi palą mnie pod powiekami. Chwytam się za rozstrojony żołądek. „Nie dzisiaj, moja mała Luno. Nie dzisiaj” – szepcze. „Na razie odpoczniemy”. Zdejmuje czarne spodnie wyjściowe, a ja przełykam ślinę, odwracając się gwałtownie. „C-czy powinnam spać na kanapie?” – pytam z nadzieją. Jego cichy śmiech rozbrzmiewa w pokoju, światła gasną, a ja wstrzymuję oddech. „Może i jestem ogromny, jak twierdzisz, ale na łóżku wciąż starczy miejsca dla ciebie” – droczy się. „Nie mam tu żadnych ubrań” – szepczę w ciemność, a on wzdycha. Po chwili coś trafia mnie w twarz. Szybko przebieram się w za dużą koszulę. Chłodny powiew muska moją skórę, gdy wskakuję do łóżka, naciągając kołdrę na zmarznięte ciało. „Kravos…?” – szepczę, na co on pomrukuje. „Mogę cię o coś zapytać?”. „O co?” – odpowiada po chwili z ciężkim westchnieniem. „Czy przeszkadza ci to, że jestem nikim?”. „Ewidentnie nie, skoro cię przyjąłem” – mówi sucho, a ja zaciskam usta w kwaśnym uśmiechu. „Byłam służącą córki Alfy” – mruczę. „Moja wilczyca jest słaba, prawie nigdy nie wychodzi na wezwanie, a mój mate odrzucił mnie zaledwie kilka godzin temu…”. Nic nie mówi i przez chwilę jestem przekonana, że zasnął. Wtedy materac pode mną ugiął się, a światło mignęło. Kravos odwraca się do mnie, wyciąga rękę i odgarnia mi włosy z twarzy. „Doskonale wiem, kim jesteś, moja mała Luno. Pytanie brzmi: czy ty to wiesz?” – mruczy, okręcając pasmo moich włosów wokół palca z tryumfalnym uśmieszkiem na ustach.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział 3 – Zastępcza Luna Króla Likanów | Czytaj powieści online na beletrystyka