Mężczyzny na końcu przejścia nie sposób przeoczyć. Stoi do mnie tyłem, rozmawiając z kimś ze swojego klanu. Mogę tylko przypuszczać, że to Alfa Kravos. Czuję, jak skóra mi cierpnie. Bezmyślnym ruchem wygładzam gorset sukni, próbując opanować nieregularny oddech. Moje skołatane nerwy są na skraju wytrzymałości, gdy idę w stronę potencjalnej zguby. Każdy krok przybliża mnie do tego potężnego jak góra likana.
Oblizuję usta, gotowa wygłosić mowę, którą naprędce ułożyłam, ale zamieram, gdy on odwraca się całkowicie w moją stronę. Oddech zamiera mi w piersi, a oczy rozszerzają się z niedowierzania. Jestem kompletnie oszołomiona jego wyglądem. Oczy zielone jak szmaragdy, rysy twarzy jakby wykute przez bogów i imponująca aura, która więzi i przyciąga. Ku mojemu zdumieniu, żadna blizna nie szpeci jego idealnego oblicza. Przechylam głowę, zdezorientowana.
To nie może być Alfa Kravos. Słyszałam opowieści o Alfie Śmierci i bliznach, przez które ukrywał się latami. Ale ten facet… ten facet jest nieziemski. Przystojny w najczystszej formie; jest dosłownym ideałem. Jak mam mu powiedzieć, że panna młoda go wystawiła?
„Nie wyglądasz jak na zdjęciu, które mi dostarczono” – mówi, unosząc brew z zaciekawieniem.
„Nie jest pan Alfą Kravosem” – odpowiadam oszołomiona. On wygląda na rozbawionego. Wsuwa dłonie do kieszeni, kołysząc się na piętach.
„Nie?” – pyta, a ja mrużę oczy.
„To znaczy… czy jest pan… Alfą Kravosem?” – szepczę.
„Skoro uważasz, że nie jestem, to pewnie nie jestem” – odpowiada ze wzruszeniem ramion, a ja czuję falę ulgi.
„Muszę przekazać wiadomość pańskiemu Alfie albo proszę mnie do niego zaprowadzić, bym mogła zrobić to osobiście. To pilne” – wyrzucam z siebie.
„Mogę przekazać wiadomość”.
„Jego zakontraktowana partnerka nie pojawi się na ceremonii” – mówię.
„Chcesz mi powiedzieć, że traktat jest martwy?” – pyta.
„Nie! Nie, znajdą mu nową partnerkę. Lepszą” – piszczę, rozglądając się za Alfą Barrettem i modląc się, by pospieszył się, zanim Alfa Kravos wyjdzie, oczekując rozpoczęcia ceremonii, która się nie odbędzie – a przynajmniej nie teraz.
„A kto mógłby być lepszy od córki Alfy?” – unosi brew.
„Każda byłaby lepsza od Tinsley” – mruczę pod nosem.
„W takim razie powinienem sam wybrać partnerkę według własnego uznania” – proponuje. Patrzę na niego przerażona tym, że mnie usłyszał, ale potem jego słowa docierają do mnie i moje przerażenie zmienia się w panikę, gdy zdaję sobie sprawę, że mówi o sobie, co oznacza…
„T-ty jesteś Alfą Kravosem” – szepczę, czując dreszcz przebiegający po kręgosłupie. Właśnie rozmawiałam jak z równym z Alfą Śmierci. Samym Królem Likanów.
„Jestem?” – pyta z zawadiackim uśmiechem na pełnych ustach.
„M-myślałam, że będziesz wyglądać inaczej” – jąkam się, załamując ręce, niepewna, jak zachować się w obecności rodziny królewskiej. Czy powinnam się skłonić?
„Spodziewałaś się twarzy pociętej bliznami?” – pochyla się ku mnie, szepcząc. „Mam blizny. Po prostu nie tam, gdzie możesz je zobaczyć, gdy jestem ubrany”. Puszcza do mnie oczko, a moje policzki płoną.
„Valerie” – woła Alfa Barrett, podbiegając do nas. Nie sądzę, bym kiedykolwiek cieszyła się na widok tego człowieka, ale teraz robię wyjątek, gdy odciąga uwagę Alfy Kravosa ode mnie. „Czy przekazałaś nowiny Alfie Kravosowi?”.
„Poinformowała mnie” – mówi Kravos, ponownie skupiając wzrok na mnie, jakbyśmy toczyli jakąś cichą bitwę, o której nie mam pojęcia.
„Znalazłem już zastępstwo za moją córkę” – wyrzuca z siebie Alfa Barrett, a jego oczy błagają o litość.
„Nie trzeba” – mówi Kravos, obracając się znów ku mnie z błyskiem psoty w oczach. „Sam wybiorę sobie partnerkę”.
„Tak, sądzę, że to sprawiedliwe, biorąc pod uwagę okoliczności”. Alfa Barrett chwyta mnie za ramię, próbując odciągnąć. „Chodź, Valerie, Tinsley cię potrzebuje”.
Kravos warczy zaborczo, chwyta moje wolne ramię i delikatnie przyciąga mnie do siebie. Wydaję z siebie okrzyk zaskoczenia, trzymana za oba ramiona przez obu mężczyzn. Patrzę na Alfę Kravosa, kompletnie zdezorientowana.
„Chcę Valerie. Wezmę ją za swoją mate” – ogłasza, a mi zasycha w ustach.
„Mnie?” – wychrypuję zszokowana, a moje brwi wędrują wysoko na czoło, gdy próbuję przetrawić tę szaloną prośbę.
„Absolutnie nie”. Barrett szarpie mnie mocniej ku sobie, na co Kravos puszcza mnie z warknięciem, a jego oczy ciemnieją. „Alfo Kravosie, nie chcesz jej, chyba nie zdajesz sobie sprawy, że ona jest służącą. Zajmuje się Tinsley i…” – Alfa Barrett jąka się, wyglądając na spanikowanego.
„Valerie, czy przyjmujesz moją propozycję?” – pyta mnie bezpośrednio Kravos.
„Ona nie ma prawa głosu” – syczy Alfa Barrett, spychając mnie za siebie.
„Chyba mnie nie zrozumiałeś, Barrett”. Kravos podchodzi do niego, a jego potężna sylwetka rzuca złowrogi cień. Jego warga drga z gniewu. „Dostanę Valerie albo będziemy mieli wojnę. Czy to jasne?”.
„Nie chcesz mnie” – szepczę, gdy on sięga za Barretta i przyciąga mnie do swojego boku, ignorując moje protesty. „Jestem nikim. Nie mam statusu. Mój mate mnie odrzucił”. Próbuję za wszelką cenę uświadomić mu, że nie jestem dla niego odpowiednia. Że w końcu go zawiodę, a wtedy będzie musiał mnie po prostu zabić.
„Podjąłem decyzję” – odwraca się do mnie. „Jeśli chcesz się wycofać, powiedz to teraz, a ja przygotuję moich wojowników do ataku. Nie mam czasu przekonywać cię, że pragnę cię za twoje cnoty czy wygląd. Prawdę mówiąc, jesteś dziwnie mała i chuda”.
Jego słowa nie są pełne miłości ani czułości, i odnoszę wrażenie, że jestem tylko pionkiem w jakiejś grze. Jednak im dłużej analizuję jego pytanie, tym bardziej dociera do mnie, że to moja droga ucieczki. Zapomnieć o latach cierpienia i udręki – muszę uciekać.
Potrzebuję miejsca, do którego mogłabym pójść, by nie patrzeć, jak mężczyzna, którego kocham, wychowuje dziecko z kobietą, której życiowym celem jest czynienie mojego każdego dnia piekłem. Alfa Kravos może i wygląda jak anioł śmierci, ale jego oferta jest jedyną, która obiecuje mi życie.
„Czy przyjmujesz, Valerie? Tak czy nie” – pyta raz jeszcze. Przygryzam wargę i powoli potakuję głową.
„Tak” – szepczę. Pierś mnie boli, a pomieszczenie nagle wydaje się mniejsze.
„Doskonale”.
Następne chwile zlewają się w jedną plamę. Ktoś przemawia, dziękując wszystkim za przybycie czy coś w tym rodzaju. Nie mogę się skupić, bo zbyt mocno wpatruję się w mężczyznę, który zmusza akurat mnie, bym została jego partnerką. Nie, nie zmusza. Może mnie ratuje. Ale to też nie brzmi właściwie…
Bierze mnie za rękę, prowadząc na środek przejścia, gdzie stajemy naprzeciw siebie. Nasze dłonie pozostają złączone, a on skupia wzrok wyłącznie na mnie.
„Ja, Alfa Kravos z watahy Zakrytego Zaćmienia i Król Likanów, wybieram ciebie, Valerie z watahy Obsydianowego Szczytu, na moją mate, moją Lunę”.
Jego słowa są stanowcze i ostateczne, wypowiedziane głośno, by wszyscy słyszeli. Biorę drżący wdech. To ja powinnam wypowiadać te słowa do Jace’a, obiecywać się jemu, a jednak stoję tutaj, działając pod wpływem pękniętego serca i impulsu. Mam nadzieję, że gdy Jace o tym usłyszy, zaboli go to tak samo, jak mnie boli jego zdrada.
Kravos odchrząkuje, przywołując mnie do rzeczywistości. Kręcę głową, zamykam oczy i skupiam się na zadaniu.
„Ja… Ja, Valerie z watahy Obsydianowego Szczytu, wybieram ciebie, Alfo Kravosie, na mojego mate i mojego alfę” – mówię cicho.
Kravos uśmiecha się półgębkiem, a moje ciało przenika dreszcz prądu. Jego oczy stają się czarne, gdy przyciąga mnie do swojej piersi. Słabe iskry pojawiają się przy dotyku, a ja gwałtownie wciągam powietrze. Nie zdawałam sobie sprawy, że wybrani partnerzy również mogą czuć iskry. Moje serce trzepocze z radości.
Może to wszystko nie będzie takie złe? Skoro Jace zniknął z mojego życia, nie mam nic do stracenia prócz samej siebie, jeśli tu zostanę. To był mój jedyny wybór. Nie, to był właściwy wybór.
„Stać!” – ryczy Tinsley, a jej głos odbija się od ścian. Jej policzki są zaróżowione, a oczy czarne z wściekłości, gdy pędzi w naszą stronę w swojej szkarłatnej sukni, która opina jej krągłości.
Kravos rozluźnia uścisk, a ja poprawiam sukienkę, czując narastający lęk, gdy on ją obserwuje. Ruch z tyłu przyciąga moją uwagę i serce mi zamiera, gdy widzę Jace’a. Jego oczy są czerwone i opuchnięte, a twarz pełna rozdarcia, gdy na mnie patrzy. Poczucie winy przeszywa moje wnętrze, czuję łzy napływające do oczu.
Nagły ból piecze mnie w policzek, gdy moja głowa odskakuje w bok. Mrugam, próbując zrozumieć, co się stało. Kiedy odwracam się, by spojrzeć na Tinsley, widzę plecy Kravosa, który stanął przede mną ochronnym gestem.
„Cofnij to” – warczy Tinsley. „Cofnij swoje roszczenie do niego, Valerie, a wybaczę ci tę wpadkę”.
Kravos śmieje się lekko, pochylając się ku Tinsley, która prostuje ramiona, próbując wyglądać na twardą, ale śmierdzi strachem na odległość. On jest nieprzenikniony, gdy przechyla głowę, mierząc ją wzrokiem.
„Ty jej wybaczysz?” – mówi Kravos znudzonym tonem. Robi groźny krok w jej stronę. „Myślisz, że jestem głupi? Doskonale wiem, co wyprawiałaś przez ostatnie kilka miesięcy”. Warczy, a ona prycha, jakby postradał zmysły.
„Nie mam pojęcia, o czym mówisz” – odpowiada chłodno, odwracając wzrok. „To pewnie kłamstwa jakiejś służki”.
„Ona jest Luną” – syczy Kravos, cofając się od niej, jakby nie była warta jego czasu.
Staje za mną, a panika w oczach Tinsley bierze górę nad ich zwykłym brązem; zazdrość wyraźnie prześwituje przez jej spojrzenie. Zerka w stronę wyjścia z sali, oblizuje usta i podchodzi bliżej mnie. Kravos warczy ostrzegawczo, ale ona go ignoruje.
„Jace na ciebie czeka” – szepcze, podchodząc jeszcze bliżej, a moje serce gubi rytm. Moje oczy wędrują ku niemu pod ścianą – widzę nadzieję na jego smutnej twarzy. „Kochałaś go, odkąd pamiętam. Wciąż masz czas, by odnowić więź. Daję wam swoje błogosławieństwo, musisz tylko cofnąć swoją przysięgę”.
Kravos chichocze, jakby to był żart, ale ja nie potrafię na niego spojrzeć. Moje serce wyje z tęsknoty za Jace’em i chęci ożywienia naszej więzi. Odkąd tylko dziewczyna może się zauroczyć, moje serce biło dla niego. Moja skóra łaknęła jego dotyku. Czy naprawdę można się wycofać, ocalić więź, która z Jace’em została już zerwana?
Ulegam spojrzeniu, które czuję ze strony Kravosa. Patrzę na niego przez ramię – w jego oczach widzę błysk, jakby próbował mnie przejrzeć. Potem spoglądam na Jace’a; nadzieja wypisana na jego twarzy skupia się całkowicie na mnie. Twarz Kravosa zasłania mi widok na Jace’a. On sięga ręką, chwyta mnie palcami za podbródek, upewniając się, że ma moją niepodzielną uwagę.
„Jesteś teraz moja, mała mate. Spójrz na niego tak jeszcze raz, a go zabiję” – szepcze.
















