„Nazywają go potworem. Dla mnie był po prostu najlepszym przyjacielem mojego brata. Dopóki nie nazwał mnie swoim »Małym Gołąbkiem« i nie uznał mojego świata za swój własny”. Pięć lat temu Declan Mercer zniknął bez słowa, zostawiając mi jedynie złamane serce i wyblakłe wspomnienie chłopca, który nauczył mnie jeździć na rowerze. Teraz, w przededniu moich osiemnastych urodzin, powrócił. Ale chłopca, którego kiedyś znałam, już nie ma. Na jego miejscu stoi mężczyzna z atramentem na skórze, mrokiem w oczach i bezlitosną reputacją, która sprawia, że drży nawet elita Sag Harbor. Jest zakazany. Jest najlepszym przyjacielem mojego brata. Jest niebezpieczeństwem, przed którym ostrzegali mnie rodzice. Ale kiedy osaczają mnie cienie Imperium Crossów, a ja staję się pionkiem w śmiertelnej grze krwi i zdrady, Declan jest jedynym, który może mnie ocalić. On nie tylko mnie chroni; ma na moim punkcie obsesję. Mówi mi, że jestem jego Małym Gołąbkiem. I prędzej spali całe miasto do cna, niż pozwoli komukolwiek dotknąć choćby jednego mojego piórka. Czy w świecie elitarnych sekretów i mafijnych zgliszczy zdołam przetrwać mężczyznę, który pragnie mieć mnie na własność?

Pierwszy Rozdział

Perspektywa Seraphiny Wyjrzałam przez okno, obserwując krętą drogę, gdy zmierzaliśmy do naszego letniego domu w Nowym Jorku. Jeździliśmy tam każdego lata, ale tym razem bez rodziców. Mama i tata wyjechali na ważną podróż służbową i zamiast odwoływać wakacje, powierzyli opiekę mojemu bratu, wierząc, że jesteśmy wystarczająco dorośli, by o siebie zadbać. Za kilka dni miałam skończyć osiemnaście lat, ale nie byłam tak podekscytowana, jak myślałam, że będę. Dlaczego? Bo jego tam nie będzie. Declan Mercer. Najlepszy przyjaciel mojego brata. Minęło pięć lat, odkąd widziałam go po raz ostatni, odkąd spakował się i wyjechał bez słowa pożegnania. Odkąd pamiętam, był stałym elementem mojego życia, zawsze się ze mną drocząc i bawiąc moim kosztem. Wyjechał, gdy miał osiemnaście lat, a ja trzynaście – wciąż z płaską klatką piersiową, srebrnym aparatem na zębach i grubymi okularami na nosie. Dla wszystkich innych był typowym niegrzecznym chłopcem; aroganckim, wytatuowanym, lekkomyślnym i niebezpiecznie pociągającym. Ale dla mnie był też chłopcem, który nauczył mnie jeździć na rowerze, tym, który wsuwał mi w dłonie cukierki, gdy rodzice zabraniali. Był chodzącą sprzecznością. Zbyt dziki. Zbyt zakazany. A jednak pamiętałam o nim wszystko. Zawsze dołączał do naszych letnich wakacji, skacząc z pomostów i rozpalając zbyt wielkie ogniska. On i mój brat przemycali piwo, podczas gdy ja udawałam, że tego nie widzę, a on zawsze wrzucał mnie do wody, ilekroć groziłam, że na nich doniosę. — Jesteśmy na miejscu, Seraphino — zawołał mój brat, a ja wyrwałam się z objęć wspomnień, gdy wjeżdżaliśmy na podjazd. Dom wyglądał tak samo; szeroki ganek na froncie, wypłowiałe od słońca okiennice i ten leniwy urok, jakim mógł pochwalić się tylko letni dom. Powietrze pachniało sosnami i solą, i przez moment miałam wrażenie, jakby czas w ogóle nie upłynął. Z bagażami ruszyłam do środka, a drewniane podłogi skrzypiały pod moimi stopami. Znaliśmy już swoje pokoje, więc gdy tylko weszłam do swojego, uderzyła we mnie fala nostalgii. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, była kąpiel, a gdy zanurzyłam się w ciepłej wodzie, wydałam z siebie długie westchnienie. Straciłam poczucie czasu, ale kiedy w końcu wyszłam z wanny, zaburczało mi w brzuchu. Owinęłam się ręcznikiem i cicho przeszłam na korytarz, a moje rude włosy, które pod wpływem wilgoci pociemniały do brązu, kapały mi na plecy. Ziewnęłam, przeciągając się, i ruszyłam w stronę kuchni, żeby złapać jakąś przekąskę. Ale kiedy zobaczyłam stojącą tam nieznajomą sylwetkę, odwróconą do mnie tyłem, zbyt umięśnioną i postawną, by należała do mojego brata, zamarłam, a serce podskoczyło mi w piersi. Pochylał się nad otwartą lodówką, jakby był tu panem, a jego obecność pochłaniała całą przestrzeń. Nie mogłam się ruszyć. Stałam tylko z szeroko otwartymi oczami. Ale nie byłam przerażona. Jego zapach... mieszanka cynamonu, lawendy i męskiej esencji. Przebudził coś we mnie, ale wtedy zauważyłam tatuaż róży na jego lewym ramieniu. W tamtym momencie przed oczami mignęło mi wspomnienie dziesięcioletniej mnie, wybierającej z magazynu przypadkowy rysunek róży i mówiącej pewnej osobie, że wyglądałby lepiej na jej ramieniu. Cofnęłam się potykając, a moje oczy rozszerzyły się w nagłym zrozumieniu. Nie. Nie, to niemożliwe. — Declan? Odwrócił się na dźwięk mojego głosu, a jego oczy spotkały się z moimi z błyskiem zaskoczenia… i czymś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać. To naprawdę był on. Declan Mercer. Starszy. Wyższy. Zabójczo przystojniejszy. Jego brązowe włosy były dłuższe niż zapamiętałam, spięte z tyłu w niedbały pół-koczek. Jego szczęka była teraz ostrzejsza, podkreślona zarostem, przez który tylko bardziej przypominał chłopaków, przed którymi matki ostrzegają swoje córki. Mięśnie napinały się pod jego koszulką na ramiączkach, gdy zamykał drzwi lodówki, a dresy wisiały nisko na biodrach, odsłaniając głębokie linie V, od których oblał mnie gorąc. I te tatuaże. Było ich teraz więcej, czarny tusz spływał po jego ramionach, oplatał bicepsy i pełzał w górę szyi. Odwrócił się do mnie przodem, a jego wzrok prześlizgnął się w dół mojego ciała, pozostawiając za sobą gęsią skórkę. Gdy znów spojrzał mi w oczy, uśmiechnął się, ukazując idealne rzędy białych zębów. — Kopę lat, gołąbeczku — powiedział, a jego głęboki głos przywrócił mnie do rzeczywistości. Wzdrygnęłam się i wtedy wydarzyło się najgorsze… Zsunął mi się ręcznik. Na ułamek sekundy świat się zatrzymał. Jego uśmiech zniknął. Oczy miał wielkie jak spodki, a szczęka mu się zacisnęła. A ja? Zrobiłam się czerwieńsza niż przejrzały pomidor. — O mój Boże! — sapnęłam, rzucając się po ręcznik. Moje palce drżały, gdy porywałam go z podłogi, i z prędkością światła obróciłam się na pięcie i rzuciłam do ucieczki. Nie obejrzałam się za siebie. Nie miałam odwagi. Gdy tylko dotarłam do pokoju, zatrzasnęłam drzwi i oparłam się o nie, z falującą klatką piersiową, zastanawiając się, co tu się do cholery właśnie wydarzyło. — Kurwa. — Osunęłam się na podłogę i zwinęłam w kłębek czystej udręki i zażenowania, z twarzą ukrytą w kolanach. Declan Mercer powrócił. Był tutaj. A ja właśnie zaświeciłam przed nim golizną, jakbym była główną bohaterką jakiejś gównianej komedii romantycznej. Co gorsza, nie byłam już dzieckiem. I sądząc po tym, jak na mnie patrzył… On też o tym wiedział. **** Siedziałam w pokoju przez czas, który zdawał się wiecznością, choć w rzeczywistości było to zaledwie kilka godzin. Leżałam w łóżku z twarzą wciśniętą w poduszkę, w kółko odtwarzając w głowie ten koszmarny moment. Tysiąc i jedno pytań dręczyło mój umysł, gdy zastanawiałam się, po co tu przyjechał. Czy dopiero co wrócił? Kiedy wrócił? Dlaczego tu przyjechał? Dlaczego teraz? Ciche pukanie do drzwi wyrwało mnie z zamyślenia. — Sera? — To był Alistair, mój brat. Jedyny, który nazywał mnie Serą. Jego głos był ostrożny, a zarazem wesoły. — Nie wyszłaś z pokoju, odkąd tu przyjechaliśmy, wszystko u ciebie w porządku? Och, wyszłam z niego, i to jak, a teraz głęboko tego żałowałam. Gdy nie odpowiedziałam, usłyszałam, jak wzdycha, po czym znów się odezwał: — W każdym razie, chciałem cię tylko uprzedzić... — kontynuował. — Declan wrócił. Powiedział, że jest w mieście i chciał mi zrobić niespodziankę. Pomyślałem więc, że wyprawimy mu dziś jakąś imprezę powitalną, będzie jak za starych, dobrych czasów. Ścisnęłam poduszkę mocniej, czując, jak moje serce odrobinę opada. Oczywiście, przyjechał dla Alistaira. Pokręciłam głową, odrzucając jakiekolwiek poczucie zawodu. Zawsze tak było. Declan zawsze w pierwszej kolejności szukał Alistaira, a ja byłam tylko siostrą jego najlepszego przyjaciela. Z jakiegoś powodu zawsze mnie to irytowało. Myślałam, że mój brat już odszedł, ale wtedy usłyszałam kolejne pukanie do drzwi. — Ty też możesz przyjść, Seraphino. Nastawiłam uszu i natychmiast usiadłam. — Naprawdę? — odpowiedziałam, ale zaraz potem usłyszałam jego oddalające się korytarzem kroki. Niedługo później rozbrzmiała muzyka, której gładki bit wibrował w całym budynku. Wkrótce na naszym podwórku zaparkowały samochody w liczbie przekraczającej to, czym powinna być impreza powitalna. Alistair urządzał imprezę z prawdziwego zdarzenia, i po raz pierwszy nie nakazał mi siedzieć na górze. I po raz pierwszy nie kazał mi zostać w pokoju. Żadnego: „Jesteś za młoda na imprezy”. Żadnego: „Czy to nie pora, żebyś poszła spać?”. Po prostu otwarte zaproszenie. Zwlokłam się z łóżka i stanęłam przed lustrem, otulona kocem użalania się nad sobą i wstydu. Mój wzrok zatrzymał się na odbiciu i coś we mnie drgnęło. Bez zbędnego myślenia wysuszyłam włosy i ubrałam się, zakładając czarne dżinsowe szorty w zestawie z krótkim topem odsłaniającym ramiona. Spięłam moje rude loki w niski kok, nałożyłam wesoły błyszczyk, a odrobina tuszu do rzęs podkreśliła moje zielone oczy. W chwili, gdy wyszłam z pokoju, cały dom tętnił energią. Ludzie tańczyli, a śmiech wypełniał powietrze, mieszając się z wiwatami i muzyką. Ale nawet w tym tłumie nienawidziłam tego, jak łatwo było mi go dostrzec. Gwiazdę wieczoru. Declana. Opierał się swobodnie o kuchenny blat, trzymając w jednej ręce butelkę piwa, podczas gdy drugą wodził po tatuażu na przedramieniu. I jak zawsze, otaczały go dziewczyny. Nie był to niecodzienny widok i powinnam już do niego przywyknąć. Ale nawet po pięciu latach, zawsze wywracał mi żołądek do góry nogami. Zmusiłam się, by odwrócić wzrok i ruszyłam w stronę drinków, rozglądając się uważnie, by upewnić się, że Alistaira nie ma w pobliżu. Zasadniczo miałam już osiemnaście lat, więc nie powinno być wielkim problemem, jeśli napiję się kilka dni wcześniej. Sięgnęłam po kubek z ponczem, który ktoś zostawił bez opieki, i opróżniłam go w kilku łykach. Smak był mdły, więc wzruszyłam ramionami i sięgnęłam po butelkę piwa. Właśnie gdy moje palce miały się na niej zacisnąć, pojawiła się inna dłoń i ją zabrała. Zamrugałam zaskoczona, a gdy przeniosłam wzrok, zobaczyłam Declana wyrastającego tuż za mną. — Jesteś jeszcze za młoda na picie, gołąbeczku. Przewróciłam oczami i odwróciłam się, by odejść, postanawiając całkowicie go zignorować, ale wtedy stanął przede mną, a jego potężna sylwetka zablokowała mi drogę. — Nie cieszysz się na mój widok? — Zabrzmiał na szczerze zdezorientowanego i nazbyt swobodnego, jakby nie zniknął bez śladu, nie mówiąc mi o tym, albo jakby kilka godzin temu nie widział mnie nago. Spróbowałam wyminąć go z innej strony, ale znów mnie zatrzymał. Westchnęłam ciężko, ale nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy. — Możesz się przesunąć? Declan uniósł brew, a na jego ustach zagrał kpiący uśmieszek: — Daj spokój, Seraphino. Nadal jesteś... — Prawda czy wyzwanie, wszyscy! Ruszcie tu tyłki! — zawołał ktoś z salonu, przerywając mu. Idealne wyczucie czasu. Przepchnęłam się obok Declana do salonu, a on podążył za mną, jego obecność była równie ciężka jak jego cholerna woda kolońska. Zaczęli grę, a skłamałabym mówiąc, że nie byłam zdenerwowana. Nigdy wcześniej nie grałam w prawdę czy wyzwanie, a Alistaira nigdzie nie było widać. Wydawało się wręcz, że ludzie nie wiedzą, iż jestem jego młodszą siostrą, co stanowiło miłą odmianę. — Jesteś pewna, że chcesz w to grać, gołąbeczku? Zamarłam, gdy głos Declana łaskotał moje uszy, a jego oddech omiatał moją skórę. Siedziałam na kanapie, podczas gdy on stał za mną, opierając łokcie po obu stronach mojej głowy, gdy pochylił się do przodu. Był za blisko. Zbyt blisko, bym mogła racjonalnie myśleć. Ale w jego tonie kryło się nieme wyzwanie, może nuta sarkazmu, a ja nie zamierzałam pozwolić, by się ze mną droczył. — Tak, jestem — odpowiedziałam stanowczo, z bijącym sercem. Gra zaczęła się łagodnie, ludzie wyznali kilka żenujących prawd, a potem wykonali kilka głupich wyzwań. Zamrugałam chyba po raz setny tego dnia, nagle czując zawroty głowy. Pokój lekko zawirował, i pośrodku mojego dylematu, jako kolejnego wybrano Declana. — Wyzywam cię, żebyś wybrał dowolną z tutejszych dziewczyn i spędził z nią siedem minut w niebie. W szafie — rzucił ktoś wyzwanie, a pokój wybuchnął śmiechem i wiwatami. Puls dudnił mi w uszach i ledwo mogłam zrozumieć, co się dzieje, ale wtedy poczułam, jak duża dłoń zaciska się na moim nadgarstku i ciągnie mnie w górę. — Hej?! To był Declan, a wybrał mnie. Próbowałam wyrwać się z jego uścisku, ale był zbyt silny i zanim zdążyłam zrobić cokolwiek innego, byliśmy już w szafie, a drzwi zatrzasnęły się z głośnym kliknięciem.

Odkryj więcej niesamowitych treści