Carter nie spodziewał się, że bliźniaki tak zdecydowanie odrzucą Lauren.
Lauren zalała się łzami, chwiejąc się na nogach. – To moja wina... To wszystko moja wina... Nie powinnam była odchodzić... One mnie nawet nie znają...
Stojąc tuż przed Rheą, Carter objął Lauren ramieniem. – Nie obwiniaj się. Nie miałaś wyboru. Chodź. Nie płacz. Idź na górę i odśwież się trochę.
Ubrana w proste ciuchy Lauren wyglądała na kruchą i nieszczęśliwą. Była zbyt słaba, by stać o własnych siłach, więc Carter skończył na tym, że osobiście odprowadził ją do pokoju gościnnego.
Minęli Rheę, nie rzucając jej nawet spojrzenia, nie zważając na to, jak mogła się czuć.
Rhea zdusiła w sobie dziwny dyskomfort narastający w jej wnętrzu. Powtarzała sobie, że Lauren po prostu tęskniła za dziećmi i chciała je zobaczyć, a Carter robił tylko to, co zrobiłby każdy przyzwoity ojciec. Próbował zachować cywilizowane relacje.
Na tę myśl zmusiła się do uśmiechu. – Dobrze, słonka. Czas się umyć i przygotować do snu.
– Dobrze, mamo! – Bliźniaki uśmiechnęły się szeroko i poszły za Rheą.
...
W pokoju gościnnym Lauren szybko się odświeżyła i przebrała w czysty zestaw ubrań. Jednak w jej piersi wciąż tlił się niepokój. – Carter, dzieci pewnie szykują się już do spania, prawda?
Carter kiwnął głową. – Tak. Jest późno.
Gdyby nie przyjęcie tego wieczoru, dzieci już dawno by spały.
Lauren odstawiła kubek z ciepłą wodą. Jej oczy wciąż były zaczerwienione, gdy zapytała: – Myślisz, że mogłabym je wykąpać? To mogłoby nam pomóc nawiązać więź. Tak bardzo za nimi tęskniłam i straciłam już tyle czasu. To naprawdę boli.
Jej oczy wypełniała głęboka, bolesna tęsknota za dziećmi.
Jak Carter mógłby odmówić matce miłości do własnych dzieci?
Zwłaszcza, że ich rozstanie nie wynikało z braku miłości, ale z okoliczności niezależnych od nich. Carter nie mógł znieść widoku tak przygnębionej Lauren.
Te dwoje dzieci to w końcu te same, które nosiła pod sercem i urodziła.
Więc kiwnął głową i powiedział: – W porządku.
...
Carter dotarł do pokoju dziecięcego i zapukał do drzwi. – Arielle, Adrian.
Rhea otworzyła, mając wciąż mokre ręce. Kiedy zobaczyła go stojącego obok Lauren, cicho zacisnęła usta i zapytała: – O co chodzi?
– Lauren chce pomóc dzieciom w kąpieli. Może uda im się trochę zbliżyć – powiedział Carter.
To nie była wygórowana prośba. Więc Rhea odsunęła się na bok i powiedziała: – Wejdźcie. Arielle korzysta z łazienki po prawej.
Bliźniaki miały teraz sześć lat. Były na tyle duże, by potrzebować oddzielnych łazienek.
Lauren pospieszyła do łazienki po prawej stronie. Popychając drzwi, zawołała cicho: – Arielle? Tu mama.
Zaskoczona widokiem kobiety, która chciała zająć miejsce Rhei, Arielle szybko owinęła się ręcznikiem. – Nie potrzebuję twojej pomocy – powiedziała.
Odrzucenie uderzyło w Lauren, sprawiając, że jej oczy znów zaszły łzami.
Carter stał tyłem do drzwi łazienki. – Arielle, nie odzywaj się tak do matki.
Lauren szybko powiedziała: – W porządku, Carter. One mnie jeszcze nie znają. To logiczne, że są ostrożne. Nic mi nie jest.
Brzmiała na tak cierpliwą i wyrozumiałą, co tylko sprawiło, że Carterowi zrobiło się jej bardziej żal.
Czy to sprawiedliwe, że biologicznej matce nie pozwalano zbliżyć się do własnych dzieci?
Na tę myśl odwrócił się do Rhei, która właśnie miała podać gumową kaczuszkę Adrianowi. – Czy tego właśnie ich uczyłaś?
Rhea znieruchomiała, zdezorientowana nagłym oskarżeniem. – Czego ich uczyłam?
– Lauren jest ich matką. Nawet gdyby była obca, powinny okazywać podstawowy szacunek.
Carter wierzył, że opór dzieci wobec Lauren wynikał z błędów wychowawczych Rhei.
Rhea poczuła, jak serce jej zamiera. – One jej nie znają. Czego ode mnie oczekujesz...
– Wystarczy – przerwał jej Carter. – Pomóż Lauren wykąpać Arielle.
Bez słowa ruszył w stronę łazienki Adriana. Rhea patrzyła na jego oddalającą się sylwetkę, po czym powoli weszła do łazienki Arielle.
Lauren trzymała już butelkę płynu do mycia ciała. – Arielle, pozwól, że ci z tym pomogę.
Arielle chciała ją odepchnąć, ale właśnie słyszała, jak Carter zrugał Rheę. Więc zacisnęła zęby i znosiła to.
Rhea stała obok i patrzyła, jak Arielle zmusza się do wytrwałości przez wzgląd na nią. To sprawiało, że bolała ją klatka piersiowa. Mimo to nie mogła powstrzymać matki i córki przed spędzeniem czasu razem.
Na szczęście kąpiel była szybka. Potem Lauren z entuzjazmem podniosła mały szklany słoiczek. – Arielle, chciałabyś użyć tego truskawkowego balsamu?
Arielle spojrzała na nią tępo i powiedziała: – Nie, dzięki. Chcę, żeby moja mama to zrobiła.
Rhea podeszła. – Ja to zrobię.
Sposób, w jaki Arielle stawiała jej opór, sprawił, że serce Lauren ścisnęło się z bólu. – Dobrze.
W chwili, gdy Rhea sięgnęła po słoik w dłoni Lauren, ta nagle drgnęła, przez co szklany słoik wyślizgnął się i roztrzaskał o podłogę.
Hałas przestraszył Arielle. Potknęła się i nadepnęła prosto na odłamek szkła. Krew natychmiast wykwitła na jej stopie. Krzyknęła: – Mamo! Krwawię!
Oczy Rhei rozszerzyły się z paniki, ale zareagowała błyskawicznie. Wzięła Arielle na ręce i wybiegła.
Lauren szybko podążyła za nimi. – Co się stało? Co jest nie tak?
Słysząc zamieszanie, Carter przybiegł, by zobaczyć mocno krwawiącą stopę Arielle.
Rhea natychmiast chwyciła apteczkę i zaczęła opatrywać ranę. Jej dłonie poruszały się z wprawą.
– Co się stało? – zapytał Carter.
Lauren wyglądała na zdruzgotaną. – Pani Jamison, nawet jeśli mnie pani nienawidzi, nie powinna się pani wyżywać na dzieciach. Rozbity słoik jest naprawdę niebezpieczny. Gdyby nie wyrwała mi go pani...
Ręka Rhei zamarła w powietrzu. Wacik prawie dźgnął otwartą ranę Arielle.
Rhea nie miała czasu na kłótnie. Opatrzenie rany było najważniejsze.
Na szczęście odłamek szkła nie utknął w skórze. To było tylko powierzchowne skaleczenie.
Słysząc to, Carter zmarszczył brwi, patrząc na Rheę i powiedział: – Jeśli masz problem z Lauren, przyjdź z tym do mnie. Dlaczego wyżywasz się na dzieciach?
Rhea podniosła wzrok, gdy usłyszała te słowa. – Nie próbowałam wyrwać słoika. I nie mam z nikim problemu.
Lauren wydawała się być przytłoczona poczuciem winy, gdy mówiła: – Nie, Carter. To moja wina. Nie powinnam była prosić o nawiązanie więzi z dziećmi ani próbować ich kąpać. Gdyby mnie tu nie było, Arielle nie zostałaby zraniona. To wszystko moja wina.
Ale Carter powiedział stanowczo: – Nic z tego nie jest twoją winą. Jesteś jej biologiczną matką. Każdy inny mógłby ją skrzywdzić, ale nie ty.
Wacik w dłoni Rhei pękł na pół. Zacisnęła zęby, a jej oczy wezbrały niewyjanymi łzami.
Zastanawiała się, czy Carter naprawdę myślał, że wyładowuje swoją złość na dzieciach. Fala bólu wezbrała w jej piersi.
– Nie smuć się, mamo. – Arielle zarzuciła ramiona na szyję Rhei i powiedziała: – Nawet tak bardzo nie boli.
Ciepłe uczucie wezbrało w piersi Rhei. Walczyła, by powstrzymać łzy napływające do oczu. – Dziękuję. Nic mi nie jest.
Carter spojrzał na Arielle. – Twoja biologiczna matka płacze tutaj, a ty nawet nie powiesz ani słowa, by ją pocieszyć?
Lauren pociągnęła delikatnie Cartera za rękaw i potrząsnęła głową. – Nie krzycz na dzieci. Są jeszcze małe. Nie rozumieją.
Więc wszystko sprowadzało się do porażki Rhei w odpowiednim wychowaniu dzieci.
Gniew Cartera zapłonął i warknął na Rheę: – Od jutra nie musisz już zajmować się dziećmi. Lauren to przejmie.
Rhea nie mogła uwierzyć własnym uszom. Skończyła bandażować ranę Arielle i wstała.
Ale zanim zdążyła odpowiedzieć, Arielle wypaliła: – Tato, mama nie próbowała zabrać słoika! Ta kobieta puściła go, zanim mama w ogóle go dotknęła! Zrobiła to celowo!
















