– Dom rodziny Kingsleyów? – powtórzyła Elara.
– Tak – potwierdził Alfred z pełnym szacunku skinieniem głowy. – Dom rodziny Kingsleyów. Od dziś to pani dom.
Elara stała w milczeniu przez kilka sekund. Alaryc Kingsley był jej biologicznym ojcem, a ogromna fortuna, którą pozostawił, trafiła już w jej ręce. Powrót do rodziny Kingsleyów był nieunikniony. Nie mogła przed tym uciec – ani nie musiała.
W końcu skinęła głową.
– Bardzo dobrze. Skoro to mój dom, powinnam go zobaczyć.
To, co miało nadejść, i tak nadeszłoby prędzej czy później.
Podczas jazdy Alfred krótko omówił bieżące sprawy rodziny. Imperium Kingsleyów było rozległe, a większość aktywów należała niegdyś bezpośrednio do Alaryca. Mniejsza część spoczywała w rękach ojca i starszego brata Alaryca. Teraz gdy cały majątek Alaryca przeszedł na Elarę, stała się ona największym udziałowcem Kingsley Holdings.
Obecnie ojciec Alaryca, Arthur Kingsley, przebywał za granicą na rekonwalescencji. Domem zarządzała wdowa po Alarycu, Genevieve Dalton, natomiast operacjami firmy zajmował się ich adoptowany syn, Julian Kingsley.
Godzinę później przedłużony Rolls-Royce wsunął się gładko przez żelazne bramy Kingsley Hall.
Kompleks rezydencji rozciągał się na ponad dziesięciu tysiącach stóp kwadratowych, majestatyczny i onieśmielający. Sama jazda od bramy do głównej willi zajęła ponad dziesięć minut. Architektura posiadłości sprawiała, że zwykłe rezydencje wydawały się przy niej karłowate; każdy kamień emanował przepychem, jakby jedna cegła mogła kupić całą miejską przecznicę.
Elara po raz pierwszy wkraczała do tak luksusowego świata. Skłamałaby, mówiąc, że nie jest zdenerwowana, jednak zmusiła się do zachowania opanowania.
Alfred wprowadził ją do salonu recepcyjnego w głównej willi. Gdy ciężkie drzwi się otworzyły, Elara ujrzała dystyngowaną kobietę stojącą przed oknem sięgającym od podłogi do sufitu, z dwiema asystentkami u boku. Na sofie siedział młody mężczyzna w garniturze szytym na miarę.
Wzrok kobiety spoczął na Elarze tylko przez chwilę, po czym podeszła bliżej.
– To pani Genevieve, żona pani zmarłego ojca – szepnął Alfred jej do ucha. – A to pan Julian, adoptowany syn pani zmarłego ojca. Jest pani przybranym bratem – dodał, kłaniając się mężczyźnie na sofie.
Gdy Genevieve uniosła podbródek w niemym rozkazie, Alfred wycofał się, wyprowadzając służbę z pokoju. Po chwili zostali tylko Elara oraz matka z synem.
– A więc... Ty jesteś Elara.
Elara skinęła głową raz, cicho. Choć usta Genevieve wygięte były w uśmiechu, Elara czuła lód w jej spojrzeniu.
– Usiądź – poleciła Genevieve chłodnym tonem. – Jesteś teraz w domu. Nie ma potrzeby zachowywać ceremonii.
Julian zawtórował jej z wyćwiczoną, pustą uprzejmością.
– Proszę, rozgość się.
Elara wybrała miejsce w samym rogu wystawnej sofy.
– Genevieve – zaczęła, przechodząc prosto do sedna – czy mogę zapytać, dlaczego chciałaś ze mną rozmawiać?
– Nie traćmy czasu – przerwała Genevieve, porzucając wszelkie pozory ciepłego powitania. – Chcę, abyś zrzekła się roszczeń do większości spadku.
Skinęła lekko w stronę Juliana, który przesunął po stole przygotowaną wcześniej umowę.
– Elaro – powiedział tonem tak chłodnym i bezosobowym, jakby chodziło o transakcję handlową – majątek mojego ojca został w całości zapisany tobie. Jednak kontrola nad firmą nie może trafić w twoje ręce. Ufamy, że to rozumiesz. W ramach rekompensaty jesteśmy gotowi zaoferować ci dziesięć milionów dolarów w gotówce.
Nie została to przedstawione jako oferta, lecz jako dekret.
Elara zamrugała, po czym podniosła dokument i zaczęła kartkować go z miną pełną beznamiętnej ciekawości.
„Dobrowolne zrzeczenie się wszystkich udziałów w firmie Kingsleyów, praw głosu oraz nieruchomości...”
Genevieve powoli, bez pośpiechu siorbnęła herbatę.
– Wiem wszystko o twoim pochodzeniu – stwierdziła, a w jej głosie pobrzmiewała wyższość. – Twoją matkę i Alaryca nie łączyło nic poza przelotnym romansem. Byłaś wypadkiem. Porzucona w sierocińcu w wieku trzech lat... miałaś trudne życie. Dziesięć milionów to więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek mogłaś sobie wymarzyć. Ale publicznym wizerunkiem rodziny Kingsleyów nie może być nieślubne dziecko. Oczekuję, że masz w sobie dość samoświadomości, by to zrozumieć. Niemniej jednak jesteś córką Alaryca. Masz w sobie krew Kingsleyów. Formalnie pozostaniesz najstarszą córką tej rodziny. Gdybyś kiedykolwiek znalazła się w potrzebie, możesz przyjść do mnie.
Jej ton był ostateczny, nie pozostawiał wątpliwości, że oczekuje natychmiastowego posłuszeństwa.
Elara zamknęła teczkę i odłożyła ją na stół. Napotkała spojrzenie Genevieve; jej własne oczy były spokojne i niewzruszone.
– Elaro, jeśli nie masz zastrzeżeń, podpisz tutaj – ponaglił Julian, przesuwając pióro po blacie.
– Odmawiam.
Elara spodziewała się tego. Rodzina Kingsleyów nigdy szczerze nie powitałaby tak zwanego „bękarta” z otwartymi ramionami. To, co nazywali negocjacjami, było jedynie przymusem ubranym w cywilizowane szaty.
Jej głos pozostał opanowany, gdy kontynuowała:
– Genevieve, nazywasz mnie nieślubną. Ale prawo uznaje ojcostwo. Mój ojciec zostawił testament, raport DNA i sprawił, że podpisałam notarialną umowę spadkową z jego prawnikiem. To aż nadto, by potwierdzić moje prawa.
Twarz Genevieve spochmurniała, gdy przyglądała się Elarze, jakby widziała zupełnie inną osobę. Nigdy nie przeszło jej przez myśl, że ta dziewczyna odważy się postawić.
– Powinnaś zrozumieć, Elaro – syknęła Genevieve, a jej opanowanie pękło, odsłaniając czystą pogardę – że nawet jeśli majątek prawnie należy do ciebie, nie masz kompetencji, by nim zarządzać.
Julian również wyglądał na oszołomionego. Nikt w Aurelian City nie odważył się nigdy odmówić jego matce tak bezpośrednio.
– Elaro – powiedział, porzucając wszelkie pozory uprzejmości – to nie jest prośba. Sprawy rodziny Kingsleyów są znacznie bardziej skomplikowane, niż możesz sobie wyobrazić. Twoja decyzja wpływa na wszystkich. Nie możesz występować przeciwko całej rodzinie.
Ale Elara widziała to jasno – to była prosta gra o władzę. Dla nich pieniądze oznaczały kontrolę, a ona była nikim, kogo spodziewali się przekupić marnymi drobniakami.
Niefortunnie dla nich, nie należała do osób, które dają się ugiąć.
– A więc to nie negocjacje, lecz ultimatum? – Blady, zimny uśmiech błąkał się na jej wargach. – Jakież to niefortunne dla was. Prawnego dziedziczenia nie może unieważnić niczyje „zawiadomienie”. Przejrzałam już portfel Kingsley Holdings. Główne aktywa nieruchomościowe wyceniane są na ponad dziesięć miliardów, przy rocznych przychodach stale przekraczających osiem miliardów. I wy oferujecie mi dziesięć milionów jako „rekompensatę”? Za to można by kupić pojedynczy lokal handlowy. Ale w obliczu dziesięciomiliardowego imperium to nie jest ugoda – to zwykła kradzież.
Przesunęła umowę z powrotem na ich stronę stołu.
Genevieve i Julian wymienili spojrzenia pełne absolutnego zdumienia.
– Jeśli to wszystko, to już pójdę – oświadczyła Elara beznamiętnie. – Możemy albo postępować zgodnie z prawem, albo negocjować w dobrej wierze. Julianie, jesteś adoptowanym synem mojego ojca. Zgodnie z prawem spadkowym, twoje roszczenia są na dalszym miejscu niż moje. Czy rodzina Kingsleyów naprawdę pozwoliłaby, aby niespokrewniony adoptowany syn stanął ponad własną krwią?
Wstała i odwróciła się w stronę drzwi.
– Zatrzymać ją – rzuciła ostro Genevieve.
Ochroniarze stojący w holu natychmiast ruszyli, by zablokować wyjście. Elara zatrzymała się, a jej oczy niebezpiecznie zwęziły.
– Genevieve, uciekasz się do siły?
– Nie bierz mojej cierpliwości za słabość – odparła lodowato Genevieve. – Podpisz umowę, póki wciąż jestem skłonna zaoferować ci cokolwiek.
Julian wyrósł nad nią, rzucając cień swoim wzrostem.
– Więc podaj swoją cenę.
– Moja cena – powiedziała Elara, patrząc mu w oczy bez cienia strachu – to wszystko, co zostawił mi ojciec. Ani centa mniej.
– W takim razie nie zostawiasz nam wyboru – odrzekł Julian, a jego głos stał się zimny i twardy, gdy strażnicy zaczęli się zbliżać.
Genevieve wycofała się w stronę okna, podczas gdy ciężkie drzwi zaczęły się zamykać, więżąc Elarę w środku.
Elara nie ustąpiła, z wyprostowanymi plecami i wzrokiem zimnym jak lód, gotowa na to, co nastąpi.
Lecz w tej samej chwili na korytarzu rozległy się pośpieszne kroki.
Do pokoju wkroczyło kilkunastu mężczyzn w nienagannie skrojonych czarnych garniturach, a tuż za nimi szedł Alfred.
Julian zamarł w pół kroku. Rozpoznał insygnia na ich klapach. Pobladł i instynktownie spojrzał na matkę, szukając wskazówek.
– Pani – Alfred nachylił się i szepnął kilka cichych słów do ucha Genevieve. Jej wyniosły wyraz twarzy rozpadł się, zastąpiony przez czyste niedowierzanie.
– Co właśnie powiedziałeś?
– Pan Arthur właśnie dzwonił, aby potwierdzić – odrzekł Alfred. – Rodzina St. Claire wybrała młodą panią.
Zanim waga tych słów zdążyła wybrzmieć, jeden z nowo przybyłych mężczyzn wystąpił z grupy i podszedł bezpośrednio do Elary.
– Pani Elara? – zapytał z szacunkiem.
Wciąż przetwarzając nagły ratunek, zdołała skinąć głową.
– Mój pan prosi o zaszczyt pani towarzystwa na kolacji jutro wieczorem. – Wręczył jej prostą, czarną wizytówkę z wyraźnymi literami wytłoczonymi w złotej folii. Po przekazaniu wiadomości on i jego oddział wycofali się tak szybko i cicho, jak się pojawili.
Elara spojrzała na kartę w dłoni. Jedno nazwisko rzucało się w oczy, władcze i niemożliwe do pomylenia: Sebastian St. Claire.
Strażnicy rodziny Kingsleyów patrzyli zdezorientowani, wodząc wzrokiem między Julianem a Genevieve. Dopiero gdy Genevieve dała krótki, niemal niedostrzegalny znak głową, Julian, wrząc z frustracji, machnął lekceważąco ręką, by odstąpili.
Choć całkowicie skonsternowana tą interwencją, Elara nie wahała się. Nie obejrzała się za siebie, wychodząc z salonu i opuszczając rezydencję.
W momencie, gdy drzwi frontowe się zamknęły, Julian odwrócił się do matki.
– Mamo! Jak mogliśmy ją po prostu puścić?
– A co innego mogliśmy zrobić? – Głos Genevieve był mroźny, a jej idealnie wypielęgnowane paznokcie wbijały się w dłonie. – Widziałeś, kto to był. To była rodzina St. Claire.
Poza terenem posiadłości Elara dostrzegła odjeżdżający konwój czarnych samochodów. Ciemne szyby sprawiły, że poczuła nagły dreszcz, jakby niewidoczne oczy były w niej utkwione.
– Elaro.
Odwróciła się. Obok niej zatrzymał się biały Bentley. Szyba opuściła się, odsłaniając mężczyznę w średnim wieku w swobodnym stroju sportowym.
– Jestem twoim wujem, Silasem Kingsleyem – przedstawił się z uśmiechem. – Wsiadaj. Podwiozę cię.
Z bliska Elara dostrzegła podobieństwo w jego rysach. Jednak po zasadzce, którą właśnie przetrwała, jej czujność była najwyższa w życiu.
– Dziękuję, ale poradzę sobie sama – odpowiedziała oschłym, stanowczym tonem.
Szła dalej. On utrzymywał samochód w powolnym ruchu obok niej, wydając z siebie westchnienie, które miało brzmieć wyrozumiale.
– Nie bądź taka nieufna. Nie jestem jak inni. Naprawdę chcę ci pomóc.
Gdy nie odpowiedziała, kontynuował konspiracyjnym tonem:
– Spójrz na to z ich perspektywy. Jesteś nieślubną córką, która nagle wpadła w wielomiliardowy spadek. Żadna potężna rodzina nie rozwinęłaby tak po prostu czerwonego dywanu. Ale jesteś w wyjątkowej sytuacji – bo rodzina St. Claire zwróciła na ciebie uwagę.
– Jeśli zgodzisz się na sojusz małżeński z nimi, twoja pozycja w rodzinie Kingsleyów zostanie ugruntowana z dnia na dzień. Genevieve nie odważyłaby się wtedy tknąć cię palcem.
To sprawiło, że Elara w końcu się zatrzymała.
Odwróciła się do niego, a wyraz jej twarzy był nieodgadniony.
– Sojusz małżeński?
















