Głos Lydii ledwie zdążył się podnieść, gdy jeden z ochroniarzy ciężko położył dłoń na jej ramieniu, zmuszając ją do powrotu na krzesło naprzeciwko Harrisona.
On oparł łokcie na biurku, mówiąc tym samym beznamiętnym tonem co wcześniej.
— Oczywiście, panno Mercer, nie musi pani podpisywać. Mam swoje sposoby. Skoro nie potrafi pani opuścić rodziny Thorne’ów — ani Dominica — lepiej niech będzie pani g
















