Mia była wykończona. Nogi bolały ją od wielogodzinnego stania, głowa pulsowała od niekończącego się strumienia wymagających klientów, a jej dusza czuła się wydrenowana kolejnym dniem udawania, że nic jej nie rusza.
W Casa Lounge panował dziś straszny ruch, a jedyne, czego teraz pragnęła, to złapać najbliższy autobus do domu, wczołgać się do łóżka i modlić się, by matki i rodzeństwa nie było w pobliżu. Nie miała dziś siły się z nimi użerać – nie z ich dramatami, ocenianiem i ciągłym przypominaniem o nazwisku, od którego tak desperacko chciała uciec.
Stała na przystanku autobusowym, mocno ściskając torebkę i obserwując światła reflektorów mijających ją jeden po drugim. Nocne powietrze było chłodne, a wiatr targał pasmami jej włosów.
Jej myśli przerwał warkot silnika. Mia podniosła wzrok, zaskoczona, gdy lśniący, czarny sportowy samochód zwolnił i zatrzymał się tuż przed nią. Jego reflektory skąpały ją w oślepiającym świetle. Zmrużyła oczy, cofając się o krok, gotowa do ucieczki, gdyby zaszła taka potrzeba. Nic dobrego nigdy nie wynikało z drogich samochodów zatrzymujących się dla takich ludzi jak ona.
Drzwi się otworzyły i wysiadł z nich Alexander Blackwell.
Dech uwiązł Mii w gardle.
Nie był tylko przystojny; był zniewalająco przystojny. Wysoki, o szerokich ramionach, z twarzą wyrzeźbioną niczym grecki bóg i aurą pewności siebie, która domagała się uwagi. Alexander Blackwell był w każdym calu enigmą, o której krążyły legendy. Jego obecność była przytłaczająca, tego rodzaju, która zapiera dech w piersiach, zanim człowiek w ogóle zda sobie z tego sprawę.
Oparł się niedbale o swój samochód, wlepiając w nią wzrok, jakby miał cały czas świata.
– Cześć – powiedział, a jego głos był gładki, podszyty nutą arogancji.
Mia zamrugała, niepewna, czy jej umysł płata jej figle. Zerknęła za siebie, dwa razy, pewna, że musi być tam ktoś inny, do kogo się zwracał. Z pewnością „Blackwell” nie mógł rozmawiać z nią.
– Do ciebie mówię, Turner – rzucił z uśmieszkiem.
W głowie miała pustkę. Jedyne, co zdołała zrobić, to wydukać: – C-co? Ja?
– Tak.
Mia ścisnęła torebkę mocniej. Patrzyła na niego, jakby właśnie ogłosił, że niebo jest zielone. – Dlaczego… dlaczego ze mną rozmawiasz?
Jego uśmieszek się pogłębił, a potem, bez ostrzeżenia, powiedział: – Umów się ze mną na randkę.
Mia zamarła. Te słowa uderzyły w nią jak grom z jasnego nieba. Czy dobrze usłyszała? Zamrugała gwałtownie, czekając na puentę, ale jego twarz pozostała poważna, a nawet rozbawiona.
– Co? – wykrztusiła. – M-masz dziewczynę.
Alexander wzruszył ramionami, wsuwając dłonie do kieszeni. – Już nie. Zerwaliśmy. Sprawdź wiadomości, Turner.
Niedbały sposób, w jaki to powiedział, sprawił, że poczuła się, jakby wkroczyła do alternatywnej rzeczywistości. Jej umysł z trudem nadążał.
– Nie rozumiem – powiedziała drżącym głosem.
– Ile?
Mia znów zamrugała. – Co?
– Zapytałem, ile za chodzenie ze mną na randki?
Zajęło jej chwilę przetworzenie tych słów. Szczęka jej opadła, gdy dotarło do niej ich znaczenie. – Ty… ty chcesz mi zapłacić za chodzenie z tobą na randki?
– Może – odparł nonszalanckim tonem, jakby rozmawiał o pogodzie.
– Dlaczego? – zażądała wyjaśnień, a jej głos podniósł się ze zdezorientowania. – Nawet nie znasz mojego imienia!
– Wiem wystarczająco dużo, Turner.
Boże! Nienawidziła, gdy zwracano się do niej w ten sposób.
Mia poczuła gniew przebijający się przez zmęczenie. Jej dłonie zacisnęły się w pięści wzdłuż boków. – Nie – powiedziała stanowczo.
Alexander uniósł brew. – Co?
– Powiedziałam: nie.
Przechylił głowę, szczerze zaskoczony. – Dlaczego?
Mia wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. – Co to znaczy „dlaczego”? Nawet mnie nie znasz. Nigdy wcześniej ze mną nie rozmawiałeś. A teraz nagle chcesz – co? – kupić mnie na randki? Kiedy dopiero wczoraj widziałam cię z twoją dziewczyną.
– Nie mów mi, że mnie obserwowałaś, Turner – powiedział, a jego uśmieszek powrócił.
– Chciałbyś – warknęła.
– Uwierz mi, to nie może być częścią moich życzeń – odparł chłodno. W jego oczach błysnęło rozbawienie. – Podaj swoją cenę, Turner.
– Powiedziałam: nie! – syknęła stanowczym głosem. – Nie możesz tak po prostu kupować ludzi, żeby chodzili z tobą na randki. Nie jestem zainteresowana.
Uśmiech Alexandra zachwiał się na ułamek sekundy. Zrobił krok bliżej, a jego przytłaczająca obecność zdominowała przestrzeń, gdy spojrzał na nią z góry. – Jesteś Turnerówną – powiedział zniżonym tonem. – Przestań udawać, że masz jakąkolwiek dumę.
Jej klatka piersiowa ścisnęła się, a w środku zawrzała złość. – Proszę, zostaw mnie w spokoju – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Cofnął się, a uśmieszek powrócił na jego twarz niczym maska. – Trzy randki. Pięć tysięcy za każdą.
Oczy Mii rozszerzyły się. – Co?
– Słyszałaś mnie. Prześpij się z tym, Turner.
I tak po prostu odwrócił się, wsiadł do samochodu i odjechał, zostawiając ją tam stojącą, oniemiałą, z myślami wirującymi w chaosie.
– Co to, do cholery, było?
















