Alexander Blackwell był w Willowcrest znany z wielu rzeczy: swojego bogactwa, wyglądu i reputacji niegrzecznego chłopca, którą każda opowieść próbowała uchwycić, ale żadnej się to w pełni nie udawało. Cierpliwość jednak nie figurowała na tej liście. Mimo to dla Zoe Harrington – swojej dziewczyny – próbował. „Próbował” to słowo klucz.
Casa Lounge było jego stałym miejscem wieczorami, idealną odskocznią przed podziemnymi walkami. Jednak dziś nie powinno go tu być. Miał walkę za mniej niż dwie godziny, ale były urodziny Zoe. A Zoe dostawała to, czego chciała – przez większość czasu.
Rozparł się w swojej loży, leniwie kołysząc szklanką whisky i obserwując, jak Zoe rozmawia z kimś nowym w Willowcrest. Jej błyszcząca sukienka opinała ją niczym druga skóra. Bezwstydnie ocierała się o niego – Dicksona, czy jak mu tam było. Nowa twarz w mieście, wyraźnie nieświadoma, kim był Alexander.
Ten widok go nie ruszał; nic, co robiła Zoe, tak naprawdę nie zalazło mu za skórę. Ich związek karmił się chaosem. Uśmiechnął się półgębkiem, obserwując jej wybryki bardziej z rozbawieniem niż czymkolwiek innym. Testowała go, jak zawsze.
Kiedy Zoe w końcu zdała sobie sprawę, że jej gierki nie robią na nim wrażenia, podeszła do niego z wydętymi wargami.
– Już nawet nie jesteś zazdrosny – jęknęła, opadając obok niego.
Alexander podniósł wzrok znad szklanki, a jego głos był spokojny i chłodny. – A co mam zrobić? Złamać nos jakiemuś biedakowi?
Jej dąs się pogłębił. – Od kiedy w ogóle przejmujesz się ludźmi?
– Nie przejmuję.
– Właśnie o to mi chodzi! – skrzyżowała ramiona, patrząc na niego spode łba. – Jesteś teraz taki… nudny.
Alexander mruknął w odpowiedzi, ponownie przenosząc uwagę na tłum. Ale wtedy jego wzrok na kimś się zatrzymał. Turnerówna.
Stała tam, śmiejąc się ze współpracowniczką przy barze. Uśmiech rozjaśniał jej skądinąd proste rysy, a jej uniform był schludny i skromny. Jej widok go drażnił.
Rozważał poproszenie przyjaciela, właściciela tego miejsca, by ją zwolnił, gdy tylko ją zatrudnili.
– Stary, dlaczego zatrudniłeś Turnerównę?
– Jest ładna.
– To wciąż Turnerówna.
– Nie będzie nią, kiedy jej ładne usta obejmą mojego fiuta.
– Poważnie?
– Daj spokój, chcę posmakować ich wszystkich.
Alexander zamrugał, wracając do rzeczywistości, i zacisnął szczękę. Wiedział wszystko o Turnerach. Wszyscy w Willowcrest wiedzieli. Rodzina, która nie miała prawa bytu w tym mieście.
– Czuję, że nasza iskra gaśnie.
Alexander westchnął, słuchając jednym uchem i biorąc kolejny łyk trunku. – Mówisz to codziennie, kochanie.
– Tym razem mówię poważnie. Myślę, że potrzebujemy… więcej gier.
Uniósł brew, odstawiając szklankę. – Gier? Zoe, przez cały październik uprawialiśmy trójkąty. Co jeszcze zostało?
Pochyliła się, przyciskając usta do jego warg, a jej ton przeszedł w figlarny szept. – Chcę, żebyśmy tym razem poszli na całość.
Przechylił głowę, obserwując ją z łagodnym rozbawieniem. – Jesteś szalona.
– Oboje jesteśmy. – Uśmiechnęła się słodko, a w jej oczach błysnęły iskierki.
Westchnął, opierając się o oparcie. – Jaki masz tym razem wielki pomysł?
– Zrywamy ze sobą na miesiąc – zaczęła, a jej uśmiech się poszerzył. – Każde z nas umawia się z kimś nowym. Ty sypiasz z nią, ja sypiam z moim.
Alexander wpatrywał się w nią z niedowierzaniem. – Oficjalnie ci odbiło.
– Och, daj spokój! Będzie zabawnie – naciskała Zoe. – Przecież i tak zawsze do siebie wracamy.
– A jaka jest korzyść z tej gry? Czy to tylko twoja pokręcona definicja zabawy?
– Żeby dodać pikanterii naszemu związkowi! – powiedziała, jakby to było oczywiste. – Oraz – dodała, mrugając okiem – powiesz „nie” mojemu prezentowi urodzinowemu, jeśli się nie zgodzisz.
– Myślałem, że chciałaś zakupowe szaleństwo w Paryżu? – przeciągał słowa.
Machnęła ręką. – Zmieniłam zdanie.
Alexander westchnął, masując skroń. – Niech będzie.
Zoe niemal pisnęła z radości, wspinając się na jego kolana, by go pocałować. – Dziękuję, skarbie!
– Już tego żałuję – mruknął w jej usta.
– Dobra, dobra, wybierajmy! – powiedziała Zoe, podskakując z ekscytacji. Jej wzrok błądził po sali. – Nie ona. Nie ona. O… ona!
Alexander podążył za jej spojrzeniem, a jego szklanka zatrzymała się w połowie drogi do ust. Jego oczy spoczęły na Mii Turner i niemal zakrztusił się drinkiem.
– Turnerówna? – zapytał z niedowierzaniem.
Zoe pokiwała głową entuzjastycznie. – Tak. Słyszałam, że różni się od swoich sióstr. Lucas nawet próbował się do niej dobrać, a ona go spławiła. Wyobrażasz sobie? Może faktycznie stanowić dla ciebie wyzwanie.
Alexander pokręcił głową stanowczo. – Nie zbliżę się do żadnej Turnerówny, Zoe.
– Ale jest ładna – argumentowała Zoe.
– To wciąż Turnerówna.
– Alex, proszę?
– Nie, Zoe. Nie wsadzę fiuta w żadną Turnerównę.
Zoe wydęła wargi, przenosząc uwagę na swoje paznokcie. – Dobra. Skoro nie chcesz się bawić, w porządku. Ale zgaduję, że moje urodziny zrujnowane.
Alexander jęknął. Choć ich związek był pokręcony, kochał Zoe. Dorastali razem, przechodząc od przyjaciół z dzieciństwa do kochanków. I chociaż doprowadzała go do szału, nie wyobrażał sobie życia bez niej.
– Niech będzie – uległ w końcu.
Zoe rozpromieniła się, rzucając mu ramiona na szyję. – Tak! Dziękuję, skarbie! Dobra, teraz twoja kolej. Wybierz kogoś dla mnie.
Alexander odchylił się, lustrując salę. Jego wzrok padł na Jeremy’ego – lokalnego biznesmena i przyszłego pana młodego. Nikczemny uśmieszek wykrzywił mu usta. – On.
Zoe zmarszczyła brwi. – Jeremy? Czy on się nie żeni w przyszłym miesiącu?
– Tym lepiej – odparł Alexander gładko. – Jak sama powiedziałaś, gra smakuje lepiej, jeśli cel jest trudniejszy do zdobycia.
Zoe wyszczerzyła zęby. – Jesteś pokręcony, Alex.
– Jestem Blackwellem, mała.
















