**Enzo 11:15 – Mieszkanie Loli; przywiązany do końca łóżka**
Mieszkanie pachniało cytrusami i wiciokrzewem, z ciepłą nutą brązowego cukru – jak kobiecy drink Old Fashioned zostawiony na nasłonecznionym ganku. Nie pachniało jak pokój do zabijania. Pachniało *nią*.
***Coraz mniej wygląda to na zlecenie. Ma pluszowego nietoperza w piżamie siedzącego przy jej poduszce. Niezbyt groźne.***
Enzo poruszył się w więzach, zmieniając pozycję z cichym stęknięciem. Ciało go bolało, metr dziewięćdziesiąt trzy wzrostu, a to cholerne łóżko zmuszało go do lekkiego skulenia; gdyby się wyciągnął, spadłby z łóżka, ale daleko by nie zajechał, skoro był rozpięty między dwoma słupkami. Więzy nie wpijały się w skórę, ale węzły – to nie była amatorska robota.
***Jak, u diabła, ta drobna kobieta zawiązała tak skomplikowane węzły? Spokojnie, uciekałeś z gorszych sytuacji, nigdy tak nieskrępowany, ale wydostanę się z tego. W końcu.***
Drzwi się otworzyły.
Klucze. Kroki. Szelest toreb z zakupami.
– Lola? Przyniosłam twoją herbatę z kwiatu pomarańczy, którą lubisz…
Cisza.
Enzo odwrócił głowę.
Niska, siwowłosa kobieta stała w drzwiach, wpatrując się w niego, jakby był kotem na blacie – nie powinno go tam być, ale też niespecjalnie to dziwiło.
***Okej, nie wygląda groźnie. Z pewnością ta kobieta rozwiąże kogoś, kto wyraźnie nie chce być związany.***
Miała na sobie spraną bluzę z napisem:
CAŁKIEM NIEZŁA BABCIA.
I nie wyglądała na najmniej zaalarmowaną.
– …Ty musisz być powodem, dla którego wybiegła w takim cholernym pośpiechu – mruknęła kobieta, odstawiając torby. – Hm.
Enzo uniósł brew. – Nie wydajesz się zaskoczona znalezieniem kogoś przywiązanego do łóżka.
– Chłopcze, z życiem, jakie przeżyłam, nic mnie nie rusza.
– Ona mnie związała.
Zmrużyła oczy, patrząc na słupki łóżka, badając węzły z powolnym, pełnym uznania skinieniem głowy. – Ta, widzę.
– Mogłabyś mnie rozwiązać?
– Mm. Pewnie – powiedziała, kierując się w stronę kuchni. – Ale tego nie zrobię.
– …Słucham?
***Co to ma być, do cholery? Chyba sobie żartujesz. CO TU SIĘ DZIEJE?***
– Spokojnie, przystojniaku. Jeśli cię tak zostawiła, musiała mieć swoje powody.
– Ona mnie odurzyła i porwała.
– Masz metr dziewięćdziesiąt parę, ważysz ile – stówkę? A ona waży, co, pięćdziesiąt pięć kilo po kąpieli?
Kobieta parsknęła. – I to ona związała *ciebie*?
– Nie pamiętam, jak to się stało.
– Cóż, część z narkotykami nie brzmi jak ona. Ale węzły? – Wskazała na niego drewnianą łyżką. – Są moje.
Jego szczęka drgnęła. – Co?
– Nauczyłam ją. Prowadziłam najbardziej ekskluzywny dom publiczny w Las Vegas za dawnych czasów. Politycy, celebryci, miliarderzy – jeśli chcieli towarzystwa, przychodzili do mnie. Wiązanie niebezpiecznych mężczyzn, chętnych czy nie? Ryzyko zawodowe. Nauczyłam Lolę wszystkiego, co wiem. Te węzły widziały płaczących senatorów.
Enzo zamrugał.
Teraz smażyła jajka.
– Teraz robię na drutach – dodała, jakby to wszystko wyjaśniało. – Ale wciąż mam na nią oko. Nigdy nie miałam za wiele rodziny, więc robię swoje. Chcesz tosta?
Nie odpowiedział.
I tak go zrobiła.
Kilka minut później wróciła z talerzem jajek i tostów, po czym usiadła na łóżku obok niego ze stęknięciem.
– Będziesz jadł – powiedziała.
– Jestem związany.
Podsunęła mu widelec pod usta. – Właśnie. Otwieraj.
Zawahał się.
Potem otworzył usta.
Jajka były… dobre. Głupio dobre. Bogate i maślane. Uderzenie soli i pieprzu. Jedzenie na pocieszenie.
– Jestem Dottie – powiedziała. – Lola nazywa mnie Babą Jagą. Nie pytaj dlaczego. Mówi, że wyglądam słodko, ale jestem przerażająca. Nie mogę zaprzeczyć.
Enzo żuł w milczeniu, gdy karmiła go kolejnym kęsem.
***Co ja robię?***
– To dobra dziewczyna – ciągnęła Dottie, a jej głos złagodniał. – Przygarnęłam ją, jak miała dziewięć lat. Osierocona. Zagubiona. Bystra jak diabli. Szybsza w rękach niż większość dorosłych facetów. Widziałam, co świat próbowałby zrobić z taką dziewczyną jak ona. Postanowiłam dopilnować, żeby tak się nie stało.
Kolejny kęs.
– Ma jednak gówniany gust do facetów. Jej eks? Prawdziwe ziółko. Uśmiechał się jak sprzedawca używanych samochodów i kłamał tak samo. Sprawił, że czuła, iż nie może nikomu ufać, co ostatecznie się sprawdziło, a potem zrobił z niej idiotkę, gdy odizolował ją od wszystkich. A wy, cholerne dzieciaki, nikogo nie słuchacie.
Enzo nic nie powiedział. Nie wiedział jak.
Dottie wpatrywała się w niego, jej oczy pod dwuogniskowymi okularami były ostre jak brzytwy. Potem jej spojrzenie złagodniało, tylko o włos.
– Jesteś stąd?
– I tak, i nie.
– Hmm, nie wzdrygasz się jak człowiek z małymi problemami.
Zesztywniał.
Zauważyła.
– Kimkolwiek jesteś, w jakimkolwiek bagnie siedziałeś przed tym, tutaj wdepnąłeś w coś innego. Po prostu bądź ostrożny, skarbie. Może nie wiesz, co o niej myśleć, ale ona miała już dość ludzi traktujących ją jak straty uboczne.
Podała mu kawałek tosta.
Zerknął na niego. – Jak mam to…
– Och, na litość boską – fuknęła, łamiąc go na kawałki i karmiąc go jak naburmuszone małe dziecko. – Zachowujesz się, jakbyś nie mógł tego zjeść, nie jesteś aż tak unieruchomiony.
– Zazwyczaj nie bywam związany.
***Jeśli bywam, to znaczy, że srogo spieprzyliśmy sprawę.***
– Cóż – powiedziała – może powinieneś. To buduje charakter.
Dottie wytarła ręce o bluzę, po czym oparła się o słupek łóżka, wciąż wpatrując się w niego jak jastrząb oceniający kojota w swoim kurniku.
– Wiesz – powiedziała powoli – nie mówisz jak człowiek przyzwyczajony do tłumaczenia się. Albo proszenia o pozwolenie. Albo odpowiadania przed kimkolwiek.
Enzo nie odpowiedział. Tylko patrzył na nią, nieczytelny.
***Ta stara kobieta jest bardzo intuicyjna.***
– Widziałam już to spojrzenie – kontynuowała. – Mężczyźni, którzy wchodzili do mojego salonu, myśląc, że są właścicielami świata. Niewiele się uśmiechają. Niewiele mrugają. Typy kalkulujące. Tacy, co pochodzą z pieniędzy, może. Albo z wojny. Albo z jednego i drugiego.
***Rzeczywiście bardzo intuicyjna.***
Zmrużyła na niego oczy. – Więc, który to typ, skarbie? Jesteś tym zranionym? Czy tym niebezpiecznym?
Przechylił lekko głowę, usta zaciśnięte w słabym, pozbawionym wesołości grymasie. – Czy nie mogę być jednym i drugim?
Dottie zaśmiała się ostro i klepnęła go w ramię, jakby byli starymi kumplami od kieliszka. – Och, *lubię* cię.
Nie wzdrygnął się przy dotyku, ale też się nie uśmiechnął. Po prostu obserwował, magazynując wszystko – jej ruchy, ton głosu, wyczucie czasu. W ten sam sposób, w jaki zmapował resztę tego przesiąkniętego brokatem więzienia.
Znów zmrużyła oczy. – Ale widzisz, to jest ta część, której nie łapię. Nie wyglądasz na przestraszonego. Większość facetów przywiązanych do łóżka nieznajomej pociłaby się jak myszy, wrzeszczała o pomoc albo próbowała przegryźć liny. Ty? Ty jesteś cicho. Obserwujesz. Jak człowiek decydujący, czy chce spalić budynek, czy zrobić z niego swoją nową bazę operacyjną.
Kącik ust Enzo drgnął nieznacznie. – Może po prostu jestem uprzejmy.
Parsknęła. – Aha. A ja jestem dziewicą.
Wstała z jękiem, strzepnęła okruchy ze spodni, po czym znów spojrzała na niego z góry.
– Cokolwiek cię tu sprowadziło, mam nadzieję, że to nie jest coś, co rozwleczesz po jej podłodze. Lola ma dobre serce. Wielkie, pogrzebane pod wystarczającą ilością drutu kolczastego, by odstraszyć większość mężczyzn.
Enzo nie odpowiedział.
– Nie jest delikatna, pamiętaj o tym. Jest wredniejsza, niż wygląda. I gryzie. Ale musiała taka być. Życie nie dało jej niczego łatwego.
Dottie poszła do kuchni, wróciła z wysoką szklanką wody i ostrożnie przystawiła ją do jego ust. Enzo pił, obserwując ją znad krawędzi.
– Masz jakieś imię, tajemniczy człowieku?
Uniósł brew. – Czy to by coś zmieniło?
Dottie uśmiechnęła się z przekąsem. – Nie, chyba że piszę twój nekrolog.
Odwróciła się, zdejmując klucze z haczyka przy drzwiach.
– Potrzebujesz czegoś, zanim wyjdę?
– Wolności.
Mrugnęła. – Spróbuj jeszcze raz.
Westchnął. – Nie.
– No to w porządku – rzuciła przez ramię, otwierając drzwi. – Jeśli wciąż tu będziesz, jak Lola wróci, postaraj się jej nie zabić. Całkiem ją lubię.
Weszła na korytarz, po czym wystawiła głowę z powrotem po raz ostatni.
– A, i robię gulasz na kolację. Jeśli do tego czasu wciąż będziesz związany, przyniosę ci miskę.
A potem zniknęła. Drzwi się zamknęły. Zamki kliknęły.
Enzo leżał w niskim, bursztynowym świetle lampek choinkowych i słonecznej mgiełce, słuchając cichego buczenia lodówki, odległego echa ruchu ulicznego na dole…
…i cichego tykania jego kończącej się cierpliwości.
***Kim ty, kurwa, jesteś, Lola?***
I dlaczego, u diabła, czuję się, jakbym właśnie został… zawłaszczony?
















