***Enzo***
I wtedy ona weszła.
Boso. Włosy w nieładzie loków i snu. Jedna z jego koszul ledwo sięgająca jej ud – jego koszula, cholera – zwisająca z jednego ramienia jak wyzwanie rzucone grawitacji. Jej bezczelne małe szorty ledwo widoczne spod rąbka. A jej oczy? Jasne. Rozbudzone. Zabójcze.
Zobaczył to natychmiast – to znajome, nikczemne światło tańczące pod powierzchnią.
***Chryste, nie. Nie ter
















