**Lola**
Posłał jej znaczące spojrzenie, po czym wskazał brodą na swoje związane ręce. – Muszę się wysikać.
– Och.
Napięcie w powietrzu pękło jak balon.
Zamrugała. – Racja. Tak. To… uczciwe.
– To znaczy, chyba że chcesz, żebym nalał ci do łóżka.
Skrzywiła się. – Dlaczego jesteś taki?
– Bo byłem przywiązany do łóżka przez większą część dnia przez kobietę, która porwała mnie na Burning Man i karmi mnie jogurtem o smaku tarty limonkowej. Mam prawo do odrobiny dramatyzmu.
– Dobra – fuknęła. – Ale jeśli cię rozwiążę, musisz przysiąc na mały paluszek, że mnie nie zabijesz.
Jego brwi się ściągnęły. – Przepraszam… co?
– Słyszałeś mnie. Przysięga na mały paluszek. Tam, skąd pochodzę, jest prawnie wiążąca.
– Jesteś niespełna rozumu.
– A ty jesteś tym przywiązanym do łóżka przez kogoś niespełna rozumu. Więc… handluj z tym.
Z długim, cierpiętniczym jękiem wystawił mały palec najlepiej, jak mógł w więzach. Lola owinęła wokół niego swój i mocno potrząsnęła.
– Proszę. Oficjalne.
– Nadajesz się do zakładu zamkniętego – mruknął.
– Nazywano mnie gorzej.
Lola zabrała się za węzły, co zajęło kilka minut, biorąc pod uwagę, jak misternie były splecione, a jego szarpanie tylko je zacisnęło.
***Jestem pod wrażeniem samej siebie. Te plecione kajdanki były super skuteczne i działały jak chińska pułapka na palce. Pewnie nigdy nie będę w stanie odtworzyć tego arcydzieła. Jaka szkoda.***
Gdy jego ręce były wolne, rozruszał nadgarstki, pokręcił ramionami ze skrzywieniem i powoli usiadł. Jasna cholera, był wysoki. Teraz, gdy nie był zmięty jak smutny rogalik, składał się z samych długich kończyn, opalonej skóry i mięśni, które nie miały prawa wyglądać na tak wyrzeźbione.
***To powinno być nielegalne, żeby ten mężczyzna miał na sobie ubrania. Jasna cholera. Ta linia w kształcie litery V prowadząca w dół jego spodenek… Chcę ją polizać.***
Odchrząknęła i bardzo celowo starała się nie gapić.
– Łazienka jest w tamtą stronę – mruknęła.
Ruszył za nią korytarzem, poruszając się jak ktoś, kto wciąż odzyskuje pełną sprawność. Albo drapieżnik, który dokładnie wiedział, co robi.
Przy drzwiach zatrzymał się. – Prywatność?
Parsknęła. – Teraz chcesz prywatności?
Spojrzał jej prosto w oczy. – Jeszcze cię nie zabiłem. To zasługuje na zamknięte drzwi.
– Touché. – Ukłoniła się lekko i odeszła, chwytając butelkę wody z lodówki, żeby zająć czymś ręce.
Kiedy wróciła, drzwi były uchylone, a para uciekała przez małą szparę. Zatrzymała się tuż przed nimi, chcąc zapukać lub zawołać –
Wtedy się odezwał. – Nadal tam jesteś?
Lola podskoczyła. – T-tak?
– Potrzebuję szamponu.
– Już jesteś pod prysznicem?
– Rozwiązałaś mnie. Najmniej, co mogę zrobić, to nie śmierdzieć, jakbym wyczołgał się z pustynnej orgii.
Parsknęła i pchnęła drzwi na tyle, by przesunąć butelkę po blacie.
Był sylwetką za zasłoną – wysoki, szeroki, ten rodzaj konturu, który sprawiał, że miękły jej kolana. Woda spływała strumykami po przezroczystej folii, podkreślając każdą krzywiznę jego torsu i ruch ramion, gdy zaczesywał włosy do tyłu.
– Gapisz się.
– Wcale nie.
– Aha, czuję to przez twoją zasłonę prysznicową.
Lola otworzyła usta, by się odgryźć –
– Myślałem, że mi nie ufasz – zawołał przez szum wody. – Ale rozwiązałaś mnie i teraz oglądasz mnie pod prysznicem. Czy to dobry znak?
– Słuchałam też, jak sikasz, niczym mały jelonek uczący się chodzić, więc nie nadinterpretujmy tego.
Zaśmiał się. Głęboko, soczyście, ciepło. – Jesteś dziwna.
– Mówi facet, który bierze prysznic w łazience porywacza bez pozwolenia.
– Zaoferowałaś mi jogurt i nienadzorowaną hydraulikę. To praktycznie miesiąc miodowy.
Lola przewróciła oczami, opierając się o umywalkę. – Zbyt bardzo ci się to podoba.
– Mógłbym powiedzieć to samo o twoim podglądaniu.
– Nie podglądałam…
– Chcesz, żebym wyszedł, żebyś mogła się lepiej przyjrzeć?
Zakrztusiła się własną śliną.
– Żartuję – powiedział, ale w jego głosie słychać było uśmiech – w większości.
Odwróciła się, by wyjść, policzki jej płonęły.
Tuż przed tym, jak dotarła do drzwi, dodał: – Lola.
Zatrzymała się.
– Mówię poważnie. Dzięki… za niepanikowanie. I za poduszkę. I jogurt.
– Nie rób się teraz ckliwy.
– Za późno.
I uśmiechnęła się, wbrew sobie.
– Poza tym, będę potrzebował czegoś do ubrania. Nie mogę założyć z powrotem tych zgniecionych dresowych spodenek, a poprosiłbym o zwrot mojej bluzy, ale jestem pewien, że pewnie śmierdzi jeszcze gorzej.
***Bluzy… zwrot? Och, to musiała być jego bluza, w której się obudziłam. Cóż, nie wydaje się tak nudny, jak sugerowałaby jego festiwalowa garderoba.***
Świeży po prysznicu, promieniujący ciepłem, ciągnący za sobą zapach cytrusów, czystego mydła i męskiej arogancji jak w jakiejś cholernej reklamie wody kolońskiej. I nie dawał jej przestrzeni. Nie, stał tuż za jej plecami – wystarczająco blisko, by małe włoski na jej karku zaczęły ćwiczyć swój układ taneczny. Kucała przed szafą, w duchu przeklinając się za to, że nie pomyślała naprzód. Albo że nie ruszała się szybciej. Albo że nie była odporna na bardzo żywego mężczyznę za nią.
– Naprawdę wisisz nade mną – mruknęła, grzebiąc w plastikowym pojemniku wciśniętym w kąt.
– Upewniam się, że dostanę spodnie, które nie odetną mi dopływu krwi – powiedział Enzo. Jego głos był leniwy. Zaciekawiony. Niebezpieczny.
Wyciągnęła złożoną parę joggerów i wstała, strzepując je. Wyglądały… w porządku. Znoszone. Miękkie. Nie w jej stylu. Zdecydowanie nie w jego stylu.
Enzo sięgnął obok niej i wziął spodnie z jej rąk – jego palce musnęły jej knykcie, gdy to robił.
Wtedy jego głos, cichy, ale stanowczy: – To twojego eks?
Lola zamarła. W gardle ją ścisnęło.
– Tak – powiedziała w końcu. – Jeden z jego wielu trwałych wkładów w moje życie: dresy i lęk przed zobowiązaniami.
Enzo przyłożył je do pasa. – Będą ciasne.
– Lepsze to niż ty chodzący tu w ręczniku, pewności siebie i niczym więcej.
Kącik ust mu drgnął. – Możesz śmiało przyznać, że podoba ci się ręcznik.
– Jestem o jeden komentarz od dania ci też krótkiego topu.
To zarobiło jej cichy, ciepły śmiech, który jakoś odbił się echem w jej piersi. Odwróciła się, by odejść – bo gapienie się stałoby się problemem – ale Enzo się nie ruszył. Dopiero gdy przecisnęła się obok niego, a jej ramię przypadkowo musnęło jego klatkę piersiową. To było jak oparcie się o elektryczność statyczną.
Pukanie rozległo się akurat, gdy Enzo kończył naciągać jej za dużą koszulkę do spania przez głowę. Jedną z jej ulubionych – miękką, spraną i z nadrukiem rysunkowego szopa leżącego na podłodze obok wysokiego chłopaka z napisem „Dziki” pod spodem. Na niej działała jak przytulna sukienka. Na nim ledwo dotykała paska joggerów, które wyciągnęła z pudła z darami. A te joggery? Bardzo mocno jej eks. Bardzo mocno za ciasne.
***Chcę ugryźć te mięśnie czworogłowe. Nie, trzymaj gębę na kłódkę. Nie znasz tego człowieka, a właśnie więziłaś go w swoim domu przez ostatnie pół dnia. Będziesz miała szczęście, jeśli nie zadzwoni na gliny.***
Ruszyła, by przejąć drzwi, ale Enzo już paradował przodem, boso i zadowolony z siebie, jakby teraz był właścicielem tego cholernego miejsca. Powietrze wokół niego zmieniło się teraz, gdy nie był związany i brudny po nocy na festiwalu.
Drzwi otworzyły się szeroko.
Baba Jaga stała tam, trzymając pojemnik z gulaszem i obdarzając Enzo jednym długim, oceniającym spojrzeniem.
– Proszę, proszę – powiedziała, całkowicie niewzruszona. – Pewnie bym cię nie rozwiązała. Jesteś zbyt przystojny, by chodzić wolno.
Lola jęknęła. – Babo…
– Tylko mówię – ciągnęła, wchodząc do środka sprężystym krokiem, jakby nie weszła rano w środek sytuacji z zakładnikiem. – W jednej chwili jesteś spętany jak wieprz i rzucasz mordercze spojrzenia, w następnej jesteś na wpół ubrany w jej ulubioną koszulkę, jakby to był apartament dla nowożeńców.
Enzo nie stracił rezonu. – Awans z zakładnika na gościa domowego.
– Widzę. – Postawiła gulasz na blacie. – I do tego w jej koszulce? Działasz szybko. – Na jej twarzy pojawił się cień psoty, którego Lola starała się nie zauważać.
– Nie miałem specjalnie wyboru – powiedział, ciągnąc za pasek spodni. – Dała mi to z pudła po eks.
Baba uniosła brew i spojrzała na Lolę. – Dałaś mu portki byłego chłopaka?
– To były jedyne, które jako tako pasowały! – warknęła Lola.
– Czyżby? – Baba obrzuciła Enzo kolejnym spojrzeniem. – Bo ta koszulka jest o jedno rozciągnięcie od stania się crop topem.
Enzo zaśmiał się, niewzruszony. – Sprawiam, że to działa.
Baba podała gulasz Loli. – Niskosodowy. Bo dbam o twoje maleńkie serce, nawet jeśli podejmujesz wątpliwe decyzje romantyczne.
– To nie jest „decyzja romantyczna”, ale dzięki, Babo – mruknęła, z różowymi policzkami.
Baba poklepała ją czule po twarzy. – Jest gorący. Nie spieprz tego.
A potem zniknęła – brokatowe sandały stukały na korytarzu, bluza powiewała za nią jak peleryna. Lola odwróciła się, w samą porę, by przyłapać Enzo częstującego się gulaszem. Zmrużyła oczy. – Nawet nie wiesz, w której szufladzie są łyżki.
Uśmiechnął się drwiąco. – Nie powstrzymało mnie to. Słyszałaś ją – jestem gorący.
Lola podkuliła nogi pod siebie na kanapie, z miską na wpół zjedzonego gulaszu w dłoni. Enzo siedział obok niej – technicznie niezbyt blisko, ale zajmował tyle cholernego miejsca, że czuła się, jakby była o jedno mrugnięcie od dotknięcia udo w udo. Joggery opinały go w sposób, który sprawiał, że chciała wyznać grzechy, których nawet nie popełniła. A jej za duży t-shirt – który zazwyczaj sięgał jej do połowy uda – ledwo muskał jego pas.
Nie mogła przestać tego zauważać.
Ani tego, jak rozsiadł się, jakby tu pasował. Jakby nie spędził większości dnia przywiązany do jej łóżka. Jakby nie roztopił jej w kałużę tym napięciem prawie-pocałunku, gdy szukała dla niego czegoś do ubrania. Wzięła ostatnią łyżkę gulaszu do ust i oblizała tył łyżki, po czym przyłapała Enzo na obserwowaniu jej.
– Co? – zapytała podejrzliwie.
Po prostu wzruszył ramionami, leniwie i z rozbawieniem. – Nic. Tak tylko myślę o tym, jak mnie porwałaś, a teraz karmisz mnie zupą i dajesz mi ubrania. Niezły glow-up i najdziwniejsza sytuacja zakładnicza, w jakiej kiedykolwiek byłem.
Przewróciła oczami, ale kącik jej ust drgnął. Zapadli w w miarę wygodną ciszę, przerywaną tylko okazjonalnym brzękiem łyżek. Lola kradła ukradkowe spojrzenia w bok – na to, jak jego ramię rozciągało się na oparciu kanapy, na zarost na jego szczęce, na słabe siniaki na nadgarstkach, gdzie lina wgryzła się od jego prób ucieczki. W końcu Enzo przerwał ciszę.
– Więc… – powiedział, powoli i swobodnie. – Ten były narzeczony, o którym wspomniała Baba…
Lola zesztywniała. Oto i ono. Ta bałaganiarska część. To, dlaczego w ogóle pojechałam na Burning Man z chodzącym **gadatliwym gremlinem** jak Gino. Pochyliła się do przodu, stawiając miskę na stoliku kawowym z cichym brzękiem.
– Niewiele do gadania – powiedziała ostrożnie. – Był czarujący. Dawał poczucie bezpieczeństwa, przez jakiś czas. Mówił wszystkie właściwe rzeczy, a potem powoli, z czasem, zaczął obdzierać mnie ze wszystkiego, czego we mnie nie lubił.
Enzo nic nie powiedział, ale jego uwaga się wyostrzyła. Czuła to.
– Sprawiał, że czułam się jak wariatka, bo byłam pełna pasji. Wmawiał mi, że moja praca to faza, mimo że robiłam to już od dekady. Robił żarty z moich przyjaciół, aż żadni nie zostali, a ci, których miałam, nie uwierzyli mi, kiedy zerwaliśmy, i wzięli jego stronę. – Spuściła wzrok na swoje dłonie, zginając palce. – W końcu zdałam sobie sprawę, że już siebie nie poznaję. Więc został wyproszony z mojego życia kilka miesięcy temu.
Długa pauza.
Potem cicho: – Dobrze.
Jej oczy powędrowały w górę.
– Dobrze, że odeszłaś – powiedział Enzo, teraz niższym głosem. – Brzmi jak słaby człowiek, który nie potrafił poradzić sobie z silną kobietą. To nie twoja wina.
Lola zamrugała. Tego… się nie spodziewała. – Nawet mnie nie znasz – mruknęła.
Posłał jej spojrzenie, które było zbyt intensywne, zbyt szczere. – Związałaś mnie, nakarmiłaś jogurtem o smaku tarty limonkowej i ubrałaś w ciuchy tak ciasne, że jestem o jedno drgnięcie uda od popełnienia przestępstwa. Wiem wystarczająco dużo.
Parsknęła. – Przestępstwa, co?
– Nie udawaj, że się nie gapiłaś.
Ukryła uśmieszek za dłonią. – Masz szczęście, że nie dorysowałam ci wąsów markerem, jak spałeś.
– Wyzywam cię – powiedział śmiertelnie poważnie.
Ich oczy znów się spotkały i tym razem to trwało. Ten powoli budujący się ładunek znów zamigotał między nimi – cięższy teraz, brzęczący od napięcia, gulaszu i czegoś niewypowiedzianego.
















