Punkt widzenia trzecioosobowy
Killian trenował z kilkoma wojownikami na placu ćwiczebnym przy wschodniej granicy watahy, w pewnej odległości od kwater czarownic. Tupnął stopami w ziemię, dając znak wojownikom, by na niego ruszyli, a oni jeden po drugim rzucili się na Killiana.
Jego oczy błyszczały jaskrawo, wskazując, że jego wilk, Ryker, dzielił z nim częściową kontrolę. W mgnieniu oka, jeden po drugim, Killian uderzał w nich i ciskał nimi o zakurzoną ziemię. Xavier był za nim. Miał wysunięte pazury, niemal dosięgając Killiana, ale ten złapał go w samą porę, przygważdżając go również do ziemi. Było blisko. Nikt nigdy nie był tak blisko wypatroszenia go podczas treningu. Killian wiedział, że częściowo wynikało to z faktu, iż był rozproszony, i nienawidził każdej sekundy tego stanu.
Jego wzrok zamglił się, gdy skontaktował się z nim mentalnie jego Beta, Allen. Killian uniósł rękę w powietrze, by zatrzymać wojowników, łącząc się z Allenem.
– Co? – warknął Killian swoim zwykłym głębokim i chropowatym głosem, niezdolny do powstrzymania frustracji i wściekłości.
– Musisz natychmiast przyjść do zamku – powiedział tamten z nagłością.
Killian zmarszczył brwi, zaniepokojony. – Dlaczego?
– To Wilcza Starszyzna z Rady. Są tutaj – odpowiedział Allen w pośpiechu, sprawiając, że ciało Alfy zesztywniało.
Wilcza Starszyzna? Błysk wściekłości przemknął przez jego bursztynowe oczy.
– Dlaczego tu są? – zapytał w myślach Killian, nie otrzymując żadnej odpowiedzi od swojego wilka, Rykera.
Opuścił plac i udał się do zamku, gdzie na korytarzu przed gabinetem zastał Allena czekającego na niego wraz z Masonem, głównym wojownikiem watahy, a zarazem jego najlepszym przyjacielem.
– Wszyscy są w środku – powiadomił go Mason. Killian wszedł do środka, a jego Beta i najlepszy przyjaciel kroczyli za nim. Zastał pięciu starszych wilków z Rady siedzących w gabinecie. Killian sięgnął po swoje krzesło, zajmując miejsce, podczas gdy Mason i Allen stanęli po obu jego stronach.
– Czemu zawdzięczam waszą wizytę, Starszyzno? – Killian przeszedł prosto do rzeczy. Nie był w nastroju na uprzejmości ani owijanie w bawełnę. Byli tu z jakiegoś powodu, a w głębi duszy domyślał się jakiego.
Wilcza Starszyzna składała się z wysokich rangą członków sądów Rady i była wysoce szanowana wśród wilkołaków ze względu na swoje długie życie. Rada była kręgiem tworzonym przez różne typy istot nadprzyrodzonych, z których każdy miał jednego przedstawiciela. Każdy Alfa na Północy był członkiem Rady, a starsze wilki reprezentowały ich gatunek. Rada została utworzona wyłącznie w celu zapewnienia pokoju w świecie nadprzyrodzonym i ochrony interesów każdego gatunku.
– Sądząc po chłodzie wplecionym w twój ton, odnosimy wrażenie, że nie jesteśmy mile widziani na twoim terytorium, Alfo Killianie. – Killian skierował wzrok na Starszego Nella, który odezwał się, zapadając głębiej w fotel. Jego słowa wcale nie zaskoczyły Killiana. Starszy Nell i Killian nigdy się nie dogadywali.
Więc Killian nie zawracał sobie głowy maskowaniem swoich prawdziwych uczuć. Obecność Starszyzny w jego watasze zwiastowała po prostu kłopoty, których, był cholernie pewien, nie chciał. Niemniej jednak odezwał się, utrzymując lodowaty, krótki uśmiech.
– Bardzo przepraszam. Ale spieszę się, więc byłbym wdzięczny, gdybyście powiedzieli mi, po co tu jesteście, żebyśmy mogli mieć to z głowy.
Starszy Philip poruszył się na krześle, składając dłoń pod brodą. – Dobrze. Zgodnie z twoim życzeniem.
Killian skinął chłodno głową na znak zgody. Nie mógł się bardziej nie zgodzić.
– Doszło do naszej wiadomości, że, niestety, znalazłeś swoją przeznaczoną, Alfo Killianie – zaczął Starszy Zed.
Killian zamilkł na chwilę. Wzmianka o słowie „przeznaczona” nigdy nie działała na niego dobrze. Zacisnął szczękę, a jego dłoń zwinęła się w pięść. Coś ścisnęło go w klatce piersiowej. Ale Killian zachował twarz pozbawioną wyrazu, utrzymując neutralną postawę. Przeskanował wzrokiem Starszych, jednego po drugim.
– Widzę, że trochę za bardzo interesujecie się sprawami mojej watahy; czy mam wam przypomnieć, że cokolwiek dzieje się w mojej watasze, to nie wasz interes, dopóki nie łamiemy zasad Rady? – przypomniał im Killian, na wypadek gdyby zapomnieli, gdzie ich miejsce. Mimo że byli starymi wilkami, nie mieli prawa mieszać się w sprawy jego stada.
– Masz rację, Alfo Killianie, i zaufaj nam, nie chcemy mieszać się w sprawy Watahy Północnego Półksiężyca, ale ta sprawa jest dla nas ważna – odezwał się Alfa Silas, a jego głos odbił się echem od ścian w rogu. – A jako stare wilki mamy obowiązek do spełnienia.
Killian zmarszczył brwi w zakłopotaniu, kładąc dłoń na drewnianym stole przed sobą. – A co to takiego?
– Koronacja Luny – odezwał się Starszy Walter, który dotąd milczał. Killian poczuł, jak Allen i Mason drgnęli obok niego, ale nie odezwali się słowem.
– W każdej watasze naszym obowiązkiem była koronacja Lun, a w tym przypadku znalazłeś swoją partnerkę – dodał Starszy Walter.
Killian przechylił chłodno głowę, a jego wzrok padł na Starszego Nella. – Dla mnie w porządku, ale... – Killian przerwał. – Ukoronujecie Theę Chrysler na moją Lunę.
Killian patrzył, jak twarze Starszych nabierają koloru wściekłości. Ale udało mu się zachować neutralną postawę. Thea była kobietą zapisaną w jego przeznaczeniu i tą, która zasługiwała na bycie Luną jego watahy, a nie tą drugą, nie córką wroga, nie kobietą, którą Bogini Księżyca niedbale rzuciła mu na drogę, by była słabością, na którą nie mógł sobie pozwolić. Przynajmniej nie teraz, gdy był wreszcie o krok od złamania klątwy rzuconej na niego i jego watahę przez własnego ojca.
Killian wyjaśniał to Starszyźnie już kilka razy. Kiedy znalazł Theę po tylu latach poszukiwań tej jednej, pobłogosławionej przez Boginię Księżyca, by go ocalić i położyć kres jego klątwie, Killian poinformował Starszych, by natychmiast ukoronowali ją na jego Lunę, ale odmówili, twierdząc, że nie jest jego przeznaczoną partnerką. A teraz byli tutaj, próbując uczynić córkę wroga jego Luną. To nigdy nie będzie możliwe.
– Ona nie jest twoją partnerką, Alfo Killianie – powiedział Starszy Nell. Killian widział, że starszy mężczyzna z trudem powstrzymuje wściekłość. Ale Killiana to nie obchodziło.
– Ona jest tą, którą wybrałem na moją Lunę – powiedział Killian, trwając przy swoim. Nie miało znaczenia, co mówili, Thea była tą, której Killian pragnął i której potrzebowała jego wataha.
– A co z twoją przeznaczoną? Co z nią? – zapytał Starszy Zed. – Skoro już dokonałeś wyboru w sprawie Thei, dlaczego jeszcze jej nie odrzuciłeś?
Na pytanie Starszego Zeda wilk Killiana, Ryker, przeciągnął się w tyle jego głowy. Ale zanim zdążył mruknąć słowo, Killian go odciął. Wiedział, że musi myśleć trzeźwo i nie ulegać wpływom głupoty rzekomej więzi partnerskiej.
– Nie oszukuj się, Alfo Killianie, nawet ty nie jesteś odporny na więź partnerską. Jeśli nie chcesz swojej partnerki, zrób to, co konieczne; w przeciwnym razie za kilka dni zostanie ukoronowana na twoją Lunę – oświadczył Starszy Philip, a spojrzenie Killiana rozszerzyło się.
– Chyba nie mówicie tego poważnie? – zapytał, a jego oczy stały się okrągłe ze zdumienia.
– Twoja Luna zostanie ukoronowana w noc pełni księżyca, czyli za dwie noce – dodał Starszy Walter.
– Do tego nie dojdzie! – Killian zerwał się na równe nogi, uderzając pięściami w stół i napotykając wzrok Starszych. – Nie możecie tego zrobić!
– Jako najwyższa Wilcza Starszyzna sądów Rady podjęliśmy decyzję i nic nie możesz zrobić – powiedział stanowczo Starszy Nell, po czym Starsi wstali.
– Zobaczymy – było wszystkim, co Killian zdołał wycedzić, zanim w końcu opuścili pokój. Allen i Mason rzucili się ku niemu, wyglądając na równie zmartwionych jak on.
– Co teraz zrobimy? – Allen odezwał się pierwszy. – Starsi mówili poważnie. Podczas tej pełni to ona zostanie ukoronowana.
– Nie możemy do tego dopuścić – stwierdził Mason. – Pamiętaj o klątwie. – Na dźwięk tego ostatniego słowa oczy Killiana otworzyły się szeroko w jednej chwili. Wiele było na szali; jego przyszłość i przyszłość jego watahy. Nie mógł teraz ryzykować wszystkiego, nie po tym, jak długo szukali odpowiedzi, szukali Thei. – Killian, nie masz teraz wyboru; musisz odrzucić ją raz na zawsze – nalegał Mason.
– Nie. Odrzucenie nie jest czymś, co należy traktować tak lekko. Przede wszystkim powinniśmy wymyślić sposób na zmianę zdania starszyzny – zasugerował Allen.
W tym rzecz. Killian wiedział, że to niemożliwe. Nic nie przekona tych starców do zmiany zdania. Przez lata dobrze radzili sobie z ukrywaniem klątwy, więc Wataha Północnego Półksiężyca nie była postrzegana jako słaba. Ich reputacja bardzo pomogła, ale czas powoli uciekał i Killian to czuł. Nie powinien myśleć samolubnie i ryzykować przyszłości swojej watahy. Musiał zrobić to, co trzeba było zrobić.
Stał nieruchomo, a jego oczy były bezlitośnie zimne, nie okazując absolutnie żadnych emocji. – Mason ma rację, nie możemy sobie teraz pozwolić na żadne błędy. Nie możemy ryzykować mojej przyszłości i przyszłości wszystkich innych w watasze. – Spojrzał im w oczy. – Muszę to zakończyć. – Musiał ją odrzucić. Nie mówiąc wiele, Killian opuścił gabinet, kierując się do zachodniego skrzydła zamku, do kwater Sheili.
Bez zbędnego pukania, Killian wpadł do jej komnaty.
Jego wzrok padł na Brielle i Riannon, które postawił u jej boku.
Brielle i Riannon natychmiast opuściły głowy, ale oczy Killiana skupiły się na nieskazitelnej, czystej postaci, która wpatrywała się w niego swoimi okrągłymi, idealnymi oczami.
– Zostawcie nas!
Na jego rozkaz Brielle i Riannon wybiegły z komnaty, zostawiając tylko Killiana i jego partnerkę, Sheilę.
– Wstawaj!
Sheila wzdrygnęła się widocznie na jego głośny ton, wstając z łóżka.
Nic nie powiedziała, wpatrując się w niego tymi swoimi kryształowo błękitnymi oczami, które zdołały nawiedzać jego myśli przez ostatnie godziny.
Rozchyliła usta, by coś powiedzieć, ale zamiast tego powitała ją wielka dłoń Killiana na jej szyi, znowu.
Szybko znalazła się pod ścianą, z jego dłonią na gardle i drugą na talii, dzięki jego nadludzkiej szybkości. Poczuła dreszcze, które wybuchły zdecydowanie zbyt szybko. Killian pochylił się bliżej, tak blisko, że ich nosy na chwilę się zderzyły, a ona mogła posmakować jego oddechu na swoich ustach. Było jej gorąco, a może w pokoju wciąż unosiła się para po jej prysznicu; nie potrafiła stwierdzić, bo nie mogła trzeźwo myśleć.
Usta Killiana musnęły jej policzek, kierując się do ucha. – Sheila Callaso. – Wypowiedział jej imię, jakby było jadowitą trucizną na jego ustach. Jego oczy znów napotkały jej spojrzenie. Killian poczuł, jak jego wilk, Ryker, wycofuje się w głąb umysłu. Nie mógł znieść tego, co miało zostać powiedziane. Killian spojrzał na nią chłodno, jego usta zawisły nad jej wargami, gdy słowa zaczęły się wydobywać.
– Ja, Killian Reid, Alfa Watahy Północnego Półksiężyca, odrzucam cię, Sheilo Calla... – Słowa natychmiast uwięzły mu w gardle, a jego oczy rozszerzyły się gwałtownie w szoku i dezorientacji, napotykając jej kryształowo błękitne tęczówki. Było w nich coś.
To niemożliwe.
















