Zelena.
– Myślisz, że moi przyjaciele i ja moglibyśmy dosiąść się do ciebie na lunchu? – zapytał Cole, spoglądając na mnie z góry, z głową przechyloną na bok.
Lekko uniosłam głowę, żeby ocenić wyraz jego twarzy. Nie wydawał się złośliwy, nie wyglądało też na to, by żartował. Jednak i tak pokręciłam głową, nie ufałam im. Nikomu nie ufam.
– No dobra, w takim razie do zobaczenia później – powiedział wesoło Cole, odwracając się i kierując do drzwi, ze Smithem depczącym mu po piętach.
– Hej, tak w ogóle to jak masz na imię? – zawołał do mnie Smith z przodu klasy. Zaskoczona, podniosłam głowę, żeby na niego spojrzeć. Obaj, on i Cole, stali w drzwiach, wpatrując się we mnie i czekając.
Dlaczego miałoby go obchodzić moje imię? Przecież nie zamierzamy zostać przyjaciółmi, dlaczego tacy chłopcy mieliby w ogóle chcieć przyjaźnić się z taką bestią jak ja? Byłam zdezorientowana i niepewna, czy to był kolejny podstęp, jakaś gra psychologiczna mająca na celu zebranie informacji? Zawahałam się, analizując wszystkie myśli kłębiące się w mojej głowie. Doszłam jednak do wniosku, że jak na razie byli dla mnie mili. Milsi niż ktokolwiek kiedykolwiek przedtem. Jaka byłaby szkoda z tego, że poznają moje imię? Wstałam z krzesła i stanęłam obok ławki, wciąż ze spuszczoną głową i skrzyżowanymi na ciele rękami, ściskając swoje książki.
– Jestem Zelena – szepnęłam ochrypłym głosem.
Dwaj chłopcy spojrzeli na siebie z szeroko otwartymi oczami. Znów popatrzyli na mnie i się uśmiechnęli.
– Miło cię poznać, Zelena – powiedział Cole, po czym skinął głową i wyszedł za drzwi.
Smith nadal się uśmiechał, kiedy uniósł rękę i znowu pomachał do mnie palcami, a następnie odwrócił się i wyszedł z klasy za Cole'em.
Gdy zostałam sama, wypuściłam z ust powietrze, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że je wstrzymywałam. Stałam tam przez chwilę, opierając dłoń na ławce, aby odzyskać równowagę. Co to u licha miało znaczyć? W głowie mi pulsowało, a mój oddech był drżący. Przyłożyłam drugą rękę do piersi; moje serce biło mocno i szybko. Czułam zawroty głowy i mdłości. Jestem po prostu głodna, pomyślałam, nic dzisiaj nie jadłam. Popędziłam na następną lekcję, przemykając między innymi dzieciakami na korytarzu. Dotarłam do drzwi, weszłam prosto do środka i usiadłam na swoim miejscu; wszyscy inni już tam byli. Oparłam ramiona na blacie, schowałam głowę w dłoniach i zaczęłam marzyć o pięknym mężczyźnie z korytarza.
Dzwonek na lunch wyrwał mnie z zamyślenia. Gdy reszta dzieciaków wyszła, a korytarz wydał się cichszy, ruszyłam w stronę stołówki. Przeszłam przez drzwi i poszłam wziąć swoją tacę – dzięki Bogu za bony obiadowe. Cała reszta szkoły zajęła już miejsca przy swoich stołach, rozmawiając i nadrabiając zaległości po weekendzie. Odebrałam jedzenie i powoli skierowałam się na swoje stałe miejsce obok koszy na śmieci. Ugryzłam jabłko, cały czas ze spuszczoną głową. Pomieszczenie wypełniał hałas i śmiech dochodzący z poszczególnych grup znajomych.
Demi i jej świta siedziały przy stole obok drużyny futbolowej. Demi była uosobieniem typowej wrednej dziewczyny. Była piękna i stylowa, z długimi, falowanymi blond włosami, które sprężyście opadały jej na plecy, oraz nieskazitelnie jasną cerą. Była tym rodzajem dziewczyny, której pragnęli wszyscy faceci, a którą wszystkie dziewczyny pragnęły być. Potrafiła dumnie paradować korytarzem w swoich krótkich spódniczkach i szpilkach, podczas gdy wszyscy inni schodzili jej z drogi. Nigdy nie zobaczyłbyś mnie w tak krótkich i obcisłych ubraniach; zresztą nikt i tak nie chciałby tego oglądać.
Moje małe marzenia na jawie prysły, gdy nagle mój sok pomarańczowy wylał się na mnie, spływając po brzuchu i kolanach. Spojrzałam na tacę i zobaczyłam, że ktoś rzucił we mnie w połowie zjedzonym kawałkiem pizzy. Podnosząc głowę, dostrzegłam Demi, która z uśmiechem odrzuciła włosy przez ramię, przybijając piątki ze swoimi naśladowczyniami. Jeden ze sportowców, Brian, stał na stole, wytykając mnie palcem i śmiejąc się w głos.
– Co się stało, Śnieżko, ktoś tu miał wypadek? – śmiał się, zeskakując ze stołu na plecy jednego ze swoich kumpli, a jego twarz zrobiła się czerwona od śmiechu.
Czułam na sobie wzrok całej szkoły, siedząc samotnie przy stoliku z sokiem pomarańczowym kapiącym na moje nogi. Spojrzałam w dół na moje ubranie i talerz papkowatego jedzenia. Odwróciłam głowę, żeby spojrzeć na wyjście, i dostrzegłam, że przy stoliku obok drzwi siedzieli ci nowi chłopcy, Cole i Smith, w towarzystwie tajemniczego greckiego boga z korytarza. Żaden z nich się nie śmiał. Cole wpatrywał się w Demi z nienawiścią w oczach. Smith przenosił wzrok z jej stolika na swoją tacę, wściekle dźgając talerz widelcem. Tajemniczy mężczyzna patrzył na mnie. Jego twarz wyrażała głęboki ból i smutek. Jego wzrok podążał za mną, gdy wstałam od stołu i ruszyłam do wyjścia.
– Nara, suko – usłyszałam zawołanie Demi, gdy popchnęłam drzwi i przez nie przeszłam. Podeszłam do swojej szafki, żeby wziąć ubranie na zmianę. Z doświadczenia wiem, że lepiej mieć w szkole zapasowe ciuchy, na te chwile, gdy Demi czuje się wyjątkowo okrutna. Wyciągałam z plecaka swoją bluzę, gdy usłyszałam głos.
– Wszystko w porządku? – To był ten sam gładki i aksamitny głos, o którym fantazjowałam przez cały dzień. Był głęboki i stanowczy, a we mnie sprawił, że ciepło rozlało się po mojej klatce piersiowej.
Wyjrzałam zza drzwiczek szafki. O mój Boże, to był on. Wzięłam głęboki wdech i ten zapach uderzył w moje nozdrza. Gorące powietrze w letni dzień, rozkoszny. W gardle urosła mi gula i pomyślałam, że chyba zemdleję. Szybko opuściłam głowę; nie chciałam, by widział moją straszną twarz. Pokiwałam delikatnie głową. Podniósł dłoń i położył ją na mojej, którą zaciskałam na drzwiczkach szafki. Przerażona, szybko puściłam krawędź, wysuwając dłoń spod jego rąk, i przy okazji rozcinając sobie wnętrze dłoni o róg szafki. Syknęłam i zmarszczyłam nos na to lekkie, szczypiące ukłucie bólu.
– Przepraszam, przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć – wydukał pospiesznie, robiąc mały krok w tył.
Chwyciłam swoją dłoń i uniosłam ją do twarzy, żeby zbadać obrażenia.
– O cholera, twoja ręka – powiedział, podchodząc do przodu i ujmując obie moje dłonie w swoje, zmuszając mnie tym samym do upuszczenia bluzy.
Spojrzałam na niego z przerażeniem na myśl o tym, co może mi zrobić. Musi myśleć, że jestem skończoną idiotką, skoro sama się zacięłam; na pewno też go to rozzłościło. Moje oczy były szeroko otwarte z napięcia w oczekiwaniu na karę. Zamarłam, moje ciało zesztywniało, czekając w pogotowiu. Spojrzał na moją twarz i musiał dostrzec w niej to przerażenie. Bardzo delikatnie i powoli puścił moje dłonie, co mocno mnie zaskoczyło.
– Przepraszam – rzekł, powoli unosząc ręce w geście poddania.
– Nie chciałem cię zranić.
Zranić mnie? Nie chciał mnie zranić. Sama to sobie zrobiłam, to była tylko i wyłącznie moja wina, dlaczego miałoby mu być przykro. Przyglądałam mu się z zaciekawieniem, trzymając skaleczoną dłoń przytuloną do piersi.
– Pozwolisz mi sobie pomóc? – zapytał łagodnie, wciąż trzymając ręce w górze.
Nie rozumiałam. Jestem potworem w porównaniu z tą piękną istotą. Dlaczego miałoby go to obchodzić, dlaczego miałby chcieć mi pomóc? Znowu powoli skinęłam głową. Wyciągnął w moją stronę rękę, dając mi znak, bym ją chwyciła. Odsunęłam się, odwracając się do niego bokiem. Opuścił ramię i spojrzał na mnie ze smutkiem i niezrozumieniem. Moja własna dezorientacja zaczęła przenikać mi do mózgu; dlaczego u diabła tego chłopaka w ogóle miałoby to obchodzić?
– W porządku – powiedział cicho, pochylając się, by podnieść moją zapasową bluzę.
– Chodź za mną – odwrócił się i zaczął powoli iść korytarzem. Zatrzymał się i spojrzał przez ramię, żeby upewnić się, czy za nim idę. Uśmiechnął się. Szeroki, zębaty uśmiech, który pokrył dolną połowę jego twarzy. O rety, ten uśmiech. Wszystko we mnie stopniało. Strach i panika po prostu zniknęły. Poczułam wewnątrz miłe ciepło. Czułam się bezpiecznie. Ponownie skinęłam głową i zamknęłam szafkę. Podążałam za nim, gdy prowadził mnie do swojej szafki w następnym korytarzu. Znowu spojrzał na mnie i się uśmiechnął. Opuściłam głowę, pozwalając, by włosy zasłoniły mi twarz. Otworzył szafkę, wyciągnął z niej szaro-niebieską bandanę i podniósł ją tak, bym mogła ją zobaczyć.
– Mogę? – zapytał, wskazując na moją rękę, którą wciąż przyciskałam do piersi. Spojrzałam w dół na swoją dłoń i na bandanę. Podniosłam wzrok na jego twarz; on wciąż się uśmiechał. Skinęłam więc głową i wyciągnęłam rękę. Powoli położył moją bluzę na moim ramieniu, a ja oparłam się pokusie wzdrygnięcia się pod wpływem jego ruchów, po czym ostrożnie zaczął owijać bandanę wokół skaleczenia na mojej dłoni.
Gdyby tylko wiedział, jak mało znaczące jest to drobne rozcięcie. Gdyby tylko wiedział o laniu i batach, które dostaję w domu. To małe zadrapanie to nic. Mam całe plecy i brzuch pokryte bliznami i szramami po biciu o wiele gorszym niż ta tycia ranka. Gdyby tylko wiedział. Ale nikt wcześniej nie zaoferował mi pomocy, nikt nawet nie był dla mnie w najmniejszym stopniu miły. Dlaczego przy jego dłoniach opartych na moich czułam się tak komfortowo? Nigdy nie lubiłam być dotykana, choć też nikt wcześniej nie dotykał mnie tak miękko i delikatnie, nie w taki sposób.
Związał końce bandany ze sobą, żeby nie spadła. Pozwoliłam swojej ręce spocząć na wnętrzu jego dłoni. Wyglądała tak malutko, leżąc tam w ten sposób. Ja też wyglądałam tak malutko, stojąc obok niego. Zawsze miałam drobną budowę ciała, ale mogło to wynikać również z niedożywienia. Lubiłam myśleć, że jestem odrobinę podobna do mamy, ale nie pamiętałam, jak wyglądała, więc nie miałam co do tego pewności.
Czułam na sobie jego wzrok, kiedy tak wpatrywałam się w nasze złączone dłonie. Delikatnie gładził mnie kciukiem po wierzchu dłoni. To wszystko było takie intymne. Moje ciało się rozluźniło i to samo ciepło, które czułam wcześniej, rozlało się po moich ramionach i nogach; nadal do końca tego nie rozumiałam. Dlaczego ktoś, kto tak wygląda, miałby przejmować się kimś takim jak ja?
Zaskoczenie wywołane dźwiękiem dzwonka sprawiło, że aż podskoczyłam. Wyrwałam swoją dłoń z jego i skrzyżowałam ręce na piersi. Korytarz stał się głośniejszy, gdyż uczniowie zaczęli kierować się na kolejne zajęcia.
– Gunner, musimy iść – usłyszałam głos Cole'a za plecami tego wielkiego, pięknego mężczyzny. Wyjrzałam zza jego masywnej sylwetki i zobaczyłam, że stoją tam zarówno Cole, jak i Smith. Wcześniej w ogóle ich tam nie zauważyłam. Czy byli tam przez cały czas? Czy widzieli mój głupi, niezdarny wypadek? Och, jakie to żenujące. Piękny chłopak kucnął lekko, żeby zrównać się z moją twarzą, i szepnął na tyle głośno, bym mogła usłyszeć go w hałasie korytarza:
– Mam na imię Gunner – powiedział. Odsunęłam się odrobinę, przestraszona tym, jak blisko mnie się nagle znalazł. Wyprostował się ponownie i przekrzywił lekko głowę.
– Zobaczymy się po szkole?
Nie. To tylko sen, na pewno. Może to wczorajsze lanie było gorsze, niż myślałam. Może leżę nieprzytomna na podłodze w piwnicy i to wszystko dzieje się tylko w mojej głowie. Nie ma takiej możliwości na ziemi, żeby ten człowiek chciał spędzać ze mną czas. Nie ze mną. Wykluczone. Pokręciłam delikatnie głową, nie patrząc mu w twarz.
– Hm – mruknął bez ruchu.
– Do zobaczenia później – rzucił z pewnością siebie w głosie, po czym odwrócił się i odszedł.
Oparłam się o szafkę za moimi plecami i spróbowałam złapać oddech. Gdy zniknął mi z oczu, znów poczułam, jak ten sam samotny mrok wkrada się do mojej klatki piersiowej. Szybko przebrałam bluzę, opuściłam głowę i poczłapałam na kolejną lekcję.
















