Zelena.
Kiedy dotarliśmy do szkoły, parking był pusty, co oznaczało, że wszyscy byli już w środku. Podążyliśmy za Cole'em i Smithem przez szkolne drzwi, nadal trzymając się za ręce. Kiedy weszliśmy na korytarz, zapadła na nim upiorna cisza; wszyscy odwrócili się i wpatrywali w Gunnera i we mnie. Mój wzrok biegał po całym korytarzu, obserwując, jak wszyscy szepczą między sobą i rzucają we mnie pełne obrzydzenia spojrzenia. Nigdy w życiu nie czułam się tak widoczna i nienawidziłam tego. Opuściłam głowę i naciągnęłam kaptur. Puszczając dłoń Gunnera, ruszyłam prosto do mojej klasy, zostawiając trzech chłopców w tyle.
– Zee, zaczekaj! – zawołał za mną, ale się nie zatrzymałam.
Mijałam szepczące twarze i nieprzyjazne spojrzenia, idąc korytarzem.
– Nie ma mowy.
– Śni jej się.
– Czy to jakiś żart?
Trzymałam głowę spuszczoną i unikałam kontaktu wzrokowego. Te spojrzenia i złośliwe komentarze nie były dla mnie niczym nowym; dostawałam to każdego dnia. Byłam jednak taka głupia, myśląc, że między mną a Gunnerem mogłoby cokolwiek być. Był szkolną arystokracją, a ja zwykłym śmieciem z rynsztoka – i wszyscy o tym wiedzieli. Dotarłam do klasy i pośpieszyłam na swoje stałe miejsce w tylnym rogu sali. Usiadłam i schyliłam się, żeby położyć plecak na podłodze. Kiedy się wyprostowałam, Smith siedział tuż obok mnie. Uśmiechnął się i wyciągnął podręcznik do analizy matematycznej.
– Mam nadzieję, że jesteś dobra z tego badziewia, bo ja jestem z tego beznadziejny – rzucił z krzywym uśmiechem. Odwzajemniłam mu półuśmiech, wzruszając ramionami.
Męczący pan Phillips był naszym nauczycielem matematyki. Był łysiejącym mężczyzną w średnim wieku, który zawsze ubierał się w beżowe szorty i kolorowe, kraciaste skarpetki podciągnięte aż po kolana. W najlepszym razie był po prostu nudny, ale posiadał dowcip i sarkazm, którymi potrafił poskładać większość uczniów. W połowie lekcji Smith wrzucił na moją ławkę złożoną kartkę papieru, wpatrując się we mnie z wyczekiwaniem. Jego policzki były czerwone i aż pękały od ledwo tłumionego chichotu. Rozłożyłam liścik i przyjrzałam mu się. Uśmiech wkradł się na moją twarz, kiedy zaczęłam pojmować, na co patrzę. Był to fatalnie narysowany obrazek przedstawiający kogoś, kogo uznałam za pana Phillipsa, ubranego w bikini, z włosami upiętymi w kucyki, ujeżdżającego coś, co prawdopodobnie było delfinem. Zerknęłam na Smitha; prawie płakał z bezgłośnego śmiechu. Zatykał sobie usta dłonią, żeby stłumić dźwięki. Następnie udał, że podnosi swoje piersi do góry, odrzuca włosy przez ramię i odjeżdża w siną dal na swoim delfinie. To było naprawdę zabawne, nie mogłam powstrzymać się od chichotania razem z nim. Oddałam mu rysunek i ponownie spojrzałam w swój podręcznik, wciąż uśmiechając się do siebie. Czy tak właśnie wygląda posiadanie przyjaciela? Żartowanie, chichotanie i powód do uśmiechu. Podobało mi się to uczucie, ten błogi komfort. Podobało mi się posiadanie przyjaciela.
Zadzwonił dzwonek na lunch. Uczniowie wstali i opuścili klasę, z wyjątkiem Smitha, który czekał, aż spakuję książki do plecaka. Stanął w drzwiach z uśmiechem.
– Gotowa na jakieś żarcie? – zapytał, pocierając się dłonią po brzuchu. Uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową.
– Muszę tylko zostawić plecak – pisnęłam.
– Chcesz, żebym poszedł z tobą, czy spotkamy się na miejscu? – spytał, wskazując kciukiem wzdłuż korytarza w kierunku stołówki.
– Poradzę sobie – powiedziałam, zarzucając plecak na ramię i prześlizgując się przez drzwi obok niego. Uśmiechnął się, ponownie zabawnie pomachał mi palcami i ruszył korytarzem.
Poszłam do swojej szafki z uśmiechem na twarzy. Jak na razie to był, dla odmiany, bardzo dobry dzień. Podeszłam do szafki i zaczęłam wpisywać kod, kiedy nagle zostałam brutalnie szarpnięta za ramię i obrócona. Uniosłam ręce, by osłonić twarz, gotowa na cios od kogokolwiek, kto zaraz miał mnie uderzyć.
– Naprawdę nie wierzysz chyba, że on cię lubi, co? – usłyszałam chichot i piskliwy głos Demi. Opuściłam ręce, spuściłam głowę i nie powiedziałam nic. Zawsze było najlepiej po prostu dać jej się wyżyć; kiedy się odzywałam albo próbowałam się bronić, było tylko gorzej.
Uderzyła dłonią w drzwiczki tuż obok mojej głowy, na co drgnęłam i odwróciłam wzrok.
– O mój Boże – fuknęła.
– Jesteś taka żałosna. Dlaczego myślisz, że wszyscy chcą cię pobić? – warknęła na mnie, przybliżając się do mojej twarzy.
Moja twarz była od niej odwrócona, a oczy mocno zaciśnięte w oczekiwaniu, aż mnie uderzy, kopnie, pociągnie za włosy, cokolwiek. Czułam jej perfumy; duszący, kwiatowy zapach wiercił mnie w nosie. Ale czułam też coś jeszcze – zimny, mdły zapach. Coś, co kojarzyło mi się ze strachem lub gniewem. To nie mogło być to, jakim cudem mogłam czuć strach? Emocje nie mają zapachu. Złapała mnie za ramiona i z impetem popchnęła na szafkę; moje obolałe plecy zapłonęły z bólu pod wpływem nagłego uderzenia.
– Gunner cię nie chce, dlaczego miałby chcieć taką świnię jak ty? – wypluła z siebie zaledwie cale od mojej twarzy. Zaskomlałam, gdy poczułam jej gorący oddech na moim policzku.
– Trzymaj się z dala od Gunnera, jasne, suko? Teraz jest mój.
Szybko skinęłam głową. Ostrość jej słów przeszyła mnie na wylot. Oczywiście, że ona i Gunner będą razem; oboje są absurdalnie piękni, a piękni ludzie zazwyczaj trzymają się razem. Puściła moje ramiona i zrobiła mały krok w tył. Nie odważyłam się podnieść głowy, żeby na nią spojrzeć, ale potrafiłam wyobrazić sobie w myślach ten jej zły uśmieszek. W zasadzie mogłam wręcz poczuć, jak jej wściekłe spojrzenie wypala mi skórę.
– Co za bezużyteczna strata przestrzeni – zaśmiała się, odwracając się do swoich naśladowczyń i tłumu, który zgromadził się obok niej.
Nawet kiedy się odwróciła, wciąż czułam pieczenie od jej spojrzenia. To było tak, jakby przetoczyła się przeze mnie fala gorąca, ogarniając moje ramiona. Zacisnęłam pięści, wbijając paznokcie we wnętrze dłoni. Te gorące igły, te same co wczoraj w lesie, poczułam, jak wędrują w górę moich nóg prosto do klatki piersiowej. Bez wahania zrobiłam krok do przodu i uderzyłam Demi z płaskiej dłoni prosto w twarz. Uderzyłam ją z taką siłą, że aż jej głowa odskoczyła w bok, a dźwięk odbił się echem na korytarzu. Wszyscy zamilkli, zszokowani tym niespodziewanym wybuchem z mojej strony. Przez lata siedziałam cicho i znosiłam ich dręczenie bez słowa i jakichkolwiek prób odwetu. Demi złapała się za twarz i odwróciła się w moją stronę. Jej górna warga wywinęła się w grymasie, a w oczach pojawiła się płonąca nienawiść. Rzuciła się na mnie, łapiąc mnie jedną ręką za nadgarstek, a drugą zaciskając na moim gardle. Przyparła mnie do szafek, uderzając moją głową w drzwiczki. Wyrwałam z siebie krótki pisk z bólu.
– Za kogo ty się kurwa masz? Ty brudna dziwko! – wrzasnęła na mnie, przyciskając mnie ponownie do szafki. Próbowałam zaczerpnąć powietrza, ale jej uścisk na mojej szyi był zbyt mocny. Czułam, jak jej palce zaciskają się coraz silniej i zamknęłam oczy, gotowa na jeszcze więcej bólu. Zdesperowana, zmagając się z brakiem tlenu, próbowałam oderwać jej dłoń od mojej szyi, jednak bez skutku. Czułam, że zaczyna mi się kręcić w głowie, a mój wzrok zamglił się coraz bardziej. Nagły uścisk Demi zelżał i upadłam na podłogę kaszląc i walcząc o haust powietrza. Pozostałam na czworaka w parterze łapczywie wręcz chwytając każdy następny wdech. Przepalone krtań płonęła ze wściekłości, a tlen wydawał się zaciągać ostrze noży do płuc.
Kiedy w końcu zdołałam nabrać powietrza na tyle poprawnie na ile mogłam, udało mi się wychwycić odgłosy wrzasków tuż przed sobą. Ostrożnie uniosłam wzrok – Cole i Smith siłą powstrzymywali gotowego do skoku na pożarcie, wściekłego Gunnera, który wręcz rwąc do przodu usiłował rzucić się ku Demi. Sama Demi zaciskała dłonie wzdłuż klatki piersiowej Briana w poszukiwaniu za nim tarczy, którą mógłaby wystawić naprzeciw rozwścieczonemu z furii Gunnerowi. Brian, Demi, jej przydupasy oraz niemal cały tłum z twarzami w szoku przeplatanym paniką i lękiem przed napastnikiem patrzyło przerażonym wzrokiem na to widowisko.
















