Zelena.
Przeraźliwy dźwięk mojego piszczącego budzika obudził mnie wcześnie; w każdym razie dużo wcześniej, zanim zdążył się obudzić Hank. Szybko uderzając w guzik na górze, aby wyłączyć dźwięk, spojrzałam na zamknięte drzwi mojej sypialni, nasłuchując jakichkolwiek oznak ruchu po drugiej stronie. Nic. Leżałam przez minutę, rozważając w myślach – czy naprawdę musiałam iść dzisiaj do szkoły? Skrzywiłam się na samą myśl o spędzeniu z ojcem ośmiu godzin w domu. Usiadłam i przysiadłam na skraju łóżka. Wczorajszy dzień wydawał się zaledwie odległym wspomnieniem. Trzej greccy bogowie i ich przedziwna dobroć; czy oni w ogóle istnieli naprawdę, czy była to tylko halucynacja wywołana wstrząsem mózgu? Sama nie wiem, która opcja napawa mnie większą nadzieją. Nieważne, i tak jestem pewna, że dzisiejszy dzień będzie taki sam jak zawsze – nudny i pełen samotności. Potarłam skronie, przypominając sobie mój mały incydent z atakiem paniki w lesie. O Boże, teraz naprawdę marzę, by to była halucynacja. Jakie to było żenujące, jakbym i tak nie była już wystarczająco wielkim dziwadłem. Cóż, nie szkodzi; przecież i tak więcej go nie zobaczę. Na pewno nie.
Złapałam ręcznik i poszłam wziąć prysznic. Odkręciłam kurek i poczekałam, aż woda się nagrzeje. Lubiłam, gdy woda pod prysznicem była wrząca, zawsze tak było, nawet pomimo krwawiących ran, które nieustannie szpeciły moje ciało. Gdy tylko para wypełniła większość łazienki, weszłam do środka i pozwoliłam gorącej wodzie spływać po moim posiniaczonym i poturbowanym ciele. Nalałam szampon na dłonie i zaczęłam szorować włosy; spływająca ze mnie woda przybrała ten znajomy, czerwonawy odcień. Nie odważyłam się dotknąć pleców, zamiast tego pozwalałam, by gorąca woda przepłukała rany. Odchyliłam głowę do tyłu, pozwalając parującym strugom spływać po mojej twarzy. Gorący prysznic dawał tyle relaksu.
Trzymając ręcznik luźno na biodrach, stanęłam przed lustrem i oglądałam swoje zmasakrowane ciało. Moje mokre, długie i splątane włosy opadały tuż za ramiona, były tak czarne, że wydawały się mieć fioletowy połysk. Moja blada, lepka skóra była pokryta nowymi, różowofioletowymi siniakami i starymi, żółknącymi sińcami. Niektóre miały rozmiar drobnej monety, inne mierzyły po kilka cali. Moje złote, pozbawione życia oczy lśniły ponad ciemnofioletowymi cieniami, z gęstymi, ciemnymi brwiami, które sięgały aż do skroni. Moje małe, jędrne piersi zwisały nieznacznie na boki. Wąska talia i płaski brzuch uwydatniały klatkę piersiową ze sterczącymi żebrami i obojczykami. Blada skóra była poprzecinana ciemnoróżowymi bliznami. Moje ciało służyło jako płótno, na którym mój ojciec wystawiał swój brutalny projekt artystyczny. Naciągnęłam ręcznik wyżej i odwróciłam wzrok, gdy łza spłynęła po moim policzku. Nie chciałam już na to patrzeć. Byłam obrzydliwa, wszystko we mnie wzbudzało wstręt.
Wcisnęłam się w workowate dżinsy i luźną, zieloną koszulkę. Przeczesałam szczotką mokre włosy i przerzuciłam je na ramiona. Zbadałam rozcięcie na czole. Zrobił się już na nim strupek, jednak nadal wyglądało okropnie i mocno krwawiło czerwienią. Sięgnęłam po mój niezawodny podkład w butelce, który ukradłam podczas jednej z moich wypraw po zakupy, i wylałam go na palce. Rozprowadziłam go po twarzy, przykrywając ciemne obwódki pod oczami i świeże rozcięcie na policzku. Zamaskował to małe zacięcie w miarę skutecznie, ale nie przyniósłby większego efektu w przypadku pełnego strupów bałaganu na moim czole. Dlatego też wyjęłam kolejny plaster i strategicznie nakleiłam go na to czerwone otarcie. Zabrałam swoją szarą bluzę z kapturem, plecak i stare, obskurne buty i cicho wyszłam z sypialni. Na palcach ruszyłam do drzwi wejściowych, po drodze mijając salon. Hank był w środku; spał nieprzytomny w swoim fotelu, a pod jego stopami walały się puszki po piwie.
Przeszłam przez drzwi i zamknęłam je za sobą tak bezszelestnie, jak tylko potrafiłam. Pobiegłam w dół podjazdu i prosto na ulicę, by odetchnąć z wyraźną ulgą. Odeszłam od domu na sporą odległość, zanim usiadłam i wciągnęłam na stopy buty. Zerkając w jasnoniebieskie, poranne niebo wzięłam głęboki wdech. Zapowiadał się kolejny czysty i wspaniały dzień. Po serii dodatkowych głębokich wdechów podniosłam się i ruszyłam w stronę lasu, po drodze cały czas zapatrzona w niebo. Idąc bardzo powoli i rozkoszując się świeżym powietrzem oraz chłodną, wiosenną bryzą z łatwością mogłam się tu zatracić.
– Dzień dobry. – Podskoczyłam, zaskoczona głosem dobiegającym zza moich pleców.
– Hej, przepraszam – zaśmiał się, kiedy odwróciłam się gwałtownie do niego przodem.
– Nie chciałem cię przestraszyć – powiedział Gunner z uśmiechem, podnosząc ręce do góry.
– Wcale mnie nie przestraszyłeś – szepnęłam. Opuściłam głowę i spróbowałam naciągnąć kaptur na twarz.
– Przestań – powiedział błagalnie, łapiąc mnie za nadgarstek i wymuszając opuszczenie materiału. Serce we mnie przyspieszyło, a po ciele przeszedł chłodny dreszcz. Kaptur zsunął mi się z głowy na plecy.
– Proszę, nie zasłaniaj twarzy. – Zrobił krok, stając tuż przede mną, nie puszczając przy tym dłoni trzymającej nadgarstek przy twarzy. Moje ciało skurczyło się i zastygło w bezruchu. Byłam sparaliżowana i wręcz patrzyłam pusto w jego palce oplecione na moim ręku. Ze zdezorientowaniem zaczął wpatrywać się we mnie, by następnie podążyć za moim spojrzeniem w stronę naszych złączonych rąk. Puścił moją rękę, opuścił głowę i wycofał się o krok.
– Przepraszam, nie powinienem cię tak łapać – zamruczał, wsuwając dłonie do kieszeni dżinsów.
– Po prostu nie zakrywaj twarzy, proszę, nie musisz się przede mną ukrywać.
Jego oczy skrywały w sobie tęsknotę oraz smutek, gdy mierzył mnie wzrokiem. Nie chciałam go urazić; na sekundę uległam panice. Przez całe życie nagłe pochwycenie mnie najczęściej oznaczało ból. Jednakże w nim... w Gunnerze było coś wyjątkowego. Nie wiedziałam, co to dokładnie było. Z drugiej jednak strony wyczuwałam z jego strony całkowity brak intencji zrobienia mi krzywdy. Dlaczego musiałam taka być? Dlaczego bałam się absolutnie wszystkiego? Poczułam obezwładniającą wręcz potrzebę pocieszenia go, ale w zasadzie nie wiedziałam dlaczego ani jak tego dokonać.
– Przepraszam cię... to po prostu... – wymamrotałam i z opuszczoną głową pozwoliłam, by włosy przesłoniły mi lico. Przestąpił w moją stronę i ujął podbródek, aby nakierować na siebie moją twarz. Poddałam się mu; powoli podniósł i zbliżył mnie do swojej twarzy. Zamknęłam oczy, podczas gdy on odgarnął za ucho niesforne kosmyki włosów, które zwisały mi przed oczami. Zrobił głośny wdech i pośpiesznie puścił moją brodę.
– Zee, co ci się stało w twarz? – spytał stanowczym tonem. Z poczuciem palącego wstydu odwróciłam wzrok i z powrotem rozpuściłam włosy na boki twarzy.
– Zelena, kto ci to zrobił? – warknął.
Odskoczyłam do tyłu, przerażona zarówno warkotem kryjącym się w jego głosie, jak i pytaniem, na które i tak nie mogłam mu odpowiedzieć. Przecież nie powiem mu, że to mój ojciec. Gdybym to wyznała, z całą pewnością by mnie zamordował... a potem zamordował Gunnera. Poczułam, jak twarz robi mi się trupio blada, nie mogłam pozwolić by coś takiego miało miejsce. Gunner wściekle postąpił ku mnie warkliwym krokiem ze wspaniałą twarzą wykrzywioną w zwierzęcy gniew.
– Hej, spokojnie, stary.
Nagle zjawił się Cole ze swoimi dłońmi zablokowanymi na klatce Gunnera. Odwróciłam wzrok we wszystkich kierunkach – za nim wypatrzyłam jeszcze Smitha. Jak znalazł się tutaj w tak mgnieniu oka – tego naprawdę nie wiedziałam. Cole, unosząc zgięte przedramię na ugiętych w dół placach ponownie powitalnie zamerdał. Odwzajemniłam ów gest delikatnym uśmieszkiem. Gunner nagle uwolnił się z oplotu Cole'a i zbliżył ku mnie chwytając me ramiona i zaglądając głęboko w oczy. Powróciło to miłe uczucie... uspokajające i kojące. Zastanawiającym było tylko jak to możliwe, iż dokonał tego właśnie na mnie?
– Zee. Nie chciałem cię wystraszyć, przepraszam. – rzekł stonowanym, kojącym głosem. Uśmiechnął się lekko – był to uśmiech nieszczery – wszak jego spojrzenie mówiło samo za siebie, było w nim widać pełnię zmartwienia i zranionego ducha. Ponownie odwzajemniłam ów szczery gest, dołączając radosne pokiwanie głową. Wyprężył plecy, jakby chciał obwieścić koniec, a zarazem chęć bycia zwolnionym z mojego splotu – nie zgodziłam się wypuszczając tylko jedną z połączonych rąk. Ściskałam jego wybitnie przerośniętą rączkę napawając własne oczy urokiem i doskonałością przeplatanych własnych z własnymi paluszkami... Subtelne wręcz i delikatne łaskotki przepełzły od strony najmniejszych zakończeń kostek dłoni, kończąc żywot pod warstwami odzieży naramiennej. Uśmiechałam się lekko podnosząc główkę do góry. Jego tęczówki nie ustawały w obfitym iskrzeniu z jednoczesną urokliwością pogodnego lica.
– Wow. – Szepnął... – Jesteś taka piękna... Mój podkład zdradzał nagły przypływ rumieńców i uczucia wstydliwości spowite blaskiem uwielbienia, okraszającego wpatrzenie.
– Jasne, wy gołąbeczki... – odchrząknął Smith... – Ruszajmy w końcu, bo na bank spóźnimy się na lekcje...
Szedł dziarsko obok Cole'a z przodu naszego dwuosobowego korowodu. Splótł palce na swoich dopilnowując, by absolutnie i bezwarunkowo nic nas nie mogło w tej chwili odseparować. Z zawahaniem, jednak stanowczo machnął z ukosa głową w stronę podłoża z odznaczoną wyżej podniesioną linią zbrwienną... Stale rumieniona, radosna ze świeżą potakującą linią mimiki. Pomaszerowaliśmy równym krokiem na spacer... on zaś na krok mnie nie opuszczał... Choć była to pospolita skromność prostej istoty, tak jednak dla mnie gest ów znaczył wiele i wszystko ponad...
















