**Lyra**
**Czas teraźniejszy**
– Nie będę owijać w bawełnę, Lyra. Nie sądzimy, abyś pasowała do tej roli. To bardzo konkurencyjne stanowisko, a my po prostu mamy kandydatów z o wiele bardziej wyspecjalizowanym doświadczeniem. I, szczerze mówiąc, z ładniejszymi twarzami – oznajmia rekruterka, a jej usta wykrzywiają się w protekcjonalnym uśmieszku.
Jasne. Dobre sobie, biorąc pod uwagę, że słowa te padają z ust kobiety wciśniętej w duszącą czarną ołówkową spódnicę, której biała jedwabna bluzka jest rozpięta na tyle, by obnosić się z twardymi jak skała, sztucznymi piersiami wylewającymi się z niedopasowanego, czarnego biustonosza push-up. Jej włosy to sztywna, spryskana hektolitrami lakieru, napuszona katastrofa. Można by odpalić zapałkę blisko jej głowy i wygenerować dość mocy, by zasilić sieć miejską przez okrągły tydzień. Wyglądają tak, jakby ptak je porzucił po uprzednim potraktowaniu jako osobistą toaletę. Kobieta nosi na sobie warstwy grubego podkładu i dramatycznego konturowania, wyglądając, jakby zgubiła się w drodze na przesłuchanie do drag show.
Zionie od niej desperacją, gdy praktycznie błaga o uwagę dyrektorów płci męskiej na tym piętrze.
– W porządku – mówię, wstrzykując w swój ton sporą dozę dramatyzmu. – Dziękuję za poświęcony czas.
Obracam się na pięcie i wymaszerowuję z lodowatej sali konferencyjnej, trzymając podbródek wysoko. Zresztą, kto chciałby marnować życie w tym pretensjonalnym, oszklonym korporacyjnym więzieniu? Kto chce spędzać czterdzieści godzin w tygodniu w otoczeniu plastikowych lasek aspirujących do bycia lalkami Barbie oraz aroganckich, zepsutych kolesi z funduszami powierniczymi?
O, zaraz. Ja.
Potrzebuję pensji. Potrzebuję wpisu do CV. Potrzebuję szansy, by pracować w normalnych, ludzkich godzinach za biurkiem, zamiast niszczyć sobie stopy w gorącej kuchni. Tylko jak, u licha, można zdobyć specjalistyczne doświadczenie, skoro nikt nie chce cię nawet wpuścić za próg? Korporacje zawsze wymagają świeżych, energicznych dwudziestoparolatków, którzy jakimś cudem mają trzydzieści lat specyficznego, niszowego doświadczenia w branży. To nie ma żadnego sensu. Nikt już nie chce inwestować czasu w szkolenie kogokolwiek. Narzekają tylko na ogromną rotację pracowników, nie zdając sobie sprawy z tego, że ich przepracowany personel nie darzy ich ani krztą lojalności.
Docieram do ciężkich mosiężnych drzwi windy i wciskam strzałkę w dół, czekając, aż metalowe pudło się otworzy, pożre mnie w całości i wypluje z powrotem na parter rzeczywistości.
Na końcu korytarza dzwoni główny telefon w recepcji w piskliwej, powtarzającej się pętli. Nadąsana blondynka siedząca za luksusowym marmurowym biurkiem ignoruje go, zamiast tego decydując się na otwarty flirt z mężczyzną w skrojonym na miarę garniturze, który przegląda dokumenty przy ladzie. Jej okropne, piskliwe chichoty niosą się echem po korytarzu. Pisk sprawia, że napinają mi się ramiona, ale po prostu przewracam oczami i wpatruję się w misternie rzeźbione, drogie mahoniowe panele zdobiące ściany przy windach.
Żegnajcie, frajerzy. Kto w ogóle potrzebuje Vance Enterprises? I kim uważa się ten nieuchwytny „Enzo Vance”, zarządzając taką firmą? Nawet nie wie, co traci.
*Ding.*
Dzwonek ratuje mnie przed dalszym pogrążaniem się w zgorzkniałym monologu wewnętrznym. Mosiężne drzwi rozsuwają się. Wchodzę do luksusowego, wyłożonego czarnymi lustrami wnętrza i wciskam przycisk parteru. Cicha, brzęcząca muzyka fortepianowa wypełnia ciszę, kpiąc z mojego podłego nastroju, gdy rozpoczynam długi zjazd z osiemdziesiątego drugiego piętra.
Drzwi wreszcie się rozsuwają na parterze. Wychodzę do tętniącego życiem, przypominającego jaskinię holu, odbijając w lewo w stronę stanowiska ochrony. Podaję mój tymczasowy identyfikator dla gości postawnemu strażnikowi siedzącemu za szklaną barierą, mrucząc grzeczne podziękowanie z napiętym, wymuszonym uśmiechem.
Gdy przepycham się przez ciężkie drzwi obrotowe i wychodzę na ruchliwy miejski chodnik, szybkie brzęczenie wibruje przy moim prawym ramieniu. Agresywne brzęczenie dobiega z wnętrza mojej ciemnofioletowej torebki od Prady. Ta torebka to najdroższa rzecz, jaką kiedykolwiek posiadałam. Kupiłam ją w prezencie samej sobie na dwudzieste urodziny. Przetrwałam śpiąc cztery godziny w nocy, biorąc podwójne zmiany w restauracji jedna po drugiej przez cztery bite miesiące, żeby było mnie na nią stać. To moja najcenniejsza własność i traktuję ją po królewsku.
*Bzz. Bzz.*
Ugh, co znowu? Sięgam w skórzaną czeluść i wyciągam telefon; jego jasnoróżowe, wysadzane cyrkoniami etui błyszczy w popołudniowym słońcu. Uderzam palcem w ekran. Dziewięć nieprzeczytanych wiadomości. Wszystkie od Nicolette. Wypuszczam długie westchnienie i zaczynam czytać serię szybkich wiadomości, idąc zatłoczonym chodnikiem. Ta dziewczyna jest moją najlepszą przyjaciółką, ale ma zakres uwagi nadpobudliwej wiewiórki.
*Nicolette: siema laska, gdzie jesteś?*
*Nicolette: jak tam miasteczko Barbie??? Wypatrzyłaś jakiegoś Kena, którego chciałabyś zabrać do domu i się pobawić?*
*Nicolette: dostałaś tę robotę?*
*Nicolette: halloooooooo*
*Nicolette: ide siusiu. Zadzwoń nudzi mi się*
*Nicolette: dej znać jak poszło*
*Nicolette: idziemy do klubu w ten wknd. Chcę IMPREZOWAĆ*
*Nicolette: do zoba po pracki*
Jestem w trakcie pisania sarkastycznej odpowiedzi o miasteczku Barbie, kiedy moja twarz uderza w solidny mur z cegieł.
– Uff! – Uderzenie zapiera mi dech w piersiach. Telefon o mało nie wyślizguje mi się z palców. Potykam się do tyłu, pocierając piekący nos. Czyżby postawili jakiś słup na środku chodnika?
Mrugam i kręcę głową, uświadamiając sobie, że nieruchomy mur z cegieł nie jest żadną budowlą. To mężczyzna. Masywny, potężny mężczyzna.
Szybko podnoszę głowę, nadwyrężając kark, aby mu się przyjrzeć. Mając śmieszne metr sześćdziesiąt wzrostu, czuję się jak mrówka wpatrująca się w drapacz chmur.
– P-przepraszam pana – jąkam, a mój głos drży.
Słodkie, litościwe nieba. Jak wszechświat może być tak okrutny, by stworzyć mężczyznę, który wygląda jak chodząca, oddychająca ambrozja? On nie jest tylko mężczyzną. Jest bogiem wyrzeźbionym z marmuru i ścięgien. Moje stopy wrastają w beton. Nie mogę poruszyć ani jednym mięśniem. Czy ja w ogóle oddycham? Muszę, ponieważ mój puls wybija gorączkowy rytm w gardle.
Spogląda na mnie z góry przenikliwymi piwnymi oczami w kolorze podgrzanego brązowego cukru i stopionego masła. Jeśli padnę trupem tu na chodniku, niech ten mężczyzna będzie aniołem, który odeskortuje mnie w zaświaty. Ostre, arystokratyczne kości policzkowe przecinają gładko ogoloną linię szczęki. Ma prosty, arystokratyczny nos i pełne, różowe usta, które wyglądają niebezpiecznie całowalnie. Jego bujne, gęste kasztanowe włosy są obcięte w prosty, profesjonalny sposób, zostawiając na górze dokładnie tyle długości, że moje palce świerzbią, by przeczesać te kosmyki. Mierzy lekką ręką ponad metr dziewięćdziesiąt, wtłoczony w idealnie dopasowany niebieski garnitur od Armaniego w zestawie ze złotym jedwabnym krawatem. Drogi materiał opina jego szerokie, rozbudowane ramiona i grubą, muskularną klatkę piersiową.
Mniam.
Czekaj, co się dzieje z moim mózgiem? Przestań się ślinić, Lyra. Ogarnij się.
– Nie ma problemu, skarbie – mówi mężczyzna. Powolny, chytry uśmiech wykrzywia kącik jego pięknych ust.
Dobry Boże, ten głos. Ten dźwięk owija się wokół mnie jak gładki, głęboki, dudniący aksamit, który pieści moją nagą skórę i wysyła ostre, ciężkie pulsowanie prosto do mojego wnętrza. Zaciskam uda, czując nagły przypływ wilgoci zbierający się w moich majtkach.
On jest tak bardzo poza twoją ligą, Lyra, że egzystuje w innej stratosferze.
– Umm, okej. Żaden tam skarbie, ale tak... jeszcze raz przepraszam – mamroczę, desperacko próbując uratować resztki swojej godności.
Szybko omijam jego potężną sylwetkę, opuszczając głowę. Chwytam luźne pasmo włosów, które opadło mi na twarz, i stanowczo zakładam je za ucho, modląc się, by nie dostrzegł wściekłego, płonącego rumieńca pokrywającego moje policzki. Gorąc błyskawicznie wędruje w dół mojej szyi i rozkwita na klatce piersiowej.
Muszę stąd uciekać. Mam około godziny, zanim będę musiała odbić kartę na zmianie w restauracji. Powrót do kuchni. Powrót do wyczerpującego, prawdziwego świata. Szlag by to.
——————————
**Enzo**
– Gdzie są moje pieniądze? – pyta Dante niskim, śmiertelnie poważnym tonem.
Wpatruje się w brudnego, zakrwawionego szczura, który wisi za nadgarstki na zardzewiałych łańcuchach na środku magazynu. Jedna zasada, której każdy w naszym świecie uczy się bardzo szybko: gdy Dante Vance jest spokojny, powinieneś bać się go najbardziej. Gdy ktoś wejdzie mu w drogę, staje się bezlitosnym, sadystycznym potworem. Jest także moim najlepszym przyjacielem, człowiekiem, który nie toleruje żadnych bzdur od nikogo, kto jeszcze oddycha.
Zawsze było nas czterech. Dante, Gideon, Ro i ja. Wychowaliśmy się na tych samych brutalnych ulicach, dzieliliśmy posiłkami i krwawiliśmy razem. W szkole Dante już od samego początku objął rolę przywódcy. Chronił nas przed staniem się stałymi workami treningowymi dla starszych, większych dzieciaków, zmuszając nas do nauki i zmuszając nas do treningów. Kiedy zaczęliśmy szybko rosnąć, nabraliśmy masy. Spędzaliśmy godziny na nauce, jak wyprowadzić porządny cios, jak łamać kości, jak walczyć jako zgrana jednostka. Ewoluowaliśmy z ofiar w drapieżniki alfa.
Jesteśmy braćmi, związanymi nie przez genetykę, ale przez galony krwi, które przelaliśmy przez lata. Kocham tych facetów. Przyjąłbym kulę za każdego z nich bez chwili wahania.
Razem wykuliśmy imperium z brudu. Dante działa jako mózg operacji, kalkulując ruchy na dziesięć kroków do przodu. Gideon rządzi w cyfrowym królestwie; to nasz etatowy geniusz od technologii i nadzoru, który jeszcze przed śniadaniem potrafi włamać się do międzynarodowych systemów obronnych. Ro jest naszą śmiercionośną bronią, wyszkolonym, pozbawionym skrupułów zabójcą z chorym, pokręconym poczuciem humoru, które według mnie jest przezabawne.
Dante i ja zaczynaliśmy od małych rzeczy, opychając towar na szkolnych korytarzach. Szybko zwiększyliśmy skalę, wykorzystując niesławne powiązania rodziny Dantego. Ale stary odmówił po prostu wręczenia Dantemu kluczy do królestwa. Zmuszał Dantego do wytyczenia własnej ścieżki, do zdobycia strachu i szacunku w podziemiu. Wszyscy musieliśmy zapracować na swoje miejsce. Wydrapaliśmy sobie drogę na szczyt, zostawiając za sobą szlak trupów. Teraz siedzimy na tronie. Jesteśmy nietykalni. Mamy w kieszeni kontakty i polityków w każdym większym kraju na kuli ziemskiej. Nasze nazwisko sieje grozę.
Podczas gdy Dante skupia swoją energię na zarządzaniu brutalnymi operacjami Mafii, ja od podstaw zbudowałem Vance Enterprises. Nieskazitelny korporacyjny drapacz chmur służy jako idealna, legalna przykrywka do prania naszych ogromnych rzek nielegalnej gotówki. Posiadamy rozległą sieć luksusowych hoteli, pięciogwiazdkowych restauracji, ekskluzywnych podziemnych klubów i nieruchomości komercyjnych na wszystkich kontynentach. Dzielimy się bogactwem. Dzielimy się posiadłościami. Dzielimy się władzą.
Dzielimy się nawet naszymi kobietami. Od zawsze.
Dante lekko, niemal niedostrzegalnie kiwa głową w stronę Slade'a, naszego zwalistego, etatowego oprawcy.
Slade robi krok do przodu i wciska iskrzącą końcówkę poganiacza do bydła prosto w jaja Tate'a.
*BZZZZZZ!*
Surowy, gardłowy wrzask wyrywa się z gardła Tate'a, odbijając się echem od wilgotnych, brudnych betonowych ścian słabo oświetlonego pomieszczenia. Zdrajca miota się w ciężkich łańcuchach, a jego żałosne skomlenie wypełnia krótką ciszę. Łzy żłobią czyste ścieżki przez grube warstwy brudu i krwi pokrywające jego twarz.
– Gdzie. Są. Moje. Pieniądze? – powtarza Dante, akcentując każdą pojedynczą sylabę z mroczną obietnicą nadciągającej agonii.
Tate kuli się, a jego złamane ciało gwałtownie drży. Jego prawe oko jest spuchnięte i zamknięte, ma groteskowy, fioletowo-czarny odcień. Ubrania wiszą na nim w postaci poszarpanych, przesiąkniętych karmazynem wstążek. Wisi pod dziwnym, nienaturalnym kątem, jego lewe ramię jest wyraźnie zwichnięte. Brakuje mu trzech palców u prawej dłoni; odcięte paliczki spoczywają obecnie w kałuży jego własnej krwi w pobliżu czubków jego butów. Brakuje mu kilku zębów. Jego tors jest pokryty głębokimi, sączącymi się śladami oparzeń po dwóch godzinach metodycznego bicia i wstrząsów pod wysokim napięciem. Jego ciało szybko odmawia posłuszeństwa.
– B-b-błagam, szefie – jąka się Tate, wypluwając na podłogę gulę krwi. – N-n-nie m-m-miałem w-wyboru. Z-zabiliby w-was i m-moją rodzinę.
Ha. Zabiliby nas? To doprawdy komiczne.
Wypuszczam z ust ciche prychnięcie. Z mojego miejsca, oparty o zimną, metalową belkę nośną, patrzę, jak Dante kręci lekko głową, a mroczny, kpiący uśmiech błąka się po jego ustach. Myśli dokładnie o tym samym. W zacienionym tylnym kącie w pobliżu metalowych schodów Gideon i Ro wymieniają spojrzenia i chichoczą cicho.
– Czyżby? – pyta cicho Dante. Pozwala ciszy przeciągać się, mistrzowsko budując dramatyczne napięcie. – Masz na myśli... tę rodzinę?
Dante pstryka palcami.
Ciężkie, metalowe drzwi na tyłach magazynu otwierają się z piskiem. Do środka wkracza trzech uzbrojonych strażników, wlokąc po betonie kobietę w średnim wieku i dwóch nastoletnich chłopców. Ich nadgarstki są ciasno związane grubymi plastikowymi trytytkami, a w ustach mają wepchnięte brudne kneble z materiału. Miotają się i kopią, ale ich szarpanina jest żałosna w porównaniu z ogromnymi gabarytami naszych ludzi. Strażnicy brutalnie rzucają ich na podłogę, tuż pod zwisającymi, zakrwawionymi stopami Tate'a. Lądują tuż na krawędzi ostrej, żółtej plamy światła rzucanej przez pojedynczą, kołyszącą się nad nimi żarówkę.
Tate wpada w szaloną, miotającą się panikę. Krzyczy przez wybite zęby, błagając, byśmy ich oszczędzili. Stłumione, histeryczne piski jego żony przeszywają wilgotne powietrze, gdy ta podnosi wzrok i widzi okaleczoną, zrujnowaną powłokę swojego męża wiszącą nad nią. Czarny tusz spływa gęstymi strumieniami po jej bladej, przerażonej twarzy. Dwaj nastoletni synowie trzymają głowy spuszczone w dół, drżąc z czystego przerażenia i wstydu.
Dante powoli opada na drewniane krzesło, rozszerzając nogi, krzyżując grube ramiona na szerokiej piersi. Jego mroczna, dominująca aura dusi całe pomieszczenie.
– Popełniłeś poważny błąd, Tate. Kłapałeś jadaczką do tych ruskich śmieci na temat moich szlaków morskich i kosztowało mnie to osiem milionów dolarów. Twierdzisz, że zrobiłeś to, by chronić przed nimi swoją rodzinę. – Dante pochyla się do przodu, jego oczy są martwe i zimne. – Ale to przed nami powinieneś był chronić swoją rodzinę.
Tate łka, dławiąc się własną śliną, błagając o litość. Slade podchodzi i wpycha brudną szmatę w usta Tate'a, uciszając hałas.
– Enzo – woła Dante, nie odrywając wzroku od płaczącej kobiety.
– Ta – odpowiadam, odpychając się od belki nośnej.
– Co powinniśmy zrobić z tymi idiotami?
Pocieram szczękę, analizując ten szlochający bałagan na podłodze. – Chłopcy wyglądają na dość solidnych. Przy odpowiednim złamaniu ich woli i właściwym treningu, mogliby stać się cennymi nabytkami w szeregach naszych piechurów. Ile mają, szesnaście, siedemnaście lat? Obtrzemy ich z resztek człowieczeństwa, wyszkolimy na strażników. Skorodujemy ich umysły za młodu. Kobieta też może okazać się przydatna. Wyślij ją do jednego z odległych domów, żeby obsługiwała ludzi i odpracowała ogromny dług męża, albo wsadź do jednego z podziemnych klubów.
Mój telefon wibruje w kieszeni. Wyciągam go i sprawdzam zaszyfrowaną wiadomość od mojej asystentki. Ugh.
– D, muszę się zbierać. Za dwadzieścia minut mam spotkanie w siedzibie korporacji. Te szczury od Hofmanna próbują nas naciskać, żebyśmy zasponsorowali kolejny z ich podejrzanych projektów budowlanych.
Dante mruczy nisko, w jego gardle brzmi niezadowolenie. – Powinienem był wpakować Tarikowi kulkę przy naszym pierwszym spotkaniu. Niestety, ich pozwolenia na budowę działają na naszą korzyść, więc musimy grać grzecznie. Potrzebujemy ich infrastruktury do nadchodzącego wschodniego transportu. Idź i załatw to. Wkładanie garnituru i granie w miłe słówka to twoja bajka.
Dante odwraca głowę w stronę cieni. – Gideon. Zadzwoń do Garricka. Niech jego ekipa zgarnie tę hołotę i zorganizuje trening inicjacyjny. Upewnij się, że dokładnie zrozumieją, kto jest teraz ich właścicielem. – Wykonuje nieokreślony gest w stronę łkającej matki i synów na podłodze.
Nawet nie mrugając, Dante płynnym ruchem wyciąga swój ciężki pistolet z kabury na dole pleców, mierzy w Tate'a i oddaje jeden strzał prosto między oczy zdrajcy.
Głośny huk niesie się echem po magazynie. Ciało Tate'a wiotczeje, a martwy ciężar napina łańcuchy. Żona krzyczy przez knebel, miotając się gwałtownie.
Dante wstaje, ignorując świeżą krew rozchlapaną na podłodze, i wskazuje na strażników. – Rzućcie ciało rybom na pożarcie. Wyszorujcie tę podłogę.
Dante i ja wychodzimy z brutalnego pokoju egzekucyjnego, a Gideon i Ro idą tuż za nami. Udajemy się na górę do dźwiękoszczelnego, luksusowego biura z widokiem na halę magazynową. Dante omija swoje biurko, kierując się prosto do kryształowej szafki z alkoholami. Nalewa na dwa palce drogiej szkockiej do ciężkiej szklanki i wypija ją duszkiem.
– Chloe wydzwaniała do mnie przez cały ranek – mówi Ro, płaskim i znudzonym tonem, opadając na skórzaną sofę. – Myślałem, że spławiliśmy tę kobietę. Była łatwa, ale za dużo gada. Nie lubię jej.
– Ta. Masz rację. Jest irytująca – zgadza się Gideon, stukając w swój tablet.
– Załatw to, Ro. Upewnij się, by zrozumiała, że jej czas z nami dobiegł definitywnego końca – rozkazuje Dante, nalewając sobie kolejną szklankę.
– Ugh. Po prostu chciałbym, żebyśmy mogli znaleźć tę jedyną, wiecie? – jęczy Ro, przeciągając dłonią po twarzy. – Mam dość i jestem zmęczony tymi wszystkimi fałszywymi, plastikowymi kobietami, które się na nas rzucają. Albo chcą się z nami przespać, żeby móc się pochwalić przed znajomymi, albo chcą po prostu dostępu do naszych kont bankowych. To jest nudne. Chcę prawdziwego wyzwania. Chcę naszej księżniczki na zawsze.
Wszyscy kiwamy głowami w niemym poparciu. Znalezienie kobiety wystarczająco silnej, by poradzić sobie z naszą czwórką, wystarczająco niewinnej, by przyciągnąć naszą mroczną uwagę, a jednocześnie wystarczająco ognistej, by zapewnić nam rozrywkę, wydaje się zadaniem niemożliwym.
– Muszę ruszać w drogę. Zobaczymy się wieczorem w posiadłości, chłopaki – mówię, sprawdzając godzinę na telefonie.
Chwytam moją skrojoną na miarę marynarkę od garnituru z oparcia zielonego, skórzanego krzesła, wsuwam ją i schodzę do prywatnego garażu. Wsiadam na tylne siedzenie oczekującego luksusowego samochodu miejskiego. Kierowca rusza, zostawiając za sobą gęste, odizolowane lasy. Wyboiste, wiejskie drogi szybko przechodzą w utwardzone autostrady, a strzelista szklana panorama śródmieścia zaczyna przybliżać się na horyzoncie.
Spędzam podróż odpowiadając na e-maile i czytając umowy. Wysyłam szybką wiadomość do mojej asystentki, upewniając się, że akta Hofmanna są przygotowane i czekają w głównej sali konferencyjnej.
Samochód płynnie zatrzymuje się przy krawężniku. Kierowca otwiera moje drzwi. Wychodzę na zatłoczony chodnik, zapinając marynarkę, patrząc w górę na potężny drapacz chmur Vance Enterprises. To tylko jeden z wielu pomników naszej władzy w tym mieście.
Zaczynam iść w kierunku wspaniałego wejścia, a mój umysł skupia się na nadchodzących negocjacjach. Nagle zauważam drobną brunetkę idącą prosto na mnie. Jej głowa jest spuszczona, a oczy wlepione w świecący ekran telefonu. W ogóle nie zwraca uwagi na otoczenie.
Zanim w ogóle udaje mi się zejść jej z drogi, zderza się prosto z moją klatką piersiową z cichym głuchym odgłosem.
– P-przepraszam pana – jąka się, wciąż z opuszczoną głową.
Ten głos. Ten dźwięk jest słodki, zdyszany i anielski. Uderza w moje uszy i wędruje prosto w dół. Mój kutas natychmiast drga w spodniach. Miękkie, jąkające się przeprosiny wyzwalają pierwotny, dominujący instynkt głęboko w mojej piersi. Urodzona uległa.
W końcu podnosi głowę, a z moich płuc ulatuje oddech. Słodcy bogowie nektaru. Stoi przede mną najbardziej zniewalająco piękna kobieta, jaką kiedykolwiek widziałem w swoim żałosnym życiu. Ambrozja w ludzkim ciele.
Jest drobna, ledwo sięga mi do klatki piersiowej, ale jej ciało jest spektakularne. Jest pełna i krągła we wszystkich właściwych miejscach. Gardzę głodującymi, chudymi jak patyk modelkami, które zazwyczaj rzucają mi się do stóp. Wszyscy wolimy nasze kobiety miękkie, pełne i ponętne. Więcej krągłości do złapania. Więcej ciała do gryzienia.
Jej duże oczy to odurzająca mieszanka orzechowego brązu i zieleni. Kolory wirują razem, tańcząc i iskrząc w popołudniowym słońcu. Gęste, ciemnobrązowe włosy kaskadą opadają jej na środek pleców, chwytając światło, by ukazać ukryte, ogniste odcienie czerwieni w pasmach. Posiada niewinną, miękką jak u dziecka twarz anioła. Delikatny nos, naturalnie pełne, różowe policzki i mięsiste usta w kształcie serca, które aż proszą się o pożarcie. Ma na sobie minimalny makijaż, co stanowi drastyczny, orzeźwiający kontrast dla grubej szpachli, za którą nieustannie chowają się kobiety w naszych kręgach.
Jej pełne, ciężkie piersi napierają na skromny materiał niebieskiej bluzki z dekoltem w serek, oferując kuszący rzut oka na głęboki dekolt. Jej mleczna skóra wygląda na niewiarygodnie miękką. Jej biodra rozszerzają się w pysznym, zaokrąglonym łuku. Moje dłonie dosłownie bolą z nagłej, gwałtownej potrzeby rozebrania jej do naga, prosto tutaj, na chodniku, i zmapowania każdego centymetra jej ciała.
– Nie ma problemu, skarbie – mówię, posyłając jej gładki uśmiech, próbując powstrzymać mroczną, drapieżną bestię drapiącą moje żebra.
– Umm, okej. Żaden tam skarbie, ale tak... jeszcze raz przepraszam – odparowuje.
Jej głos drży, ale słowa mają w sobie ostrą nutę buntu. Jest wyraźnie speszona. Szybko omija mnie z boku, by uciec. Zmieniając pozycję, zakłada luźne pasmo włosów za ucho, dając mi idealny widok na głęboki, karmazynowy rumieniec rozlewający się po jej policzkach.
Piękna. Po prostu piękna. I ma charakter. Odrobinę ognia pasującą do tej anielskiej twarzy. Stoję jak wryty na chodniku, nie mogąc odwrócić wzroku, i obserwuję hipnotyzujące kołysanie się jej okrągłych bioder, gdy spieszy się zatłoczoną ulicą.
Znajdę cię, aniele. Tak, moja mała lisiczko, spotkamy się ponownie bardzo, ale to bardzo niedługo. Nie masz pojęcia, w co właśnie wdepnęłaś. Jesteś dokładnie tym, na co polowaliśmy.
Tylko poczekaj, aż powiem o tym chłopakom.
















