**Lyra**
– Znów się spotykamy, skarbie.
Znowu to samo. To cholerne pieszczotliwe przezwisko. Gra mi na nerwach, a jednocześnie wysyła zdradzieckie, gorące trzepotanie prosto do mojego wnętrza.
– Nie jestem żadnym twoim skarbem – rzucam ostro. Zmuszam się do oderwania wzroku od jego intensywnego spojrzenia, opuszczając wzrok na deski podłogowe. Wypolerowane słoje drewna nagle stają się najbardziej fascynującą rzeczą w całym tym pokoju VIP. Czuję nagłe uderzenie gorąca wędrujące po mojej szyi, piekące mnie w policzki. *Weź się w garść, Lyra. Ogarnij się.*
Mężczyzna, na którego wpadłam wcześniej, po prostu unosi idealnie wyrzeźbioną brew. Powolny, arogancki uśmiech rozciąga się na jego ustach. To wręcz frustrujące, jak bardzo jest przystojny.
Odchrząkuję, przenosząc ciężar ciała. – W czym więc mogę panom pomóc? Muszę skończyć zmianę, żeby móc pójść do domu. – W moim tonie jest stanowczo za dużo pyskówki jak na kogoś stojącego przed czterema potężnymi mężczyznami w drogich garniturach. Jestem po prostu tak niesamowicie zmęczona. Nie mam najmniejszej ochoty całować po stopach roszczeniowych, bogatych facetów. Trzymam wzrok przyklejony do podłogi. Jeśli znów spojrzę w te piwne oczy, mogę stracić resztki pewności siebie, jakie mi pozostały.
– Lyra.
Głęboki, aksamitny głos rozbrzmiewa w gęstej ciszy pokoju. Słuchanie mojego imienia schodzącego z jego języka posyła mimowolny dreszcz prosto w dół mojego kręgosłupa. Pomiędzy moimi udami formuje się nagłe, ostre pulsowanie. Moje majtki natychmiast robią się mokre.
– Lyra, spójrz na mnie.
To bezpośredni rozkaz. Zaciskam mocno oczy. Moja klatka piersiowa unosi się i opada w ciężkich, rwanych oddechach. *Co się ze mną dzieje?* Dlaczego powietrze w tym pokoju wydaje się tak gęste?
Szorstki palec naciska delikatnie pod moim podbródkiem. Dotyk jest ciepły, ale niesie ze sobą niezaprzeczalną stanowczość. Palec unosi moją głowę, zmuszając mnie, bym spojrzała na niego.
– Spójrz na mnie. – Aksamitny głos łagodnieje, jednak nie traci nic ze swojej surowej, rozkazującej mocy. Czuję obezwładniający przymus, by okazać mu posłuszeństwo. Otwieram oczy.
Stoi tuż przede mną niczym chodzące arcydzieło. Powietrze uchodzi z moich płuc w gwałtownym przypływie. Analizuję jego rysy. Głębokie, brązowe oczy, tak ciemne, że wyglądają jak kałuże czarnego atramentu. Jego źrenice są rozszerzone do granic możliwości i skupione w całości na mojej twarzy. Mogłabym utonąć w tym spojrzeniu. Ma ostrą, wyrzeźbioną linię szczęki obrysowaną starannie przystrzyżoną brodą, która okala jego usta. Jego ciemne włosy są krótko ścięte po bokach z odrobiną długości na czubku; wyglądają na tyle miękko, by chcieć przeczesać je palcami.
Obmywa mnie zapach jego wody kolońskiej – ciężka, odurzająca mieszanka ciemnego piżma, świeżej bryzy i drogiej szkockiej. Góruje nade mną, mierząc bez problemu ponad metr dziewięćdziesiąt albo i więcej, dorównując piwnookiemu mężczyźnie swoimi potężnymi gabarytami. Jego szyty na miarę, designerski garnitur opina jego masywne ramiona i wypukłą klatkę piersiową. Dostrzegam fragmenty ciemnego tatuażu wpełzającego na jego szyję, wychylającego się spod kołnierzyka niebieskiej koszuli. Na jego lewym nadgarstku spoczywa ciężki, diamentowy Rolex. Zimny metal sygnetów zdobiących jego palce opiera się o miękką skórę mojego podbródka.
– Jestem Dante Callahan, malutka – mówi. Jego kciuk raz przesuwa po linii mojej szczęki. – Poinformowano mnie, że przygotowałaś dla nas ten posiłek. Wiesz, kim jesteśmy? Co u licha natchnęło cię, by podać nam burgery?
Wyrywam podbródek z jego uścisku, robiąc pół kroku do tyłu.
– Panie Callahan, nazywam się Lyra. Nie żadna „malutka”. I nie, nie wiem, kim panowie są, i wcale mnie to nie obchodzi. Doceniamy panów wizytę, ale nie zamierzam całować was po stopach. – Unoszę podbródek, krzyżując ramiona na piersiach, by stworzyć barierę. – Robiłam tylko to, co mi kazano. Skoro nie sprecyzowaliście, na co macie ochotę, po prostu przyrządziłam pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy, proszę pana.
Wkładam dodatkowy jad w to „proszę pana”. Ten napuszony mężczyzna i jego znajomi sprawiają, że moja skóra cierpnie od dziwnej, nerwowej energii. Jestem beznadziejna w sytuacjach społecznych, a kiedy czuję się osaczona lub niepewna, moim mechanizmem obronnym jest zachowywanie się jak bachor.
Zauważam, jak szczęka Dantego się zaciska w sekundzie, w której mówię mu „proszę pana”. W jego czarnych oczach błyska mroczna, nieodgadniona emocja. Wygląda to niebezpiecznie. Wygląda jak czysty głód. *Zbyt dużo o tym myślisz, Lyra.*
– Uważaj na ton, aniele – ostrzega Dante. Kładzie nacisk na słowo „aniele”, jakby rzucał mi wyzwanie, bym sprzeciwiła mu się po raz kolejny.
Staje u mojego boku, kładąc masywną, ciężką dłoń płasko na dole moich pleców. Żar jego wnętrza dłoni parzy przez mój cienki kucharski kitel. Prowadzi mnie do przodu, zmuszając mnie, bym podeszła bliżej do stołu, przy którym siedzi pozostała trójka.
– To Gideon Rossi – mówi Dante. Wskazuje na mężczyznę siedzącego po prawej.
Gideon jest zbudowany jak grecki bóg. Ma miodowoblond włosy zaczesane w schludny męski kok. Jego oczy są w uderzającym, ciemnym odcieniu leśnej zieleni – głębokie, kojące, a jednocześnie intensywne. Ma na sobie czarny garnitur bez krawata; dwa górne guziki jego koszuli są rozpięte, ukazując grubą, muskularną klatkę piersiową. Posyła mi wspaniały, zniewalający uśmiech, pokazując idealnie białe zęby. Żywe, misterne tatuaże pokrywają jego dłonie i wiją się w górę przedramion. Podnosi kryształową szklankę wypełnioną bursztynowym trunkiem, w niemym toaście dla mnie.
*Czy ci wszyscy faceci mieszkają na siłowni?* Wilgoć w mojej bieliźnie tylko się potęguje. Zaciskam uda, modląc się, by nie wyczuli mojego nagłego podniecenia.
– To jest Ronin Thorne. Mówimy na niego Ro – kontynuuje Dante, wskazując na mężczyznę obok Gideona.
Ro ma takie same miodowoblond włosy, ale ułożone w ostrego irokeza z wygolonymi bokami i podkręconym pompadourem na czubku. Wygląda jak niebezpieczny, współczesny Elvis. Czysta, ostra broda okala zaskakująco chłopięcą twarz. Ma na sobie odważną, czerwoną marynarkę narzuconą na czarną koszulę i czarne spodnie. Złoty Rolex lśni na jego opalonej skórze.
– Cześć, księżniczko – mruczy Ro.
Przewracam oczami. Ale kiedy w końcu patrzę na Ro, moja brawura ulatuje. Jego szczęka jest zaciśnięta. Usta tworzą cienką, twardą linię, a jego brwi są uniesione w wyrazie twarzy, który sprawia, że mam ochotę się skurczyć i ukryć w kącie.
– A to, moja droga, Enzo Vance. Już się poznaliście – kończy Dante.
Piwne oczy. Facet, który był gwiazdą moich mokrych snów przez ostatnie dwa tygodnie, wreszcie zyskał imię.
Mój mózg się zawiesza. Odtwarzam w pamięci słowa Dantego. *Vance?*
– Vance? – piszczę, a mój głos skacze do góry jak u zafascynowanej gwiazdą nastolatki. – Tak jak… Vance z Vance Enterprises?
Enzo powoli kiwa głową. Drapieżny, świadomy uśmieszek rozchodzi się po jego przystojnej twarzy. – Ten sam, skarbie. Byłaś w naszym wieżowcu, cukiereczku. W jednym z wielu naszych przedsięwzięć biznesowych. Tak samo jak ta restauracja. To jest nasze miejsce.
Podłoga zapada mi się pod nogami. Mój żołądek zwija się w ciasny supeł. *O boże.* Obraziłam właścicieli. Zaserwowałam burgery multimiliarderom będącym właścicielami tej restauracji. Zostanę zwolniona. Wyrzucą mnie na bruk.
– Bardzo panów przepraszam – wyrzucam z siebie, a słowa wpadają jedno na drugie w panicznej lawinie. – Nie wiedziałam, że jesteście właścicielami. Błagam, nie wyrzucajcie mnie. Cyrus kazał mi zrobić „sekretne danie specjalne”, więc po prostu ugotowałam pierwszą rzecz, jaka przyszła mi na myśl. Mogę zrobić coś innego. Mogę…
Przerywam, opuszczając z powrotem głowę. Łapię powietrze, próbując spowolnić walące serce. Dlaczego tych czterech mężczyzn ma tak duszące, potężne aury? Powietrze w pokoju wydaje się zbyt rzadkie, by oddychać.
– Lyra – mówi Dante. Jego aksamitny głos przebija się przez moją narastającą panikę. – Poprosiliśmy, żebyś tu przyszła, by ci powiedzieć, że był to zdecydowanie jeden z najlepszych posiłków, jakie kiedykolwiek jedliśmy. Nigdy nie doświadczyłem czegoś podobnego. I to jeszcze w burgerze.
Zerkam w górę. Dante przypatruje mi się, a tym razem spojrzenie jego czarnych oczu kryje w sobie autentyczny podziw.
– Dziękuję, proszę pana – wyduszam z siebie. Moje policzki płoną jak ogień. Blada skóra mojej twarzy musi świecić na czerwono.
– Rzeczywiście, było pyszne – wtrąca Enzo, opierając łokcie o mahoniowy stół. Przechyla głowę, studiując mnie niczym element układanki. – Chciałbym zapytać... co robiłaś w naszym wieżowcu, skarbie?
Wspomnienie tego upokarzającego poranka powraca do mojego umysłu, przepychając się przez mój niepokój.
– Umm... poszłam na rozmowę o pracę do waszej firmy – wyjaśniam, ponownie krzyżując ramiona. – Staż przy projekcie. Ale ta fałszywa menedżerka od rekrutacji a'la lalka Malibu Barbie spojrzała na mnie tylko raz i stwierdziła, że nie jestem dość ładna ani wykwalifikowana na to stanowisko. Wyrzuciła moje CV do kosza. – Mierzę go wzrokiem. – I nie jestem pańskim skarbem.
Temperatura w pokoju spada o dziesięć stopni w ułamku sekundy.
Błysk czystego, morderczego gniewu przemyka przez twarze wszystkich czterech mężczyzn jednocześnie. Dłoń Dantego zaciska się w pięść. Zielone oczy Gideona zmieniają się w bryłki lodu. Postawa Ro sztywnieje. Szczęka Enzo tyka w powolnym, rytmicznym ruchu.
– Rozumiem – mówi Enzo, a jego głos spada do niskiego, niebezpiecznego rejestru. Patrzy na mnie niewidzącym wzrokiem, zatracony w jakiejś mrocznej myśli.
**Gideon**
Wpatruję się w dziewczynę stojącą przed nami. Ledwo potrafię przetworzyć fakt, że ona tu jest we własnej osobie. Enzo nie przesadzał. Zapiera dech w piersiach.
Jej policzki cherubina są oblane głębokim różem. Jej rysy są hipnotyzujące. Czysta, nieskażona niewinność promieniująca z jej drobnej ramy to dla mojego systemu jak narkotyk. Stoi w tym pokoju, odszczekując się czterem z najbardziej zabójczych mężczyzn w mieście, i nie ma absolutnie pojęcia, kim naprawdę jesteśmy. Nie ma pojęcia, do czego jesteśmy zdolni.
Jest tak nieśmiała, tak niewiarygodnie niewinna, a jednocześnie widzę jasną iskrę buntu płonącą w jej piwnozielonych oczach. Ten jej mały charakterek będzie wymagał złamania i ujarzmienia. Nie mamy nic przeciwko kobiecie z ogniem w żyłach; po prostu wymagamy całkowitej kontroli nad tymi płomieniami.
Jest idealna. Potrzeba, by ją złamać, jest obezwładniająca. Chcę ją zrujnować. Chcę zedrzeć z niej tę workowatą kucharską bluzę i wciskać kciuki głęboko w jej blade ciało, aż zostawię ciemne, permanentne ślady na całej jej skórze.
*Och, moja słodka Lyro. Jesteś teraz nasza.*
**Ro**
Boże, jest tak cholernie smakowita.
Wpatruję się w nią, a krew wybijania mi głośny rytm w błonach bębenkowych. Enzo miał rację. To ta jedyna. Ta jedyna.
Mój kutas napiera twardo na suwak moich spodni. Gruba, sztywna erekcja obciąga drogi materiał, domagając się uwolnienia. Ciśnienie między moimi nogami staje się coraz cięższe z każdym branym przez nią oddechem, z każdym uniesieniem i opadnięciem klatki piersiowej pod jej białym kitlem.
Chcę ją przyszpilić do ziemi. Chcę rozchylić jej nagie nogi i zlizać każdy najmniejszy centymetr tego miękkiego, perfekcyjnego ciała. Chcę zasmakować jej. Chcę wyciągnąć swój nóż myśliwski, przytrzymać ją i wyciąć wszystkie nasze cztery imiona prosto na jej gładkiej skórze barwy kości słoniowej. Niech wypłynie krew. Niech blizny się zagoją. Chcę ją naznaczyć tak głęboko, żeby żaden inny mężczyzna nie odważył się nawet na nią spojrzeć, a co dopiero spróbować ją zdobyć.
Przygryza swoją małą, różową wargę i moja samokontrola puszcza o kolejny ułamek milimetra. Mam ochotę samemu ugryźć te usta, aż spuchną i zaczną krwawić. Mam już obsesję na punkcie tego, jak łatwo karmazynowy rumieniec oblewa jej blade policzki. Jej głos uderza o moje uszy i ciągnie mnie na dno, wzywając moje najmroczniejsze instynkty jak syrena wciągająca statek na dno oceanu.
*Zamknę cię i zatrzymam na zawsze, mój mały kwiatuszku.*
**Lyra**
Cisza w pokoju ciągnie się stanowczo zbyt długo. Od ciężkich, drapieżnych spojrzeń czterech mężczyzn robi mi się gorąco.
– Cóż – odzywam się, zmuszając się do przyklejenia uprzejmego uśmiechu. – Jeszcze raz dziękuję za komplement odnośnie jedzenia. Cieszę się, że wam smakowało. Więc... robi się późno. Muszę już zbierać się do domu.
Robię krok do tyłu, w stronę drzwi.
– Tak, kochanie, masz rację. Pora wracać do domu – odpowiada gładko Dante. Nie rusza się z miejsca, by zejść mi z drogi. – Zabierz swój płaszcz, skarbie. Pojedziesz z Enzo i ze mną. Mamy mnóstwo rzeczy do omówienia.
Zastygam w miejscu. W moim mózgu następuje zwarcie. Po pierwsze, te nieustanne pieszczotliwe zwroty w końcu zepchną mnie na skraj wytrzymałości. Po drugie, co on przed chwilą powiedział?
– Słucham? – odszczekuję, całkowicie porzucając grzeczny ton. – Chyba nie nadążam.
Dante bierze powolny, rozgrzany oddech przez nos. Pokonuje dystans między nami jednym, długim krokiem. Wyciąga rękę i chwyta mnie za lewy łokieć. Jego uścisk nie jest bolesny, ale jest jak ze zrobiony z litego żelaza. Nie mogę się ruszyć.
– Idź po swój płaszcz – rozkazuje Dante, patrząc mi prosto w oczy. – Jesteś teraz nasza. Wracasz z nami dzisiaj do domu. Nie pracujesz tu więcej. Nigdy w życiu nie będziesz już musiała przepracować ani jednego dnia.
Wpatruję się w jego poważną, wyrzeźbioną twarz. Patrzę na Gideona, Ro i Enzo. Wszyscy odwzajemniają moje spojrzenie mrugającymi, śmiertelnie poważnymi wyrazami twarzy.
Cisza przeciąga się przez trzy długie sekundy.
A potem wybucham śmiechem.
Nie mogę się powstrzymać. Wzbiera w mojej piersi i wylatuje z ust. Głośny, szczery śmiech echem niesie się po prywatnej jadalni. Odrzucam głowę do tyłu, chichocząc niekontrolowanie. Kompletny absurd tej sytuacji jest po prostu przezabawny. Czterech typków w stylu mafijnych miliarderów żąda, bym pojechała z nimi do domu i została ich utrzymanką? To scena wyjęta prosto z podrzędnego filmu.
– Uff... – Wycieram łzę z kącika oka, próbując złapać oddech. – Naprawdę potrzebowałam tego śmiechu. Dziękuję panu. To był świetny żart. A teraz sobie pójdę.
Obracam ciało w kierunku drzwi, spodziewając się, że Dante opuści rękę.
Zamiast tego jego palce mocniej zaciskają się na moim łokciu, wbijając się w skórę.
– To nie jest żart, skarbie – mówi Dante. Jego głos opada do płaskiego, zabójczego monotonu.
Mój śmiech natychmiast zamiera w gardle. Ponownie spoglądam w jego oczy. Nie ma w nich krzty humoru. Jest tylko zimna, zaborcza pewność.
Panika rośnie w mojej klatce piersiowej.
– Owszem, jest – odpowiadam. Zapieram się nogami i gwałtownie cofam rękę, wyrywając się z jego uścisku. – Nie idę nigdzie z żadnym z was.
– Owszem, pójdziesz – grzmi mroczny, melodyjny głos.
Odwracam gwałtownie głowę. Gideon podnosi się ze stołu. Jego masywna sylwetka mierząca blisko metr dziewięćdziesiąt rzuca na mnie długi, przerażający cień, blokując światło żyrandola.
– Skarbie – odzywa się Enzo. Wstaje powoli, przechylając kryształową szklankę, by przełknąć ostatnią kroplę bursztynowego trunku. Odkłada szklankę na stół z głośnym *stuk*.
Enzo omija mahoniowy stół, krok po kroku zbliżając się do mnie z płynną gracją polującego kota. Jego twarz jest zarumieniona od alkoholu, a w piwnych oczach płonie mroczny, niebezpieczny ogień.
– Od chwili, gdy zobaczyłem cię w holu, wiedziałem, że jesteś wyjątkowa – mówi Enzo, a jego głos niesie ze sobą spokojny, ale nieustępliwy autorytet. – Jesteśmy właścicielami tej restauracji. Posiadamy większość budynków w tym mieście. Posiadamy większość ziemi na tej półkuli. A teraz, moja słodka, będziemy posiadać ciebie.
Robię kolejny krok w tył, a moje serce uderza w żebra jak ptak uwięziony w klatce.
– Zdecydowaliśmy, że uznajemy cię za naszą własność – kontynuuje Enzo, podchodząc bliżej, osaczając mnie między ich czwórką. – A my zawsze dostajemy to, czego chcemy. Jesteśmy niebezpiecznymi mężczyznami, *mi amore*. Rób, co ci każemy. A teraz... IDŹ. PO. SWÓJ. PŁASZCZ.
Na ostatnich słowach jego głos przechodzi w nagły, rozkazujący krzyk.
Strach i gniew ścierają się brutalnie w moich żyłach.
– Należę do samej siebie! – odkrzykuję, drżącym, ale głośnym głosem. – Nie jestem waszą własnością! I nigdy nie będę! Nie jestem jakąś tanią dziwką, którą możecie zaciągnąć do domu i przekazywać sobie po łóżkach na jedną noc. Zostawcie mnie w spokoju!
Obracam się na pięcie, maszerując prosto w kierunku ciężkich, dębowych drzwi.
– Wiecie co? UGRYŹCIE MNIE! – krzyczę przez ramię.
Zza moich pleców dobiega niski, wściekły pomruk jednego z mężczyzn, ale wcale mnie to nie obchodzi. Mam dość. Wychodzę z tego pokoju, pakuję swoje rzeczy z szafki i opuszczam tę restaurację na zawsze.
Wyciągam rękę. Moje palce ocierają się o zimny mosiądz klamki.
Zanim zdążę ją przekręcić, masywne, muskularne ramię ciasno owija się wokół mojej talii od tyłu.
Zostaję szarpnięta w tył z przerażającą prędkością. Moje plecy zderzają się płasko ze ścianą twardej, solidnej klatki piersiowej. Otwieram usta, by krzyczeć, rzucać się, walczyć.
Nagłe, ostre ukłucie wpija się w bok mojej szyi.
Wzdycham, moje dłonie wędrują do góry, by chwycić grube przedramię oplatające moją talię. Wola walki ulatuje z moich mięśni w ułamku sekundy. Natychmiast pokój przechyla się na bok. Ciężkie dębowe drzwi zamazują się przed moją twarzą. Chmary czarnych kropek gwałtownie tańczą w moim polu widzenia.
Moje kolana uginają się. Cała siła wypływa z moich kości jak woda. Opadam bezwładnie ku podłodze, ale potężne ramię przytrzymuje mnie w górze, dociskając moje słabe ciało ciasno do jego sylwetki.
Gorący oddech muska moje ucho.
– Zrobimy znacznie więcej niż tylko cię ugryziemy, kochanie – szepcze mroczny głos.
Miękkie, ciepłe usta składają delikatny pocałunek na mojej skroni. Narkotyk dociera do mózgu, wyrywając mi świadomość, i pochłania mnie całkowita ciemność.
















