Derrick chwycił się za kark, nalewając kolejną filiżankę kawy i spoglądając na resztki jego i Sandry wcześniejszego śniadania. W kuchni, która nigdy nie gościła innej kobiety. Z pewnością nie na śniadaniu po wspólnej nocy.
Podobało mu się jej piętno w jego domu i w jego przestrzeni. Podobało mu się wspomnienie jej wchodzącej do jego kuchni w jego koszuli i te zaspane, piękne oczy.
Nie chciał pozwolić jej odejść. Nie po tym, jak w końcu wykonał ruch, by uczynić ją swoją. Ale to była słuszna decyzja.
Musiałeś pozwolić jej odejść, by zobaczyć, czy do ciebie wróci.
Pokręcił głową nad absurdem swoich myśli. To nie było w jego stylu wygłaszać ckliwe psychologiczne bzdury i nie był jednym z tych, którzy oddają się filozoficznemu pieprzeniu typu „jeśli kogoś kochasz, uwolnij go”.
Był raczej osobą typu „jeśli kogoś kochasz, to nigdy nie pozwól mu odejść”. A jednak jej nie zatrzymał. Odwiózł ją do domu i bardzo uprzejmie poinformował, że wkrótce się zobaczą. A potem ją pocałował. Nie tak, jak chciał. Wyglądała zbyt krucho, zbyt blisko rozsypania się w szwach, więc był to pocałunek pocieszenia i zapewnienia. Nie pocałunek mężczyzny trawionego namiętnością do kobiety, którą trzymał.
Podniósł wzrok, gdy zadzwoniła jego komórka, i przypomniał sobie, że ma dziś ważną rozmowę. Zaklął, bo jego umysł nie był skupiony na interesach. Wprowadzanie nowego partnera, choć konieczne, nie było idealne w tym momencie. Chciał powoli wdrożyć w to Sandrę, a potem wszystko się zmieniło. Czy to postawi barierę między nimi w czasie, gdy w końcu zaczęła postrzegać go jako kogoś więcej niż przyjaciela?
Odebrał telefon i wszedł do swojego biura, szybko przestawiając umysł na zadanie przed nim. Musiał wyrzucić Sandrę z myśli, przynajmniej dopóki nie załatwi tej konkretnej sprawy. A potem? Zamierzał przypuścić zmasowany atak. Tęsknił za Clementem, ale jego najlepszy przyjaciel odszedł. Jego wspólnik odszedł. Czas zacząć myśleć o własnym interesie, zamiast spychać go na dalszy plan, jak robił to przez ostatnie sześć lat.
On i Clement założyli odnoszącą sukcesy firmę konsultingową. Korporacje wzywały ich, gdy potrzebowały lub chciały zredukować zatrudnienie i ciąć koszty. Większość ich kontraktów pochodziła od licznych firm naftowych w rejonie Houston, ale wykonywali też prace konsultingowe dla innych dużych korporacji, a nawet kilku mniejszych.
Naturalna smykałka Clementa do ludzi i analityczny umysł Derricka stanowiły bardzo udane połączenie. Obaj pracowali w tandemie: Clement na pierwszej linii, podejmując potencjalnych klientów kolacjami i drinkami, Derrick na zapleczu, wykonując analizy, sporządzając propozycje, które Clement później prezentował.
Tyle że teraz Derrick był zmuszony być zarówno pierwszą linią, jak i zapleczem. Wprowadzając Jamesa Browna, Derrick skutecznie przejąłby obowiązki Clementa i wysunął siebie na pierwszy plan, podczas gdy James zająłby się szczegółami zakulisowymi.
– Derrick Chase – powiedział, wchodząc w obręb swojego domowego biura.
Zamknął za sobą drzwi, a potem podszedł do biurka, by otworzyć laptopa, gdy James się przywitał.
– Cieszę się, że zadzwoniłeś – powiedział Derrick. – Mamy wiele do omówienia. Czy miałeś czas przejrzeć dokumenty, które wysłałem kurierem?
James Brown był kimś, kogo Derrick poznał przez interesy kilka lat wcześniej. On i Clement mieli z nim do czynienia i Derrick szanował tego człowieka. Uważał, że byłby idealnym partnerem, gdy on i Clement szukali możliwości ekspansji. To wszystko było przed śmiercią Clementa.
Derrick odłożył ich plany na bok i skupił się na utrzymaniu firmy na powierzchni, ponieważ chciał mieć cholerną pewność, że Sandra i Sophia są zabezpieczone. Sophia była cholernie dobrą kierowniczką biura, ale utrata Clementa odcisnęła na niej piętno. Derrick chciał, żeby zrobiła sobie przerwę od pracy. Wzięła kilka tygodni wolnego, by poradzić sobie z żałobą i szokiem po śmierci brata, ale nalegała na przychodzenie do pracy. Potrzebowała tego ujścia, czegoś, co zajęłoby jej czas, ale Derrick wiedział, że to tymczasowy plaster. Nie był pewien, czy kiedykolwiek naprawdę przepracowała ten żal lub zaakceptowała śmierć Clementa.
Ani Sandra, ani Sophia prawdopodobnie nie przyjmą dobrze zastąpienia Clementa przez Derricka, ale być może Sandra będzie bardziej akceptująca niż Sophia, skoro to Sophia będzie musiała pracować z kimś innym niż Derrick i jej brat.
Dwaj mężczyźni rozmawiali o swoich pomysłach, James dodał kilka własnych, które Derrick uznał za atrakcyjne. Spotkali się już kilka razy, ale pozostało tylko, by James formalnie zaakceptował propozycję i by dwie firmy się połączyły.
To, co kiedyś było Barkley i Chase, miało teraz stać się Chase i Wspólnicy. Pozostawiając miejsce na dalszą ekspansję w przyszłości, jeśli on i James obiorą taką drogę.
James nie był aroganckim człowiekiem, który nalegał, by jego nazwisko było wywieszone lub by otrzymywał honory. Derrick nie miałby nic przeciwko oddaniu temu człowiekowi, co mu należne, ale on był zadowolony z pozostawienia nazwiska Derricka na czele i pracy bardziej za kulisami.
Tam, gdzie wcześniej Clement był twarzą firmy, a Derrick dopracowywał szczegóły, rozwiązywał problemy i pracował na zapleczu, teraz Derrick zajmie jego miejsce, pozostawiając Jamesowi więcej czarnej roboty.
Nie planował tego jako sposobu na poświęcenie Sandrze więcej czasu i nie bycie tak pochłoniętym pracą. W końcu nie miał pojęcia, że wykona ruch tak szybko. Ale timing był idealny, ponieważ jeśli wszystko pójdzie po jego myśli, praca zejdzie na dalszy plan na rzecz jego relacji z Sandrą, teraz gdy w końcu miał ją dokładnie tam, gdzie chciał.
Mężczyźni rozmawiali jeszcze przez kilka minut, potwierdzając to, co Derrick już wiedział. Że James do niego dołączy. Pozostało tylko, by wszedł na pokład i by Derrick to ogłosił.
– Jeszcze jedna rzecz, James – powiedział Derrick pod koniec ich rozmowy.
– Słucham.
– Potrzebuję czasu – kilku dni – zanim podamy to do wiadomości publicznej. Chcę powiedzieć Sandrze i Sophii osobiście.
Zapadła cisza. – Czy są niechętne mojej obecności?
Derrick słyszał ostrożność w głosie drugiego mężczyzny. Nutę irytacji, że Derrick podchodzi do decyzji biznesowej, pozwalając rządzić emocjom. Ale Derrick nie był bez serca.
– Nie wiedzą o twojej obecności – powiedział Derrick. – I chcę, żeby to wyszło ode mnie. Od nikogo innego.
– A czy będą sprawiać kłopoty?
– Nie – odparł krótko Derrick.
– Mogę dać ci kilka dni. Nic więcej.
– To wszystko, czego potrzebuję. Spotkamy się w poniedziałek. W moim biurze.
James zgodził się, a potem rozłączył, zostawiając Derricka siedzącego przy biurku w posępnym milczeniu.
Powiedział Jamesowi, że kobiety nie będą sprawiać kłopotów. I nie będą, po prostu dlatego, że nie miały wyboru w tej sprawie. Clement zostawił Sandrze dość, by zabezpieczyć ją finansowo na całe życie, ale firma została pozostawiona w rękach Derricka. Sandra nie miała władzy, nie miała decyzyjności. Musiałaby zaakceptować cokolwiek, co postanowi Derrick. Tak jak Sophia. Ale żadna z nich nie musiała tego lubić, a Derrick nie chciał, żeby to wbiło klin między nich. Między któregokolwiek z nich.
Kiedy w końcu ruszył ze swojego biura z powrotem w stronę kuchni, usłyszał dźwięk pojazdu na zewnątrz domu. Marszcząc brwi, bo nie spodziewał się gości, podszedł do okna wychodzącego na podjazd.
Ku swojemu zaskoczeniu zobaczył zaparkowany tam samochód Sandry. Ale nie wysiadła. Wciąż siedziała na miejscu kierowcy, jej dłonie zaciśnięte mocno na kierownicy.
Skurcz niepokoju prześlizgnął się wzdłuż jego kręgosłupa, gdy wychodził przez frontowe drzwi. Kiedy go zobaczyła, drzwi samochodu otworzyły się i wysiadła.
Nawet z daleka było oczywiste, że jest zdenerwowana. Była blada, jej oczy wielkie i zranione. A kiedy podniosła wzrok, by spotkać jego spojrzenie, chwycił go strach.
Był skończonym głupcem, naciskając na nią tak mocno, tak szybko. To było to. Była tu, by powiedzieć mu... nie. I tym razem ucieknie i będzie uciekać dalej. Może nigdy więcej jej nie zobaczyć, a to po prostu nie wchodziło w grę.
Stracił ją, zanim w ogóle miał szansę ją zdobyć.
Wyglądała na rozpaczliwie nieszczęśliwą. Smutek kładł się cieniem na jej oczach i to była absolutnie ostatnia rzecz, jakiej dla niej chciał. Bolało go widzieć ją w takim stanie. Bolało go wiedzieć, że to on był powodem jej smutku.
– Sandro – zaczął.
Ku jego zaskoczeniu, w chwili gdy wypowiedział jej imię, pospieszyła w jego stronę i rzuciła mu się w ramiona. Złapał ją przy sobie, trzymając, żeby nie upadła. Żeby oboje nie upadli. I napawał się ciepłem jej ciała, jej miękkością wtuloną tak słodko w niego.
Przez chwilę zamknął oczy i wciągnął zapach jej włosów, zastanawiając się, czy to pożegnanie.
– Och, Derrick – powiedziała, a jego imię uwięzło w szlochu.
– Co się stało, kochanie? Dlaczego jesteś taka nieszczęśliwa?
Przesunął dłonią po jej włosach, zakładając je za ucho, gdy delikatnie ją odsunął, by móc spojrzeć jej w oczy.
– Byłam w drodze na cmentarz – wypaliła. – Zamierzałam wyjaśnić to Clementowi. Poprosić o jego błogosławieństwo albo może sprawić, by zrozumiał. Wiem, to brzmi tak głupio.
Derrick powoli potrząsnął głową. – To nie jest głupie, kochanie. Był twoim mężem. Kochałaś go bardzo mocno. To tylko naturalne, że chciałabyś podzielić się z nim taką rzeczą.
Zamknęła oczy, gdy łza spłynęła po jednym z policzków. Ta pojedyncza łza niemal rozerwała go na dwoje. Nie chciał, żeby była dłużej smutna. Chciał jej szczęścia. Nawet jeśli miałoby być bez niego.
– Nie poszłam – powiedziała. – Nie mogłam. Obiecałam jemu – sobie – że nie będę tam więcej chodzić. Nie w ten sposób chcę go pamiętać. Nie mogę tam więcej chodzić. To zbyt bardzo boli.
– Przyjechałaś tutaj zamiast tego. Dlaczego? – zapytał, obawiając się jej odpowiedzi.
Podniosła wzrok z powrotem na niego, emocje tliły się w tych pięknych oczach. Oczach, które były przesiąknięte wilgocią. Nieszczęście mąciło ich głębię i zaklął wściekle w duchu, bo wcale tego nie chciał.
– Ponieważ muszę spróbować – szepnęła. – Nie dowiem się, dopóki ja – dopóki my – nie spróbujemy.
Jego wnętrzności zapadły się, ulga go obezwładniła. Kolana się pod nim ugięły i musiał złapać równowagę, by oboje nie wylądowali na ziemi.
















