Derrick westchnął ponownie i wysiadł, idąc do wejścia The House. Nie był nawet zainteresowany żadną akcją dzisiejszego wieczoru, ale był niespokojny i poddenerwowany. Sandra zajmowała jego myśli przez cały dzień. Odkąd zabrał ją na cmentarz i zobaczył w niej zmianę.
Nie wiedział, co myśleć o tej nagłej zmianie. Wyszła z domu w dżinsach i T-shircie, wyglądając tak młodo i pięknie, że wciąż bolało go w klatce piersiowej na wspomnienie jej widoku.
A potem poprosiła, by zostawić ją samą przy grobie i została tam, poruszając ustami, gdy rozmawiała z Clementem przez długi czas. Kiedy wróciła, w jej zachowaniu zaszła wyraźna różnica. A potem ta gadka o tym, że go nie potrzebuje. Przepraszanie go, na litość boską. Przepraszanie za bycie cholernym ciężarem. Za zajmowanie zbyt wiele jego życia i czasu. Do diabła, nawet nie zdawała sobie sprawy, że ona jest jego życiem. Albo przynajmniej miał nadzieję, że będzie.
Zeldował się u człowieka pracującego przy drzwiach i przeszedł przez dolne poziomy. Pokoje towarzyskie. Miejsca, gdzie ludzie się spotykali, pili dobre wino, integrowali przed przejściem na górę do sali wspólnej lub jednego z prywatnych apartamentów.
Było mnóstwo pięknych kobiet i nie brakowało zainteresowanych spojrzeń rzucanych w jego stronę. Minęło trochę czasu, odkąd przyszedł tu, by spuścić trochę pary. Zazwyczaj po tym, jak spędził czas z Sandrą, udając, że kobieta, z którą był, to ona. Robiło to z niego drania, ale upewniał się, że kobieta, z którą był, była zadbana. Nie miała możliwości dowiedzieć się, że była marnym substytutem tej jedynej, której nie mógł mieć.
Czy ona w końcu ruszyła z miejsca? Mówiła o tym podczas jazdy do domu. Była bezpośrednia, boleśnie wręcz, i kosztowało ją to sporo. Widział oczywiste emocje w jej oczach, kiedy powiedziała, że Clement odszedł i nie wróci, a ona musi ruszyć dalej i to zaakceptować. Ale czy mówiła to szczerze?
Bał się mieć nadzieję. I bał się wykonania fałszywego ruchu. Nie mógł sobie pozwolić na zepsucie wszystkiego przez zbyt wczesne naciskanie. Postrzegała go jako przyjaciela. Postrzegała siebie jako ciężar dla niego. Kogoś, kogo niańczył w jej żałobie. Nigdy nawet nie zdając sobie sprawy, że żył dla chwil, kiedy był z nią.
Clement wiedział, że jego najlepszy przyjaciel kocha jego żonę. Wiedział i akceptował to. Derrick bał się, że to zrujnuje nie tylko ich przyjaźń, ale także partnerstwo biznesowe. Ale Clement zrozumiał. Ufał Derrickowi, że nigdy nie podejmie działań w oparciu o to przyciąganie. I wymógł też na nim obietnicę, że gdyby cokolwiek kiedykolwiek stało się Clementowi, Derrick będzie przy jego żonie.
Cholerna sytuacja, gdy najlepszy przyjaciel powierza swoją żonę twojej opiece, jeśli coś mu się stanie.
Gorszy był fakt, że Clement wymógł tę obietnicę zaledwie kilka tygodni przed tym, jak zginął w wypadku. Prawie jakby wiedział. Czy przeczuwał, że coś się stanie i że jego żona zostanie młodą wdową?
W tamtym czasie Derrick zlekceważył bardzo poważną przysięgę, z którą skonfrontował go Clement.
Jeśli cokolwiek mi się stanie, stary, chcę, żebyś mi obiecał. Obiecaj mi, że będziesz przy Sandrze. Wiem, że ją kochasz. Jeśli kiedykolwiek nadejdzie dzień, że nie będę mógł przy niej być, chcę, żebyś obiecał, że zaopiekujesz się nią i będziesz ją kochał tak jak ja.
Słowa odbijały się echem w jego umyśle. Prorocze? Czy po prostu zbieg okoliczności?
W tamtym czasie obietnica była tylko bolesnym przypomnieniem wszystkiego, co miał Clement, i wszystkiego, czego nie miał Derrick. Sandra była... Była piękna. Nie tylko fizycznie. Potrafiła rozświetlić pokój, po prostu do niego wchodząc. Miała delikatny uśmiech, który mógł oczarować nawet najtwardsze serce. I nigdy nawet nie spojrzała w stronę innego mężczyzny po tym, jak poznała Clementa. Bóg wie, że nie brakowało mężczyzn aż nazbyt chętnych, by uwieść żonę innego. Ale Sandra zachowywała się, jakby nie miała pojęcia o swoim wpływie na mężczyzn. A to czyniło ją jeszcze bardziej pożądaną dla Derricka.
Po zrobieniu szybkiego obchodu pokoi towarzyskich, wziął kieliszek wina – Damon Roche serwował tylko najlepsze – i skierował się po schodach do sali wspólnej.
W dużym, otwartym pomieszczeniu odbywała się typowa eklektyczna mieszanka seksualnych eskapad. Chociaż nie było tam faktycznych ścianek działowych, pokój był podzielony po prostu przez uczestników zajmujących własne przestrzenie dla swoich aktywności.
Mieszanina dźwięków i zapachów powitała go, gdy wszedł głębiej do sali. Klaps ciała o ciało. Trzask bata lub dyscypliny. Westchnienia, jęki i krzyki ekstazy. Niektóre z bólu. Niektóre z przyjemności. Powietrze było gęste od zapachu intymności.
Przeszedł przez pokój, taksując obecnych, chcąc upewnić się, że Kena i Karli nie ma tu dzisiaj. Nie żeby był świętoszkiem w jakimkolwiek stopniu, ale oglądanie swoich innych najlepszych przyjaciół w intymnych sytuacjach nie było wysoko na jego liście priorytetów. Chociaż nie powinien się martwić, bo nie widział ich w The House od miesięcy. Te kilka razy w przeszłości, gdy ich widział, skracał swoją wizytę, ponieważ nigdy nie zrobiłby niczego, co sprawiłoby, że Karla poczułaby się niekomfortowo.
Była bardzo wyjątkową kobietą, a Ken miał szczęście, mając taką doskonałość. Uległą. Piękną. Obdarzającą go swoim absolutnym zaufaniem. Nie było cenniejszego daru niż kobieta, która oddawała swoją uległość mężczyźnie.
To było to, czego pragnął dla siebie, czego zawsze szukał w każdym związku, który tworzył. Ale dla Sandry wyparłby się tej części siebie, gdyby to był jedyny sposób, by mieć u niej szansę. Znając przeszłość Clementa, Derrick wiedział z całą pewnością, że Clement i Sandra nigdy nie zagłębiali się w ten styl życia.
Ale on nigdy nie wyszedł poza niezobowiązującą intymność po Sandrze. Odkąd wkroczyła w życie Clementa jak wicher, dla Derricka nie było innej kobiety. Zaspokajał swoje potrzeby, upewniał się, że potrzeby jego partnerki również są zaspokojone, a potem odchodził, nigdy nie chcąc się angażować, mimo że wiedział, iż Sandra jest nieosiągalna. Tyle że teraz to nie była prawda. Była wolna. Ale czy kiedykolwiek mogłaby pokochać innego mężczyznę tak, jak kochała Clementa?
To było pytanie dnia. I czy Derrick mógłby zadowolić się tylko częścią jej serca?
Skinął głową, zanim zdążył się powstrzymać. Tak, wziąłby każdą część niej, jaką mógłby dostać. Pytanie brzmiało: kiedy wykonać ruch?
Dzisiejszy dzień dał mu pierwszy promyk nadziei od trzech lat, że Sandra jest gotowa wyjść poza swoją żałobę i znów żyć. Był cierpliwy. Był wszystkim, czym potrzebowała, żeby był. Ale chciał być kimś o wiele więcej.
Wycofał się do rogu pokoju, uprzejmie odmawiając delikatnym uśmiechem kobiecie, która zaoferowała mu swoje usługi. Innej nocy może by jej pozwolił, zamknął oczy i wyobraził sobie Sandrę pod swoim stanowczym, ale czułym uściskiem. Ale dziś jego myśli pochłaniała Sandra i nie mógł wykrzesać z siebie serca, by udawać, jak robił to tyle razy wcześniej.
Jego rodzina uważała go za głupca, że dawno temu nie porzucił uczuć do Sandry. Patrzyli na niego ze współczuciem przez ostatnie trzy lata. Jego bracia pytali go nawet, kiedy zamierza działać. Ale wiedział, że to nie był czas. Nie wtedy. Ale teraz?
Nie mógł nic poradzić na płatek nadziei, który rozwinął się, gdy był z Sandrą wcześniej tego dnia. Widział różnicę w jej oczach i w jej zachowaniu. Ale potem te niepotrzebne przeprosiny za bycie ciężarem, i zachowywała się tak, jakby skończyła z byciem tym ciężarem dla niego.
Do diabła z tym. Jeśli myślała, że po prostu usunie się w cień, bardzo się myliła.
Stał, obserwując z słabnącym entuzjazmem, nie będąc nawet pewnym, co go tu przygnało dzisiejszego wieczoru. To, czego chciał, to być z Sandrą. Oglądać film i próbować oderwać jej myśli od smutku, co robił przez ostatnie dwie rocznice – i mnóstwo razy pomiędzy. Dzień nie potoczył się wcale tak, jak oczekiwał. Wyczyścił kalendarz, upewnił się, że jego klienci są obsłużeni, aby mógł spędzić dzień z nią.
Nie spodziewał się, że po wizycie na cmentarzu niemal go odprawi.
Jego wzrok przyciągnęło wejście, gdzie weszła para, i natychmiast spojrzał drugi raz.
Co?
Patrzył, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Sandra właśnie przeszła przez drzwi, a mężczyzna, którego znał z The House, szedł u jej boku, z ramieniem owiniętym intymnie wokół jej talii, dłonią rozpostartą bardzo zaborczo na jej biodrze, nie pozostawiając wątpliwości co do jego... własności. Albo nadchodzącej własności?
Ubrana była w zabójczą czarną sukienkę, która opinała i podkreślała każdą z jej idealnych krzywizn. I miała na sobie parę kuszących butów, które aż prosiły się, by mężczyzna stał się z nią intymny. Brał ją w tych szpilkach, dopóki nie krzyczałaby jego imienia w kółko.
Jej włosy były upięte, kilka kosmyków spływało leniwie po jej smukłej szyi, przyciągając uwagę do delikatności jej rysów.
I wyglądała na śmiertelnie przerażoną.
Derrick szedł przez pokój, zanim w ogóle zorientował się, co robi. A skoro o tym mowa, co ona tu robiła? Tutaj! W cholernym przybytku poświęconym wszelkiego rodzaju niemoralności.
A mężczyzna, z którym była, był stałym bywalcem The House. Miał sznur uległych i rzadko bywał z tą samą kobietą dwa razy z rzędu. A jednak tutaj był, z ramieniem owiniętym bardzo zaborczo wokół Sandry, z pożądaniem widocznym w oczach.
Co ona, u licha, myślała, że robi?
Był zaledwie kilka stóp dalej, gdy Sandra podniosła na niego zszokowane spojrzenie, jej usta otworzyły się ze zdziwienia, a na twarzy odmalowało się upokorzenie. Panika mignęła w jej oczach i zrobiła krok od mężczyzny u swego boku.
Mężczyzna, Craig, szybko ją przyciągnął, co rozwścieczyło Derricka jeszcze bardziej. Sięgnął po ramię Sandry, szybko przyciągając ją w bezpieczne miejsce u swego boku.
– Co? – zażądał wyjaśnień Craig, sięgając po drugą rękę Sandry.
Derrick natychmiast wstawił się między Sandrę a Craiga, osłaniając ją swoim ciałem.
– Odejdź od niej – warknął Derrick. – Już.
Brwi Craiga powędrowały w górę i gapił się przez chwilę, zanim w końcu podniósł ręce w geście poddania. Nietypowe dla człowieka takiego jak Craig. Dominującego, który nikomu nie ustępował. Ale Derrick był przekonany, że prawdopodobnie wyglądał jak szaleniec, który zaraz wybuchnie, sądząc po ostrożności w spojrzeniu Craiga. I Craig nie myliłby się co do tego przypuszczenia. Derrick był niebezpiecznie blisko utraty swojej wątłej kontroli.
– Po prostu znajdę sobie inne towarzystwo na wieczór – mruknął Craig.
– Zrób to – powiedział Derrick przez zaciśnięte zęby. – I nie popełnij błędu zbliżania się do niej kiedykolwiek, bo cię zniszczę. Zrozumiano?
– Tak, stary, łapię.
Craig ominął Derricka – i Sandrę – szerokim łukiem, zanim ruszył dalej w głąb sali.
Derrick odwróciła się, by zobaczyć bladą, zszokowaną twarz Sandry, i przeklął pod nosem. Chwycił ją za rękę i pociągnął na korytarz. Wciąż nie wypowiedziała ani słowa. Jej twarz była porażona i wyglądała na tak upokorzoną, że Derrick chciał przebić pięścią ścianę. Ostatnią rzeczą, jakiej chciał, było zawstydzenie jej, ale na miłość boską. Co miał zrobić, kiedy pojawiła się, wyglądając jak kobieta, którą mężczyzna pragnąłby posiąść za wszelką cenę? Kobieta, którą on pragnął posiąść.
Poprowadził ją po schodach i korytarzem do wyjścia tak szybko, jak mógł, nie sprawiając, by potknęła się w tych szpilach udających buty. Kusiło go, by przerzucić ją przez ramię i wypaść stamtąd jak jaskiniowiec. Udało mu się stłumić tę konkretną potrzebę. Ledwo.
Jak tylko wyprowadził ją na zewnątrz, odwrócił się do niej, próbując opanować gniew, który wił się w jego żyłach.
– Gdzie twój samochód? – rzucił krótko.
– N-nie prowadziłam – wydukała. – Wzięłam taksówkę.
Jezu. To było gorsze. Czy nie spodziewała się wrócić dziś do domu sama? Czy planowała zostać na noc z jakimkolwiek facetem, którego by tu złapała? Ale skąd miał wiedzieć, czy to w ogóle był jej pierwszy raz? Z tego co wiedział, mogła być stałą bywalczynią i może ona i Craig spiknęli się wcześniej. Derrick z pewnością nie bywał tu ostatnio wystarczająco często, by być na bieżąco z wydarzeniami w klubie.
Zaprowadził ją do swojego samochodu i otworzył drzwi pasażera, wprowadzając ją do środka.
– Derrick?
To jedno słowo, przesycone strachem i niepewnością, cięło go do żywego. Cholera, ostatnią rzeczą, jakiej chciał, było to, by się go bała. Musiał się uspokoić, zanim postrada zmysły. I zniszczy jakąkolwiek szansę, jaką u niej miał.
– Odwiozę cię do domu – powiedział łagodniejszym tonem.
Obszedł samochód do drzwi kierowcy i wślizgnął się do środka, uruchamiając silnik i cofając prawie zanim zamknął drzwi. Pomknął w dół krętego podjazdu prowadzącego do budynku i czekał niecierpliwie, aż brama się otworzy, by pozwolić mu wyjechać.
Gdy przyspieszył na autostradzie, poczuł nerwowe spojrzenie Sandry w swoim kierunku. Widział, jak gryzie dolną wargę, wyraźnie walcząc z tym, co chciała powiedzieć.
Sięgnął po jej dłoń, ściskając ją w uspokajający sposób.
– Porozmawiamy, jak dotrzemy do domu – powiedział, a jego głos był rozkazem, którego wcześniej wobec niej nie używał.
Ale zadziałało. Natychmiast zamknęła usta, chociaż dolna warga wciąż była między jej zębami, gdy przygryzała ją nerwowo. Upokorzenie wciąż malowało się na jej twarzy i bolało go to, że cierpiała. Zawstydzona. Prawdopodobnie myśląc, że zedrze z niej pasy. I może tak będzie. Nie był jeszcze wcale pewien, co jej powie.
Jechali resztę drogi w napiętej ciszy, jej dłoń mocno uwięziona w jego. Czuł, jak drży, i dobijało go, że się go bała. Zdusi to w zarodku, jak tylko dojdzie do sedna sprawy.
Wyglądała na zaskoczoną, gdy wjechał na swoje osiedle, które było zaledwie kilka mil od jej własnego. Odwróciła się, by na niego spojrzeć, z wyraźnym pytaniem w oczach.
– Porozmawiamy tutaj – powiedział krótko, wjeżdżając na swój podjazd.
Znowu zamilkła, z pochyloną głową, wpatrując się w swoje kolana. Rozbity jej pokonaną postawą, sięgnął i delikatnie ujął jej podbródek, unosząc go, aż została zmuszona spojrzeć na niego.
– Będzie dobrze, kochanie. A teraz chodź do środka, żebyśmy mogli porozmawiać.
Skinęła głową, a on wysiadł szybko, obchodząc auto, by ją odebrać. Zaprowadził ją do swojego domu, a satysfakcja ogarnęła go na myśl, że jest w jego przestrzeni. Wreszcie.
















