Punkt widzenia Avery
Kilka dni później stałam przed lustrem. Odciągnęłam koszulę nocną w miejscu, gdzie ramię łączyło się z szyją.
Ślad po ugryzieniu był już zagojony.
To było niewiarygodnie szybkie.
Z niedowierzaniem dotknęłam gładkiej skóry.
Nie było już żadnych widocznych śladów po tym, co zaszło w blasku Księżyca Łączenia. Wiedziałam, że znak wciąż tam jest, ale został zapieczętowany wewnątrz i pozostawał niewidoczny dla innych.
Gdybym tylko mogła wyciągnąć dłoń i odnaleźć mężczyznę, który się ze mną połączył! Niestety, ponieważ mój wilk był uśpiony, ja również nie mogłam wyczuć mojego partnera poprzez więź.
Nie miałam sposobu, by go znaleźć ani w żaden sposób się z nim skontaktować. Nie wiedziałam nawet, jak wyglądał!
Dziś odbywał się Bal Łączenia, na którym Alfa Nocnego Wilka miał wybrać swoją partnerkę.
Musiałam znaleźć kogoś, kto zaakceptuje mnie do końca dzisiejszego dnia, w przeciwnym razie mój ojciec zabije mnie, żeby ocalić twarz.
Wydawało się to zadaniem niewykonalnym.
Z dołu dobiegło zamieszanie, a ja uniosłam głowę znad kolan, nasłuchując.
– Alfa Gideon za chwilę tu będzie! – usłyszałam ostrą reprymendę mojej macochy.
– Kończcie przygotowania. – Ton Zary był napięty i pełen strachu.
Alfa Gideon nie był kimś, z kim ktokolwiek chciałby zadzierać.
Przycisnęłam dłoń do serca, czując, jak wali o moją rękę. Słyszałam je wyraźnie w ciszy mojej zakurzonej, nieruchomej sypialni.
Nadszedł czas, bym stąd wyszła, ale kiedy wstałam i spróbowałam wyjść z pokoju, zamek w drzwiach głośno kliknął.
Z drugiej strony usłyszałam śmiech Zary.
– I tak nikt cię nie zechce. Równie dobrze możesz po prostu poczekać na śmierć, droga siostrzyczko!
Punkt widzenia Gideona
Bycie Alfą stada Nocnego Wilka oznaczało konieczność użerania się ze sporą dawką biurokratycznych bzdur.
Tradycja była czcigodnym słowem, które czasami przypominało raczej jadowitą klątwę. Dawno temu nauczyłem się stawiać czoła niewygodnym obowiązkom.
Mimo to, było niewiele zobowiązań, którymi gardziłbym bardziej niż to, na które właśnie się udawałem.
To był dzień wyboru partnerki.
Robiłem, co w mojej mocy, by odciągnąć swoje myśli od tego niesmacznego zadania. Rozłożone na skórzanym siedzeniu obok mnie leżały grube teczki zawierające najbardziej aktualne raporty dotyczące ataków na moim terytorium. Dziennik w moich dłoniach zawierał szczegółowe rozkazy dotyczące ruchów oddziałów oraz miejsc, w których mieliśmy rozmieścić naszych zwiadowców w miarę zbliżania się niebezpiecznego czasu nowiu księżyca.
Papierkowa robota niestety nie wystarczała, by w tych dniach zająć mój umysł.
Gdy mój kierowca prowadził smukłego sedana przez gęste lasy, obserwował, jak ponad drzewami unoszą się kłęby mgły. Grube pasma oparów wyginały się łukiem w stronę odległego słońca i rozpadały się na mniejsze obłoczki, opadając powoli w dół doliny, do której właśnie zjeżdżaliśmy.
Ten ruch przypominał mi kobietę wyginającą plecy z rozkoszy na dnie lasu tuż pode mną. Ona również rozpadła się na kawałki i zniknęła.
– Wciąż żadnych śladów tej dziewczyny z tamtej nocy? – warknąłem. Zabrzmiało to o wiele ostrzej, niż zamierzałem, a siedzący naprzeciwko mnie Beta szeroko otworzył oczy ze zdumienia.
– Wybacz, Alfo – odpowiedział ostrożnie Tegan. – Nie zgłoszono żadnych nowo naznaczonych kobiet w żadnym ze stad, które sprawdziłem.
Zabębniłem palcami o siedzenie i zmarszczyłem brwi. Wewnątrz mnie mój wilk krążył w gniewie.
– Szukaj jej dalej. Za wszelką cenę.
Tegan wzdrygnął się na moją odpowiedź, ale nic nie powiedział, gdy samochód zatrzymał się przed salą ceremonialną Srebrnego Księżyca. Z tyłu na podjeździe parkowały kolejne pojazdy członków mojej watahy.
Wysiadłem z samochodu i poprawiłem marynarkę. W pobliżu drzwi stała grupa kobiet, obrzucając mnie z uznaniem spojrzeniami.
Ich zapachy wręcz krzyczały mieszanką ciekawości i strachu. Zobaczyłem, jak kilka z nich dosłownie rzuca się poza linię mojego wzroku, byle tylko nie przyciągnąć mojej uwagi. Czy nie wiedziały, że to właśnie nagły ruch najbardziej zwraca uwagę drapieżników?
Głupie.
Wiedziałem jednak, dlaczego uciekają. Słyszałem, co inne stada o mnie mówiły, a także o rzeczach, których się dopuściłem.
Guzik mnie to obchodziło.
Jednak przy mojej przerażającej reputacji tym trudniej było uwierzyć, że niektóre z nich już miały wypieki na twarzach. Domyślam się, że zawsze znajdą się jacyś szaleńcy, którzy podejmą każde ryzyko, jeśli tylko będzie ono oznaczało szansę na władzę i status.
Nie poświęciłem im więcej ani krzty uwagi, maszerując pewnie w kierunku miejsca, gdzie czekał stary Alfa Srebrnego Księżyca.
– Alfo Gideonie. – Stary Alfa skinął głową na powitanie nad naszymi splecionymi przedramionami. – Jestem zaszczycony, mogąc gościć cię w tej sali.
– Alfo Leonie. – Odpowiedziałem szorstkim skinieniem, nagle znużony tymi formalnościami. – Rozumiem, że kilka nocy temu miało tu miejsce wtargnięcie samotników. Sam również na nich natrafiłem. Czy zdołaliście już jakoś ich zlokalizować? Wygląda na to, że przybywają skądś blisko waszych granic.
Twarz starego mężczyzny przybrała nieobecny, ostrożny wyraz.
– Och, no cóż, zobaczmy. – Alfa Leon rzucił mętne spojrzenie dookoła pokoju, zupełnie jakby odpowiedzi były wypisane na najdalszej ścianie. – Nie, nie zlokalizowaliśmy tego. Mieliśmy kilka innych incydentów, które wymagały naszej uwagi.
Coś w jego tonie dało mi wyraźne poczucie, że sprawa samotników w ogóle nie znalazła się w kręgu jego zainteresowań, a już tym bardziej w centrum jego uwagi.
Irytacja wezbrała we mnie z całą subtelnością gejzeru.
– W takim razie sugeruję, żebyś się na tym skupił – wycedziłem przez zęby – i przestał sprawiać problemy, po których to ja będę musiał sprzątać.
Na sali ceremonialnej zapadła cisza. Z boku dostrzegłem, jak usta Tegana drgają. Wiedział, jak wiele w rzeczywistości przemilczałem. Alfa Leon miał szczęście, że poczuł zaledwie przedsmak mojego temperamentu.
Nawet jeśli sprawiłem, że stracił twarz we własnym stadzie, nie potrafiłem zmusić się do odczuwania wyrzutów sumienia.
Gdyby jego stado patrolowało terytorium we właściwy sposób, moja partnerka nie zostałaby niemal zaatakowana. Mój wilk mógłby być mniej wściekły, a ja nie musiałbym jej zdobywać w samym środku lasu, by go uspokoić.
Gdyby mój wilk wykazał się wystarczającą dozą cierpliwości, by zabrać ją z powrotem do naszego domu stada, nie pozwoliłbym jej uciec ot tak, następnego ranka.
Niezręczna chwila minęła i formalności zostały wznowione, ale ja zdążyłem się już wyłączyć. Przechodziłem przez powitania i tradycje gościnności – błądząc myślami całe mile stąd. Im szybciej stąd wyjdę, tym szybciej będę mógł wznowić moje poszukiwania.
W połowie czegoś, co zdawało się niekończącą się paradą kandydatek na partnerki ze Srebrnego Księżyca, zbliżył się do nas jeden z mężczyzn w tłumie.
– Jestem Cohen, Gamma stada, Alfo Gideonie – powiedział. – Odpowiadam za organizację tego balu łączenia. Zaprezentowano ci wszystkie córki z naszych najwyżej postawionych rodzin. Jakie kandydatki póki co wzbudziły twoje największe zainteresowanie?
W pokoju zaległa cisza. Wyczuwałem oczekiwanie, strach i ciekawość gotujące się w tłumie.
Rzuciłem okiem na wszystkie zgromadzone na sali dziewczyny i skrzyżowałem ramiona na piersi. Bez większej różnicy.
– Naprawdę mnie to nie obchodzi. Każda się nada. Zanim jednak zacznę przyjmować zgłoszenia od ochotniczek, musicie coś wiedzieć... – Zrobiłem pauzę. – Nie naznaczę żadnej z kobiet, którą dziś wybiorę. Przygotujcie się na to...
– Ależ tradycja... – Alfa Leon zawahał się.
– Tradycja nie zmusza mnie do naznaczania kogokolwiek. Wymaga jedynie małżeństwa – uciąłem, nie dając mu skończyć. – Mam już naznaczoną partnerkę.
Teraz sala wypełniła się poczuciem lęku i ostrożnymi spojrzeniami.
Zapewne żadna z nich nie chciała zostać wybrana na tych warunkach, zwłaszcza przez Alfę znanego ze swojego bezlitosnego usposobienia i z koniecznością rywalizowania z kochanką w przyszłości.
Cieszyłem się z tego. I tak było lepiej, jeśli żadna nie zgłosi się na ochotnika.
– A zatem każda się nada. – Zwróciłem się do Gammy, który rozmawiał ze mną chwilę wcześniej. – Może twoja córka?
– Och... Ona... ee... ona połączyła się już z Ryanem. Więc... – Gamma wyraźnie wpadł w panikę i zaczął się jąkać.
– Ojcze, jak mogłeś zapomnieć o Avery? – Jedna z dziewczyn wyszła na środek i odwróciła się twarzą do mnie. – Alfo Gideonie, jestem Zara, córka Gammy naszego stada. Wybacz mojemu ojcu, że nie wspomniał, że mam jeszcze siostrę.
– Darzy cię wielkim podziwem, ale nie ma jej tu z nami, ponieważ ostatnio nie czuła się najlepiej. Może chciałbyś ją poznać? – ciągnęła dalej, ale w jej uśmiechu było coś, co sprawiło, że poczułem, że knuje coś potwornego.
Mimo to, wszystkie kobiety, z wyjątkiem mojej przeznaczonej, były dla mnie takie same.
– W porządku. Przyprowadź ją do mnie.
















