Valeraine
Dni poprzedzające wigilię mojego ślubu spędzałam na rozstrzyganiu sporów w watasze lub na treningach walki z Beatrix. Desperacko próbowałam rozładować frustrację związaną z przymusem wyjścia za człowieka, który nie szanował mojego statusu Luny.
Zrobiłam niski wjazd w biodra Beatrix, unosząc ją nad ziemię i powalając na plecy. Okrążyłam ją i przygwoździłam jej ramiona do maty, ale czułam się słaba.
Wywinęła się i kopnięciem uwolniła z mojego uścisku. Wykonała obrót i wymierzyła kopnięcie okrężne prosto w moją szczękę. Upadłam ciężko. Świat wokół mnie mrugał i wirował. Potarłam szczękę.
Ała. Beatrix nigdy wcześniej mnie tak nie podeszła. Byłam od niej szybsza i silniejsza, więc dlaczego leżałam na macie oszołomiona? Próbowałam sobie przypomnieć, czy jadłam śniadanie. Nie, było mi niedobrze. Usiadłam. Niedobrze! Wilkołaki rzadko chorowały.
Przypomniałam sobie ostatnie kilka dni i zdałam sobie sprawę, że poziom mojej energii powoli spada. Przeczesałam dłonią włosy. Co się dzieje?
Beatrix podbiegła i usiadła obok mnie. Trąciła mnie w ramię. – Dostałaś. Nawet nie zrobiłaś uniku ani nie próbowałaś. O co chodzi?
– Ja... nie wiem. Czuję się taka zmęczona. I... myślę, że jestem chora.
Szare oczy Beatrix zrobiły się okrągłe. – Chora? Wilkołaki nie chorują. – Beatrix milczała przez chwilę, po czym usiadła bezpośrednio przede mną. Chwyciła mnie za ramiona obiema rękami. Wyraz troski na jej twarzy sprawił, że się skrzywiłam.
– Daj spokój, Beatrix, nie umieram. Po prostu gorzej się czuję. Jestem pewna, że to przez ten ślub.
– Nie panikuj. Ale... czy przypadkiem użyłaś jakichś zabezpieczeń z tamtym facetem do towarzystwa?
– Oczywiście – powiedziałam. – Może. Byłam pijana. – Przełknęłam ciężko, przypominając sobie wydarzenia tamtej nocy. Ukryłam twarz w dłoniach. – Nie. Nie, nie użyłam. Co jest ze mną nie tak? Przecież wiem lepiej. O Boże. Myślisz, że mogę być w ciąży? – Strach uderzył mocno i nagle.
Beatrix pogładziła mnie po plecach i odwróciła wzrok.
Arystokracja dbała o czystość więzów krwi i nie dopuszczała istnienia nieślubnych dzieci. Ciąże pozamałżeńskie uważano za haniebne. Tylko dzieci urodzone w małżeństwach, które przeszły ceremonię naznaczenia, mogły być uważane za pobłogosławione przez Boginię Księżyca. Nie mogę być w ciąży, to by mnie zniszczyło. Żaden status Luny by mi nie pomógł. Serce biło mi szybko, a moja wilczyca napierała pod skórą. Chcę się przemienić. Chcę uciec. Ale tego nie robię. Musiałam zachować spokój. Jestem Luną. Jeszcze nic nie wiem, nie ma powodu do paniki.
Beatrix wstała i pociągnęła mnie za sobą. – Chodź. Musimy iść do lekarza.
– Jak? Ojciec mnie pilnuje. Myśli, że ucieknę w każdej chwili i przyniosę mu wstyd.
Szłyśmy z Beatrix w stronę głównego budynku willi.
– Jest dzień przed ślubem. Powiem mu, że idziemy zrobić paznokcie. Luna musi wyglądać idealnie w dniu ślubu, prawda?
Aby uniknąć podejrzeń, założyłam luźną sukienkę, upięłam moje charakterystyczne włosy w wysoki kok i przykryłam go dużym kapeluszem. Beatrix zrobiła to samo.
Zanim wyszłyśmy z domu, wsunęła mi na nos okulary. Mój ojciec siedział na kanapie w salonie, czytając gazetę. Zerknął znad niej i spojrzał pytająco. Uśmiechnęłam się słodko i pospiesznie wyszłam, zdziwiona, że nas nie zatrzymał.
Dla bezpieczeństwa pojechałyśmy z Beatrix na teren watahy Silver Arc, która sąsiadowała z terenami mojej rodziny od wschodu. Umówiłam się na wizytę pod fałszywym nazwiskiem.
Sama w pokoju wielkości schowka, siedziałam na kozetce, nie mogąc złapać tchu.
– Gratulacje, jest pani w ciąży – powiedział lekarz z uśmiechem.
Nie podniosłam wzroku. – Proszę powtórzyć badanie.
– Ale zrobiliśmy już dwa testy.
Spojrzałam na niego, zaciskając palce na krawędzi stołu. – Proszę zrobić to jeszcze raz.
Lekarz skinął głową i wyszedł.
Nie mogłam zatrzymać tego dziecka. Gdy tylko ojciec się dowie, zostanę wygnana z watahy. Potęga watahy Sanguine Crest była wielka, a jeśli urażę ojca, żadna inna wataha mnie nie przyjmie.
Lekarz wrócił. Tym razem jego entuzjazm wyparował. – Jest pani w ciąży.
Łza spłynęła mi po policzku, szybko ją otarłam.
– Czy chce pani usunąć ciążę?
Próbowałam odpowiedzieć „tak”, ale słowo nie chciało przejść mi przez gardło. Wiedziałam, że to powinnam zrobić. Musiałam, a jednak nie potrafiłam odebrać życia dziecku, które nie zrobiło nic złego.
– Nie. Zatrzymam dziecko. Dziękuję.
– Może się pani ubrać – powiedział lekarz i wyszedł.
Musiał istnieć sposób, by ukryć ciążę na tyle długo, by urodzić dziecko i zabrać je gdzieś w bezpieczne miejsce, gdzie mogłabym być częścią jego życia. Ale jak miałabym to zrobić?
Kiedy wyszłam do poczekalni, Beatrix zerwała się z krzesła. Nasze oczy się spotkały, a ona podbiegła i mocno mnie przytuliła.
– Wszystko będzie dobrze. Coś wymyślimy – powiedziała.
W drodze powrotnej do samochodu dostrzegłam kogoś, kto zdawał się nas śledzić.
Wsiadłam do auta. – Beatrix, tam. – Wskazałam przez jej ramię. – Ta blondynka. Zobacz, czy za nami jedzie. – Faktycznie, gdy wyjechałyśmy z parkingu na drogę, kobieta ruszyła za nami. Beatrix skręciła w prawo, przejechała szybko przez dwa skrzyżowania na światłach i skręciła w lewo. Samochód z kobietą zniknął.
– Jak myślisz, kto to był? – zapytała Beatrix.
– Nie wiem. Ale kimkolwiek była, wiedziała, że jestem u lekarza. Musimy jechać do hotelu. Chcę porozmawiać z tym facetem. – Żołądek mi podszedł do gardła i walczyłam z odruchem wymiotnym. Opuściłam szybę, by zaczerpnąć świeżego powietrza.
– Po co? Jak to ma pomóc? To żigolo. Nie możesz za niego wyjść. Jesteś Luną z Sanguine Crest.
Moja głowa opadła do tyłu, a z piersi wydobył się warkot. – Wiem o tym. Ale jeśli zatrzymam to dziecko i ktokolwiek się dowie, nie będę już Luną Sanguine Crest. Nie będzie ważne, za kogo wyjdę. Muszę mieć plan B. Może on nim jest.
Beatrix spojrzała na mnie i wiedziałam, że przyznaje mi rację.
– W hotelu będą ludzie, których znamy. Ślub jest jutro – powiedziała ponuro.
– Muszę z nim porozmawiać.
– No dobra. Ale myślę, że to fatalny pomysł.
W recepcji Beatrix poprosiła o tego samego chłopaka do towarzystwa, którego zamawiała wcześniej. Gdy szłyśmy razem do pokoju, zaczęłam się trząść. Co ja wyprawiam? Rozmowa z tym facetem w niczym nie pomoże.
Beatrix głośno zapukała do drzwi, które natychmiast się otworzyły. – Witam panie. W czym mogę służyć?
Młody człowiek miał złote włosy, ale był mojego wzrostu. Na jego klatce piersiowej nie było żadnych blizn, a oczy miał ciemnobrązowe.
Zamurowało mnie.
Beatrix dźgnęła mężczyznę palcem w pierś. – Słuchaj no, koleżko, czy ty nie używasz zabezpieczeń, kiedy zadajesz się z pijanymi kobietami?
Zsunęłam jej palec z jego piersi. – To nie on.
– Jak to nie on? Przecież to ten facet. Patrz: mięśnie brzucha, złote włosy, fajne ramiona. Dokładnie tak, jak mówiłam.
Odciągnęłam Beatrix za siebie. – Bardzo przepraszam za kłopot. Miłego dnia.
Facet wzruszył ramionami i zamknął drzwi.
– Jeśli to nie on, to kto?
– Nie on – powtórzyłam, zdezorientowana.
Szłyśmy w stronę wind, a ja pocierałam skronie, próbując sobie przypomnieć, jak trafiłam do pokoju tamtej nocy. – Musiałam pomylić pokoje.
– Świetnie. Co chcesz zrobić? Nie możemy się tak kręcić. Ktoś z gości nas zobaczy.
Sfrustrowane wsiadłyśmy do windy, a ja nacisnęłam przycisk innego piętra.
– Muszę znaleźć coś znajomego.
Dopiero gdy dotarłyśmy na najwyższe piętro hotelu, wystrój zaczął pasować do moich wspomnień z tamtej nocy.
– Pamiętam, że uderzyłam w tamten stolik. Stłukłam palec u nogi, bo nie miałam butów.
W końcu stanęłyśmy przed ciemnymi drzwiami. Numer pokoju to 905 i wtedy mnie olśniło.
– Pomyliłam dziewiątkę z siódemką. – Wzięłam głęboki oddech, starając się zachować spokój, i zapukałam.
– Już idę, proszę chwilę poczekać! – dobiegł głos z wnętrza pokoju, a klamka zaczęła się obracać. Drzwi powoli się uchyliły.
















