Akademik 709: Igranie ze smoczym ogniem

Akademik 709: Igranie ze smoczym ogniem

Autor: Lucien Vesper

Pokój 709.
Autor: Lucien Vesper
19 lip 2026
Thorne zatrzymuje się przy bocznym biurze, zagląda do środka i wraca z pojedynczym arkuszem pergaminu, który wygląda na zbyt zwyczajny jak na to, jak bardzo ciąży mi w dłoni, gdy mi go podaje. "Twój plan zajęć" – mówi z głosem jak zawsze wypranym z emocji i formalnym. Spuszczam wzrok. Plan zajęć Akademii Blackbriar – Elowen Vance 8:00 – Wstęp do Teorii Magii Tajemnej 9:45 – Historia i Prawo Magii 11:00 – Eliksiry i Alchemia 13:00 – Studia nad Żywiołami 14:30 – Wróżbiarstwo i Tworzenie Wizji 16:00 – Przedmiot fakultatywny: Trening Defensywny Mrugam, spoglądając na stronę, czytam ponownie i wypuszczam z siebie urywany śmiech, którego nie potrafię powstrzymać. Trening defensywny. Ja. Dźwięk niesie się echem po korytarzu, przyciągając pełne ciekawości spojrzenia przechodzących uczniów. Przytulam pergamin do piersi i kręcę głową. "Trening defensywny?" – prycham pod nosem. "Dobre sobie". Burzowoszare oczy Thorne’a przeszywają mnie, spokojne, ale bystre. "Masz trening defensywny" – mówi gładko – "który w większości jest pełen zmiennokształtnych, ponieważ wszystkie inne przedmioty fakultatywne były już zajęte". Śmiech zamiera mi w gardle. W większości pełen zmiennokształtnych. Świetnie. Tego właśnie mi brakowało – zostać wrzuconą do dołu z przerośniętymi szczeniakami, którym pewnie się wydaje, że rozszarpywanie rzeczy pazurami zalicza się do edukacji. Ponownie przenoszę na niego wzrok. "A jak, do diabła, mam trafić do tych wszystkich miejsc?" Macham planem, jakby był napisany w obcym języku. Co zresztą, jak dla mnie, równie dobrze mogłoby być prawdą. Thorne nie odpowiada. Zamiast tego unosi dłoń i zatrzymuje chłopaka mijającego nas na korytarzu. Chłopak odwraca się, a jego zielone oczy błyskają irytacją, po czym zatrzymują się na mnie. Ma krótkie, postawione blond włosy, marynarkę od mundurka zarzuconą leniwie na jedno ramię, a powietrze wokół niego cicho brzęczy tłumioną mocą. Przygląda mi się raz, z góry na dół, a jego usta wykrzywiają się, jakby właśnie wdepnął w coś ohydnego. "Mordrake" – mówi Thorne spokojnym głosem. "Zrób pannie Vance mapę szkoły". Brwi Mordrake’a wędrują do góry. "Jej?" Jego głos jest gładki, ale ocieka pogardą. W tej samej chwili uznaję, że jest dupkiem. Milczenie Thorne’a wystarcza mu za odpowiedź. Mordrake wzdycha, przewraca oczami i pstryka palcami. Magia rozbłyska na złoto wokół jego dłoni, nici splatają się w powietrzu, aż między jego palcami pojawia się złożony pergamin, który lekko pulsuje blaskiem, a potem matowieje do postaci zwykłej kartki papieru. Wpycha mi go z wykrzywioną wargą. "Mimo wszystko postaraj się nie zgubić". Biorę go, ignorując palącą z jego strony odrazę, i rozkładam. Mapa delikatnie mieni się w moich dłoniach, korytarze na niej ożywają za sprawą zmieniających się linii i świetlistych znaczników, które przemieszczają się po niej jak świetliki. Gdy się skupiam, czuję, jak mnie przyciąga, pokazując mi dokładnie, gdzie stoję i dokąd powinnam iść. "Użyteczna" – rzuca krótko Thorne. Krzywię się, wsuwając mapę pod pachę. Użyteczna. Wszystko w tym miejscu zdaje się sprowadzać do tego jednego słowa. Thorne prowadzi mnie przez kolejny dziedziniec, w górę ścieżki obramowanej kamiennymi łukami, gdzie wylegują się grupy uczniów, a między ich palcami iskrzy magia niczym zwyczajne zabawki. Trzymam mapę, którą dał mi Mordrake, pod pachą, ale nie potrzebuję jej, żeby zorientować się, że coś jest nie tak. Cisza robiła to za nią. Uderzyło mnie to w momencie, gdy wkroczyliśmy do Bursy S. Te spojrzenia. Cichy śmiech. Ciężki smród zbyt dużej ilości wody kolońskiej i wilczego piżma w powietrzu. Gdziekolwiek spojrzę, chłopcy opierają się o framugi drzwi, wylegują się na przetartych kanapach w przestrzeni wspólnej i tłoczą na korytarzu z książkami pod pachą. Sami chłopcy. Zmiennokształtni z aroganckimi uśmieszkami, czarnoksiężnicy o świecących oczach, jeden czy dwóch fae wyglądających, jakby wyrzeźbiono ich z marmuru… Ale ani jednej dziewczyny. Moje buty zwalniają, szurając po kafelkach. "Chyba pan sobie żartuje". Westchnienie Thorne’a jest ciche, ale wyważone, jakby tylko na to czekał. "Owszem, panno Vance, z reguły ten budynek zajmują studenci płci męskiej. Na pani nieszczęście, jako że została pani przyjęta późno, wszystkie bloki dla dziewcząt są pełne". Mój żołądek równie dobrze mógłby teraz opuścić moje ciało. Wrastam w ziemię. Żar tych wszystkich spojrzeń kłuje mnie w skórę. Głos Thorne’a nie ustaje, spokojny jak zawsze. "Na pani szczęście, dostała pani pokój jednoosobowy. Przywilej, do którego wielu w tej szkole nie ma dostępu". "Jasne" – mruczę. "Ależ ja mam szczęście". Docieramy na koniec długiego, słabo oświetlonego korytarza ciągnącego się wzdłuż rzędu ciężkich, drewnianych drzwi. Zamiast się zatrzymać, Thorne przyciska dłoń do ostatnich drzwi na samym końcu. Drewno otwiera się ze zgrzytem, ukazując wąską klatkę schodową, wznoszącą się spiralnie ku cieniom. "W górę" – rzuca. Stopnie skrzypią pod moimi butami, gdy się wspinamy, a drobinki kurzu tańczą w wąskim strumieniu światła, padającym z pojedynczej latarni na ścianie. Z każdym zakrętem powietrze staje się cięższe, coraz bardziej stęchłe, aż docieramy do drzwi na samym szczycie. Thorne otwiera je mosiężnym kluczem i upuszcza chłodny metal na moją dłoń, po czym pcha drzwi na oścież. Ten "pokój" wcale nie jest pokojem. To poddasze. Sufit pnie się wyżej, niż się spodziewałam, a krokwie krzyżują się w górze niczym mroczne żebra. Przestrzeń jest potężna, pożerająca dźwięk, gdy tylko wkraczamy do środka, ale poza tym jest pusta, to zaledwie morze kurzu i cieni. Z jednej strony gigantyczny witraż płonie załamanymi kolorami, a czerwienie i błękity rzucają na podłogę zniekształcone wzory. Pod nim stoi pojedyncze łóżko, małe i zapadnięte, z materacem usianym plamami, którym wolałabym się nie przyglądać. Powietrze pachnie stęchlizną, jest gęste od kurzu i zaniedbania, jakby od lat nie stanęła tu niczyja stopa. Marszczę nos, omiatam spojrzeniem tę rozległą pustkę, a potem znów zerkam na Thorne’a. "To ma być przywilej?" – pytam głosem ociekającym niedowierzaniem. "Ziemia, na której kiedyś sypiałam, jest lepsza od tego". Jego usta drgają, może z irytacji, a może z rozbawienia, ale burzowoszare oczy nie zdradzają niczego. "Ma pani zajęcia za godzinę, panno Vance. Proszę się nie spóźnić". Głos Thorne’a jest wyprany z emocji i ostateczny, on sam zaś odwraca się już w stronę drzwi. "O, moment" – wołam za nim, unosząc brew. "Dostanę jeden z tych wymuskanych mundurków czy nie?" Nawet się nie zatrzymuje. Unosi dłoń i macha nią nieokreślenie w kierunku drugiego końca poddasza. Mrużę oczy, wpatrując się w cienie, i z trudem dostrzegam potężny zarys starej szafy o przekrzywionych, na wpół rozbitych drzwiach, stojącej w kurzu niczym zapomniany szkielet. Thorne nie sili się na kolejne słowo. Ciężkie drzwi zamykają się za nim ze zgrzytem, a trzask zamka pozostawia mnie samą w tej jaskiniowej ciszy. Poddasze pożera mnie w całości. Wypuszczam głośno powietrze, przeczesując włosy dłonią, podczas gdy moje oczy mierzą wzrokiem szafę na drugim końcu pomieszczenia. Kurz wiruje w leniwych chmurach, tam gdzie przecina go kolorowe światło z witraża, rozlewając się po podłodze niczym krew i siniaki. "Wymuskany mundurek" – mruczę pod nosem, przewracając oczami. "Jasne, zapowiada się nieźle".

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Pokój 709. – Akademik 709: Igranie ze smoczym ogniem | Czytaj powieści online na beletrystyka