Zanim pokonuję ostatni kręty stopień prowadzący do mojego pokoju na poddaszu, moje nogi są jak z ołowiu, a w głowie mam mętlik niczym gęsty dym. Popycham drzwi, pozwalając im szeroko i ze skrzypieniem się otworzyć, po czym wchodzę ociężale do środka. Cisza jest kojącym powitaniem. Żadnych głosów. Żadnego śmiechu. Żadnych głodnych spojrzeń ani cwaniackich uśmieszków. Tylko drobinki kurzu wirujące w
















