Zmuszam dłonie, by ją puściły, choć każdy instynkt krzyczy, bym nadal tulił ją do piersi. Ostrożnie, tak bardzo ostrożnie opuszczam ją z powrotem na trawę, odgarniając z jej twarzy posklejane błotem włosy. – Muszę ją zabrać do skrzydła szpitalnego – mówię ochrypłym głosem. Mój smok zrywa się w potakującej reakcji, gorący i niespokojny pod moją skórą. – Szybko. Zane wydaje z siebie niski pomruk wib
















