Powrotna droga do domu przypominała powolne duszenie się.
Każde czerwone światło przeciągało to, co – jak wiedziała – nieuchronnie nadchodziło. Dominic był jak pies, który dorwał kość i nie zamierzał jej puścić.
Margot czuła na sobie jego wzrok. Sprawiało to, że zaciskała dłonie na podołku. Czuła potrzebę wypełnienia tej ciszy.
– To był miły wieczór – powiedziała, spiętym i zbyt swobodnym tonem.
–
















