Margot przywołała taksówkę machnięciem ręki. Pchnęła drzwi, wskoczyła na tylne siedzenie tak szybko, jak tylko mogła, pragnąc uciec stąd jak najdalej. Miała ochotę się upić. Ale pójście samej do baru w środku dnia było proszeniem się o kłopoty. Poczuła łzy swobodnie spływające po policzkach. Trzymała się w ryzach podczas konfrontacji z Nathanielem i Sereną.
— Dokąd? — zapytał kierowca, a jego głos przebił się przez mgłę w jej głowie.
Dokąd? Dobre pytanie.
Dom nie wchodził w grę. Sloane i Ivy były w pracy, a ona nie chciała siedzieć w ich pustym mieszkaniu, odtwarzając w głowie obraz Nathaniela zaplątanego w pościel jej kuzynki. Potrzebowała drinka. Ale siedzenie samotnie w barze w środku popołudnia? To brzmiało jak wywieszenie białej flagi.
Zawahała się, po czym wyrecytowała adres swojego biura. Przynajmniej tam mogła udawać, że jest produktywna. Może nawet wymyślić, co dalej, do jasnej cholery.
Taksówka ruszyła, a Margot wypuściła powietrze, próbując odzyskać równowagę.
Kierowca spojrzał na nią w lusterku wstecznym. — W schowku są chusteczki, jeśli potrzebujesz, kochanie.
Głos kierowcy był łagodny, jakby widział już wystarczająco dużo kobiet płaczących na tylnym siedzeniu, by wiedzieć, kiedy się odezwać, a kiedy milczeć.
Margot wzięła garść. — Dzięki — odparła, po czym wytarła twarz najlepiej jak potrafiła. Nie nosiła zbyt wiele makijażu, więc mogła równie dobrze zetrzeć go całkiem.
Telefon zaczął dzwonić. Nathaniel?
Wyciągnęła go z torebki, by sprawdzić. Żołądek jej się zacisnął, gdy wpatrywała się w ekran, na którym biło po oczach jego imię.
Mogła sobie wyobrazić pierwsze słowa, które by padły.
„To nie tak, jak wygląda, Margot”.
„Mogę to wyjaśnić”.
„Proszę, daj mi tylko porozmawiać”.
Kłamstwa. Wymówki. Te same bzdury, które faceci zawsze serwują, gdy zostaną przyłapani.
Wyciszyła telefon i wrzuciła go z powrotem do torby.
Zanim taksówka zatrzymała się przed Thorne Global, jej makijaż był już nie do uratowania. Sięgnęła do portfela, wygrzebała pogniecione dwadzieścia dolarów i podała je kierowcy.
— Bądź szczery — powiedziała, wymuszając uśmiech. — Czy wyglądam na kobietę, która właśnie dowiedziała się, że narzeczony sypia z jej kuzynką?
Kierowca zawahał się, mierząc ją uważnym spojrzeniem. — Masz trochę zaczerwienione oczy, skarbie, ale prawie nie widać. — Przerwał na chwilę. — Wszystko będzie dobrze?
Niespodziewana życzliwość niemal doprowadziła ją do łez.
Przełknęła gulę w gardle i skinęła głową. — Tak. Lepiej dowiedzieć się teraz, prawda? Po prostu mały wybój na drodze życia. — Nie była pewna, kogo próbuje przekonać… taksówkarza czy siebie.
Wysiadła, postawiła walizkę na krawężniku i wzięła głęboki oddech. Wyciągnęła telefon tylko po to, by zobaczyć, że Nathaniel dzwonił sześć razy i zostawił sześć wiadomości na poczcie głosowej. Nieinteresowało jej to, co ma do powiedzenia na swoją obronę, więc schowała telefon z powrotem.
Margot odwróciła się w stronę górującej konstrukcji ze szkła i stali – siedziby Thorne Global. Dominic kupił budynek pięć lat temu. Osiem najwyższych pięter należało do Thorne'a, trzy dolne wynajmowano mniejszym firmom. Biorąc pod uwagę tempo rozwoju firmy, nie zdziwiłaby się, gdyby w końcu przejęli całość.
Weszła do środka, poprawiając torbę na ramieniu.
— Panno Whitaker, w czym mogę pomóc? — Margot mrugnęła. Gwen, jedna z recepcjonistek, wyszła zza lady, obrzucając Margot spojrzeniem.
Gwen podeszła bliżej i odebrała od niej walizkę. W tej samej ręce Margot wciąż trzymała kij bejsbolowy. Całkowicie o nim zapomniała.
Weszła do biura, wyglądając, jakby zamierzała popełnić ciężkie przestępstwo. Cieszyła się jednak, że go ma. Przynajmniej nie musiała po niego wracać później.
Margot odetchnęła z ulgą. — Dzięki, Gwen. Czy mogę to wszystko tutaj zostawić, dopóki się nie odświeżę? — Była zaskoczona, że jej głos brzmi tak... normalnie.
— Oczywiście, panno Whitaker. — Wzrok Gwen znów spoczął na kiju.
— Mów mi Margot, proszę. Ile razy mam powtarzać? — Dominic wolał zwracać się do personelu po imieniu, ale niektórzy pracownicy, zwłaszcza nowi, najwyraźniej mieli z tym problem.
Bardziej w stosunku do Dominica niż do niej.
Gwen uśmiechnęła się, biorąc walizkę, teczkę i kij.
Margot przeszła przez foyer do toalety.
Wewnątrz skierowała się prosto do luster. Taksówkarz nie był tylko miły. Naprawdę nie wyglądała tak źle. Wyciągnęła z torebki chusteczkę do demakijażu i starła resztki tuszu. Szybkie przypudrowanie, błyszczyk, odrobina eyelinera.
Uszczypnęła się w policzki. Ludzie zawsze mówili, że to dodaje koloru, ale ona nie widziała różnicy.
Jej niebieskie oczy wciąż były lekko zaczerwienione, ale niewiele mogła z tym zrobić. Wyciągnęła szczotkę, uwolniła długie, falowane blond włosy z koka i upięła je porządnie od nowa. Może być.
Wyszła z toalety, odebrała swoje rzeczy od Gwen i skierowała się do wind. Czekając, próbowała przypomnieć sobie grafik Dominica. Czy miał jakieś spotkania tego popołudnia?
Wtedy ją olśniło. Nie powinno go być dzisiaj w firmie. Więc w jego kalendarzu nie było żadnych spotkań.
Westchnęła. Miała mózg jak z waty. Ale przyłapanie narzeczonego na chędożeniu kuzynki zrobiłoby to każdemu.
Ta myśl sprawiła, że się skrzywiła.
Jak często to robili? Nathaniel był w domu w godzinach pracy. Ona od czasu do czasu podróżowała służbowo, ale niezbyt często. Jeśli ich romans trwał od miesięcy, musieli spotykać się w czasie pracy.
Winda przyjechała. Wsiadła do niej kobieta, której nie rozpoznała.
Margot posłała jej uprzejmy, choć wymuszony uśmiech. Kiedy kobieta wysiadła na drugim piętrze, Margot oparła się o ścianę, wpatrując się w próżnię.
Czy powinna powiedzieć Dominicowi o Nathanielu? To brzmiałoby jak zemsta… skarżenie tylko dlatego, że ją zdradził. Ale on też okradał firmę. Nie było mowy, żeby zdążył wrócić do domu, uprawiać seks z Sereną Whitaker i wrócić do biura w czasie przerwy na lunch.
Winda zadzwoniła, otwierając drzwi. Margot wzięła głęboki oddech i wyszła na piętro zarządu.
Tess, recepcjonistka na piętrze dyrekcji, podniosła wzrok. — Cześć, Margot. Nie sądziłam, że będziesz dzisiaj w pracy.
Margot uśmiechnęła się. — Nie planowałam, ale pomyślałam, że przygotuję notatki ze spotkania dla Dominica. Jest u siebie?
Tess potrząsnęła głową. — Nie, wyszedł chwilę temu. Powiedział, żebym odbierała wiadomości i że wszystko może poczekać do jutra.
Margot niemal osunęła się z ulgi. Nie będzie musiała jeszcze stawiać mu czoła.
— Dzięki, Tess.
Poszła do swojego gabinetu, zamknęła drzwi i opadła na krzesło.
Oparła głowę o biurko. Szlag. Czuła się, jakby kula do burzenia ścian właśnie rozbiła jej świat na kawałki.
Jak on mógł? Ale co gorsza, jak mogła Serena Whitaker?
Dziecinne problemy, które wszystkie miały jako dzieci… Margot myślała, że już z nich wyrosły. Serena zawsze była rozpieszczonym bachorem. Biorącym to, co nie należało do niej.
Problemem byli jej rodzice, ciotka i wujek Margot, którzy ubóstwiali ją i dawali jej wszystko, czego zapragnęła. Ale kiedy dwa lata temu przeprowadziły się do miasta, Serena nie była taka zła, inaczej Margot już dawno zamieszkałaby ze swoimi siostrami. Nie zrobiła tego, gdy Sloane wróciła z Europy, bo jej siostra Ivy właśnie skończyła studia i zaczęła nową pracę. Sloane wprowadziła się do Ivy. Margot czułaby się winna, zostawiając Serenę samą. Zresztą, jaki to miało sens? Ona i Nathaniel planowali zamieszkać razem po ślubie.
Unosząc głowę, Margot spojrzała na pierścionek na palcu. Pierścionek zaręczynowy, który dał jej Nathaniel.
Nie był duży. Nie chciała dużego. Dopilnuje, żeby go odzyskał. Będzie mógł go sprzedać. Bo była pewna, że Serena Whitaker będzie chciała wielkiego, błyszczącego kamienia. Zawsze wyśmiewała pierścionek Margot.
Zdejmując go, Margot o mało nie rzuciła nim przez pokój. Nie, lepiej nie, jeszcze by zginął. Otworzyła górną szufladę biurka, wrzuciła go do środka i zatrzasnęła ją z hukiem. Potrzebowała drinka. Wstała i przeszła do gabinetu Dominica – wiedziała, że trzyma tam butelkę szkockiej. Nie piła zbyt często mocnych alkoholi, ale teraz wszystko by się nadało.
Gabinet Dominica był manifestacją jego samego. Wszystko było duże, solidne i męskie. „I onieśmielające”, dodała Margot do pustego pokoju.
Podeszła do jego biurka, otworzyła dolną szufladę i wyciągnęła butelkę szkockiej, którą Dominic tam trzymał. Wzięła ją i usiadła na jego kanapie typu Chesterfield przy oknie. Otworzyła butelkę i pociągnęła łyk. Prawie się zakrztusiła. — Chryste, ale to parzy. — Wiedziała, że to droga whisky. Bo Dominic lubił tylko to, co najlepsze.
Problem polegał na tym, że była czysta. Dlaczego on pił to świństwo bez niczego? Tym razem, gdy przyłożyła butelkę do ust, upewniła się, że bierze tylko mały łyczek. Nie, to nie pomogło. Ale nie było tak źle jak za pierwszym razem. Więc wzięła kolejny. Oparła głowę o oparcie kanapy. Przyszła tu pomyśleć. Jaki będzie jej następny krok?
Unosząc rękę, by zerknąć na zegarek, zobaczyła, że jest 15:15. Nie mogła zadzwonić do Sloane ani do Ivy. Jeszcze nie teraz. Niech wrócą z pracy. Margot planowała poprosić je o pomoc w zorganizowaniu zabrania jej rzeczy z mieszkania. Choć nie chciała zbytnio obciążać starszej siostry, Sloane. Była w szóstym miesiącu ciąży i nie znosiła jej najlepiej.
Faceci. Dlaczego byli takimi palantami? Najpierw jej szef – za to, że jest tak arogancki, onieśmielający i momentami gburowaty. Potem Nathaniel, który zdradzał ją z kuzynką Sereną od miesięcy. Jak nisko można upaść? No i jeszcze Lorenzo, ojciec dziecka Sloane. Który zostawił ją samą, w ciąży i bez środków do życia?
Zadzwoni do sióstr później. Nie teraz.
Wtedy zapyta, czy może się u nich przespać, dopóki czegoś nie znajdzie. Ich mieszkanie nie było wystarczająco duże dla trzech dorosłych osób i dziecka, kiedy już się pojawi. Ale wspaniale byłoby spędzić trochę czasu z siostrami. Jeść lody i nadawać na facetów.
Choć Sloane nawet nie wspominała o mężczyźnie, który ją zapłodnił. To był temat, którego odmawiała poruszać. Nawet gdy ich ciotka Lucy i wujek Arthur żądali odpowiedzi. Margot ponownie uniosła butelkę do ust. Tylko ona i Ivy znały jego imię.
Telefon na biurku Dominica zaczął dzwonić. Margot próbowała go zignorować, ale gdy tylko przestał, zaczął ponownie. Margot przesunęła się na krawędź kanapy i wstała. Pokój wydawał się lekko przechylać, co wywołało szybkie „Ups”, które wymknęło się z jej ust.
Odzyskawszy równowagę, podeszła do biurka i podniosła słuchawkę.
— Halo? — rzuciła do mikrofonu. Niezbyt profesjonalnie, pomyślała.
— Poproszę Dominica. — Margot znała ten głos. To była Fiona Beaumont. Lalunia Dominica. To było najlepsze określenie dla Fiony. Miała ten głupi, dziewczęcy głosik, od którego Margot cierpły zęby.
— Dominica nie ma. — Margot oparła dłoń na biurku, żeby powstrzymać kołysanie pokoju.
— Gdzie on jest? — zapytała Fiona.
— A skąd mam to, do cholery, wiedzieć? — Margot była zaskoczona własną odpowiedzią. Szlag, skąd to się wzięło?
— Jesteś jego sekretarką. — Margot słyszała wściekłość w głosie tamtej kobiety.
— Tak, ale nie jestem jego opiekunką i na pewno nie mam kryształowej kuli. Proszę dzwonić na komórkę albo wysłać wiadomość. — Margot miała dość tej rozmowy.
— Nie odbiera komórki, od kilku dni — zajęczała Fiona.
Margot lekko rozchyliła usta. O.
To był typowy ruch Dominica. Nie kłócił się, nie robił dramatycznych odejść. Po prostu zaczynał unikać, zanim definitywnie zerwał. Skoro Fiona nie miała od niego wiadomości od kilku dni, to był koniec. Tylko jeszcze o tym nie wiedziała.
Mały diabeł na ramieniu kazał jej to zrobić. Margot nie mogła powstrzymać kolejnych słów. — Cóż, stała się jedna z dwóch rzeczy. Albo zaraz zostaniesz rzucona, albo on nie żyje. Tak czy inaczej, nie obejdzie się bez kwiatów.
Margot westchnęła, słysząc zszokowany wdech po drugiej stronie linii; szkocka rozgrzewała jej żyły i rozwiązywała język. — Słuchaj, Fiona, bądźmy szczere. On nie nadaje się na męża. Znajdź sobie kogoś nowego. — Nie czekała na odpowiedź, po prostu rzuciła słuchawkę na widełki.
Opadła z powrotem na Chesterfielda, znów przykładając butelkę do ust.
Jej własne problemy powróciły, by ją prześladować. Jak mogła być tak ślepa? Jak mogła nie dostrzec znaków? Nie była idiotką. Ale Nathaniel był sprzedawcą. Sprzedał jej marzenie o „długo i szczęśliwie”. Po prostu nie widziała pęknięć w ich związku.
Co więcej, wyglądało na to, że coś omijało ją w życiu seksualnym. Jeśli to, czego była świadkiem między Nathanielem a Sereną, było jakimkolwiek wyznacznikiem tego, jak ten akt powinien wyglądać. Lubiła to, owszem, ale nie było to coś, co sprawiałoby, że krzyczała tak jak Serena. Czy robiła to tylko po to, by połechtać jego ego? Czy ona też powinna to robić? Rzecz w tym, że nie wiedziała.
Nathaniel był jej jedynym partnerem seksualnym. To on powinien ją nauczyć. Straciła poczucie czasu, siedząc tam, pijąc i przeklinając cały ród męski. Szczerze mówiąc, miała to gdzieś.
Po jakimś czasie Margot westchnęła, znów unosząc butelkę… i zamarła, zauważając dwie wysokie, rozmazane postacie stojące przed nią.
Chwileczkę. Nie. Nie dwie. Tylko jedna.
Margot zmrużyła oczy. — Cześć.
Próbowała usiąść prosto, niosąc butelkę do ust, ale zanim zdążyła pociągnąć łyk, została jej ona odebrana.
— Hej — zaprotestowała. — To moje. Jak chcesz, to znajdź sobie własną.
Mrugnęła, próbując złapać ostrość.
Mężczyzna stojący przed nią… ten, który trzymał butelkę, stał się wyraźniejszy.
— Dominic?
— Margot — powiedział, a jego głos był nie do odczytania. — Co ty ze sobą zrobiłaś?
— No cóż — odparła, lekko bełkocząc — myślę, że to... dość oczywiste. Jak widzisz, urzynam się w trupa. — Sięgnęła po butelkę. — A teraz oddaj mi to, żebym mogła dokończyć dzieła.
Dominic odsunął się, stawiając butelkę na biurku. — Myślę, że już ci wystarczy.
Margot skrzywiła się. — Wiesz co... czasem bywasz kompletnym dupkiem. Nie, właściwie przez większość czasu.
— Jestem przekonany, że jutro będziesz tego żałować.
Wtedy, ku jej zaskoczeniu, zamiast na nią wrzasnąć, usiadł obok niej.
















