Perspektywa Arii
– Ten czek wyraźnie coś znaczy – upierała się May.
– Daj spokój. Nie będziemy tego znowu wałkować – westchnęłam.
– Skoro nie lecisz na niego, to dlaczego dał ci ten czek? Pewnie widział, jak płaczesz, i nie mógł tego znieść. Zdecydowanie powinnaś wrócić i zobaczyć się z nim ponownie.
– Nie ma mowy – ucięłam natychmiast. – Miałam jedno idealne, bajkowe spotkanie z bogatym kawalerem. Wystarczy. Nie zamierzam tam wracać i znowu się upokarzać.
– Ale...
– Hej, wy dwie! – wrzasnął nasz kierownik z drugiego końca alejki. – Mniej gadania, więcej pracy!
Przewróciłyśmy oczami do siebie i wróciłyśmy do inwentaryzacji.
May pomogła mi zdobyć tę pracę w supermarkecie.
Była to część sieci należącej do dużej korporacji, więc płaca i benefity nie były złe. May wciąż uważała, że to poniżej godności kogoś z moim dyplomem, ale szczerze mówiąc, byłam po prostu wdzięczna, że mam zatrudnienie.
Kiedy skończyłyśmy naszą sekcję, kierownik oddalił się, by nakrzyczeć na kogoś innego, a May przysunęła się z powrotem do mnie.
– Tylko to sobie wyobraź – uśmiechnęła się szeroko. – Mogłabyś wpisać parę milionów na tym czystym czeku i... BUM! Natychmiastowe życie bogaczki.
– Nie zrobię tego.
– Jasne, że nie. Jesteś zbyt miła – mruknęła, na wpół z podziwem, na wpół z naganą. – Więc? Co wpiszesz?
Zawaham się.
Na początku faktycznie rozważałam wpisanie ceny koszulki. To było 19,99. Bo najwyraźniej moja godność wciąż uważa, że to ma znaczenie.
Ale bądźmy szczerzy, Grayson nie oddawał mi tylko za podarty t-shirt, inaczej po prostu wręczyłby asystentce banknot dwudziestodolarowy.
Może... czuł się źle, że straciłam też pracę.
– Wpiszę kwotę, którą powinnam była dostać w ramach odprawy – przyznałam w końcu.
Oczy May wyszły z orbit. – Tylko tyle?!
– Wiem, że to niewiele, ale to jest to, na co faktycznie zasługuję. I pomoże mi pokryć rachunki za 2 miesiące.
May westchnęła i spojrzała na mnie, jakbym była największą idiotką na świecie. Ale decyzja została podjęta.
Chciałam po prostu odejść od tego bałaganu tak szybko, jak to możliwe. Wciąż chciałam zedrzeć Jace'owi ten zadowolony uśmieszek z twarzy, ale najlepszą zemstą w tej chwili było przetrwanie.
6 godzin później w końcu skończyłyśmy zmianę, wyczerpane i obolałe.
Wszyscy inni mogli się wylogować, ale nie ja. Zgłosiłam się na ochotnika na nocną zmianę i zamykanie.
Personel wychodził jeden po drugim, ziewając, w tym May. W końcu zostałam sama w tym wielkim markecie.
A teraz wielki sekret –
Faktycznie tu mieszkałam.
Nikt o tym nie wiedział, nawet May.
Myślała, że znalazłam nowe mieszkanie i się wyprowadziłam, ale po prostu nie mogłam jej dłużej zawracać głowy. Jej współlokatorki zaczynały się irytować, że okupuję salon i zużywam media.
A wynajęcie własnego miejsca wydawało się teraz całkowicie poza moim budżetem.
Więc zamiast tego zostałam w tym supermarkecie.
Zamykałam sklep w nocy i otwierałam go wcześnie rano. Przez te 5 czy 6 godzin pomiędzy robiłam sobie łóżko z płaszcza i spałam na podłodze w pobliżu działu chłodniczego.
Nie pytajcie, dlaczego nie mogę spać w pokoju socjalnym dla personelu. Było tam za gorąco bez klimatyzacji. Przynajmniej przy zamrażarkach było chłodno.
Dziś byłam wyjątkowo wykończona. Kierownik kazał nam, dziewczynom, nosić zbyt wiele ciężkich skrzynek. Zasnęłam na podłodze w kilka sekund.
Wydawało się, że spałam tylko przez 5 minut. Mój budzik jeszcze nawet nie zadzwonił.
I zostałam gwałtownie obudzona przez czyjś krzyk:
– ...O MÓJ BOŻE! Co ty, do cholery, robisz?!
Wyskoczyłam do pionu, wciąż na wpół śpiąca.
I zamarłam.
Przede mną stała cała grupa ludzi. W tym kierownik i kilku facetów w garniturach. Wszyscy wpatrywali się we mnie z szeroko otwartymi oczami.
A ja byłam tylko w podkoszulku i szortach. Półnaga.
O BOŻE.
Co do cholery... Czy to już ranek?!
Dlaczego nie słyszałam budzika?
Zaczęłam gorączkowo naciągać ubrania na ciało, ręce mi się trzęsły.
Spojrzenia nie ustawały. Stawały się coraz bardziej napastliwe.
– Aria Collins! Co ty, kurwa, wyprawiasz?! – Kierownik wpadł we wściekłość i zaryczał. – Drzemiesz półnaga w moim pieprzonym sklepie?! Jesteś jakąś pieprzoną zboczenicą?!
Moja twarz zrobiła się buraczkowa. – Nie! Ja... ja tylko zostałam tu tymczasowo...
– Tymczasowo?! – wrzasnął, a oczy wyszły mu z orbit. – Zatrudniłem pracownika, a nie pieprzonego dzikiego lokatora! Ile wody i prądu zużyłaś za darmo?! Czy kradłaś też jedzenie?!
– Nie, przysięgam! Wyłączam wszystko, kiedy kończę, nie używam wody, chyba że muszę... I zapłaciłam za wszystko, co zjadłam!
Łzy zamazały mi wzrok, gdy próbowałam się wytłumaczyć, ale on nie słuchał. Jego ślina faktycznie uderzyła mnie w policzek, gdy warknął.
– Ze wszystkich dni – musiałaś wybrać dzień, w którym zarząd przyjeżdża z wizytą, żeby biwakować w moim idealnym sklepie. Ty brudna, obrzydliwa mała...
– Aria Collins?
Nowy głos zawołał moje imię. Pochodził od jednego z tych mężczyzn w garniturach.
Spojrzałam w górę. I serce mi zamarło.
Boże, znałam tego faceta. Chyba ma na imię Jonathan. Mój były współpracownik z Apex.
– Cholera jasna, to ty – uśmiechnął się z zaskoczeniem, unosząc brwi. – Prawie cię nie poznałem na początku.
– Ty... co ty tu robisz? – wydukałam.
– Apex jest właścicielem tej sieci supermarketów. Robimy dziś inspekcję terenową – powiedział z uśmieszkiem, a jego wzrok powędrował w dół na moje gołe nogi. – Człowieku! Większość ludzi sięga dna po wylaniu z Apex, ale ty upadasz szybciej niż ktokolwiek inny.
– Pracuję. Uczciwie zarabiam na życie – powiedziałam drżącym głosem. – To żaden wstyd.
– Och, doprawdy? – zadrwił. – Czy twoja praca obejmuje leżenie półnago na podłodze? Co to jest, jakiś nowy chwyt dla dziwek?
Garnitury wybuchnęły śmiechem. Moje łzy wściekłości były o krok od popłynięcia.
– Bardzo przepraszam, proszę pana. Zwolnię ją natychmiast. – Kierownik jęknął.
– Chwila – przeciągnął Jonathan z uśmieszkiem. – Ta laska wyleciała z Apex za zepsucie transakcji na siedem cyfr. Może zechcesz sprawdzić inwentarz. Mogła kraść.
Byłam wściekła. – Wiesz, że to kłamstwo! Jace wszystko zmyślił. Nigdy nie popełniłam ani jednego błędu w pracy...
– Och, proszę cię – przerwał mi. – Wszyscy w branży wiedzą, jak spieprzyłaś sprawę. Jace był tak zażenowany, że musiał przepraszać za ciebie wszystkich klientów.
Kierownik chwycił mnie za nadgarstek. – Zatem na pewno kradniesz też z tego marketu. Koniec z tym. Idziesz do więzienia. Kiedy podliczę, co zabrałaś, będziesz musiała wszystko oddać!
Serce waliło mi w piersi.
Nie wątpiłam ani przez sekundę, że kierownik wymyśli coś, czego nie ukradłam, tak jak Jace wrobił mnie wcześniej. Dla facetów takich jak oni to nie było trudne.
Ale nie mogłam iść do więzienia.
Moja babcia nie miała nikogo, na kogo mogłaby liczyć, poza mną. Nie mogę jej zostawić.
Wiedziałam, co muszę zrobić.
Wilk we mnie ujawnił się w następnej sekundzie. Warknęłam na kierownika, wyszarpnęłam ramię i zaczęłam biec.
– Zatrzymać ją! – krzyknął ktoś za mną.
Nie miałam pojęcia, dokąd biegnę. Po prostu, kurwa, biegłam. Zdesperowana i przerażona.
Przy drzwiach wpadłam prosto na kogoś wchodzącego do środka.
– Odsuń się od Alfy! – warknął ochroniarz.
Zatoczyłam się do tyłu w panice. Ale duża dłoń złapała mój nadgarstek, stabilizując mnie.
– Aria?
Spojrzałam w górę, wciąż drżąc mimowolnie.
Boże, to rzeczywiście on! Nie mogłam uwierzyć, że tu jest.
Między brwiami Graysona pojawiła się głęboka zmarszczka, gdy mnie taksował wzrokiem. Potem szybko rozpiął płaszcz i owinął mnie nim, zakrywając moje półnagie ciało.
– W porządku. – W jego głębokim głosie słychać było wyraźną nutę wściekłości.
Wczepiłam się w jego koszulę, łapiąc powietrze.
Ale bez względu na to, jak bardzo się starałam, wydawało się, że w ogóle nie mogę oddychać. Łzy płynęły mi po policzkach.
– Ona ma atak paniki – powiedziała kobieta w pobliżu. – Alfo, jeśli mogę...
W duchu modliłam się, żeby mnie nie oddał. I nie zrobił tego.
– W porządku, Nova. Zostaje ze mną – odmówił. – Ario. Oddychaj.
Za nami rozległy się paniczne kroki. Głos Jonathana zabrzmiał, oszołomiony:
– Alfo Graysonie! C-Co tu się dzieje?!
– Nova – powiedział Grayson zimnym, niebezpiecznym głosem. – Zostań tu. Nie pozwól nikomu wyjść.
– Tak, Alfo.
Podniósł mnie, jakbym nic nie ważyła, jedną ręką pod nogami, drugą wokół pleców. Instynktownie objęłam go za szyję.
Potem przeniósł mnie przez zdumiony tłum, do sklepu i znalazł prywatny pokój.
– Tutaj jesteś bezpieczna – powiedział po zamknięciu drzwi.
Wtedy pękłam. Płacząc głośno.
Strach, wstyd, panika – wszystko wylało się w chaotycznym, bezradnym potoku.
Wczepiłam się w jego nadgarstek, jakby to była jedyna rzecz powstrzymująca mnie przed rozpadnięciem się na kawałki. Nie odsunął się.
Płakałam przez 10 minut bez przerwy. Czekał, aż moje szlochanie ucichnie.
– Dz-dziękuję... Już mi lepiej – pociągnęłam nosem w końcu.
Otarł łzę z mojego policzka kciukiem. Zadrżałam na sposób, w jaki dotknął mojej skóry.
– Zawsze jesteś w rozsypce, kiedy cię znajduję – powiedział. – Dlaczego tak jest?
– Nie wiem... Przeznaczenie? – wykrztusiłam.
Wydał z siebie mroczny chichot. – To nie jest dobre.
– D-Dlaczego? – Nie chciałam być nieszczęśliwa przez cały czas.
Jego głos był niski, szorstki i napięty.
– Ponieważ coraz trudniej jest mi cię taką zostawiać – powiedział.
















