*****Punkt widzenia Tragedy*****
Nadal zamiatałam podłogę, trzymając głowę nisko, wdzięczna za nowy kaptur, który zrobiłam sobie na drutach poprzedniej nocy; pozwalał mi pozostać w ukryciu...
Dziś wieczorem odbywało się ważne wydarzenie, co niestety oznaczało, że w rezydencji roiło się od pokojówek, kucharek i strażników – panował tu większy ruch niż zwykle.
– Fuj, nie chcę robić łazienek! – usłyszałam jęk jakiejś kobiety, starając się pilnować własnego nosa i skupić na szorowaniu podłogi.
– Niech Tragedy to zrobi, ona to uwielbia! – zachichotał inny głos, a ja spięłam się na dźwięk mojego imienia.
Miałam nadzieję, że pozostanę niezauważona, ukrywając się pod kapturem, ale najwyraźniej byłam zbytnio optymistyczna.
– TRAGEDY! – warknęła jedna z dziewczyn, a ja podskoczyłam na ten ostry ton, uświadamiając sobie, że stoją teraz tuż przede mną.
– T-Tak? – Podniosłam wzrok, napotykając przeszywające spojrzenie nastolatki.
– Posprzątaj łazienki, a ja dokończę twoje zamiatanie! – zażądała, nie pozostawiając miejsca na sprzeciw, więc mogłam tylko skinąć głową w odpowiedzi.
– J-Jasne – wykrztusiłam, wyciągając rękę, by podać jej moją szczotkę...
W jednej chwili dziewczyna szarpnęła szczotkę, która wciąż tkwiła w moim uścisku, pociągając mnie za sobą. Zatoczyłam się i z głuchym łoskotem upadłam na kolana na betonową posadzkę, wciągając powietrze przez zęby z powodu nagłego bólu.
Śmiech i chichoty wypełniły powietrze, gdy pospiesznie wstawałam na nogi i rzuciłam się w stronę drzwi, zdesperowana, by jak najszybciej uciec z tego dusznego pomieszczenia.
Trzymałam wzrok wbity w stopy, czując ulgę, gdy z każdym krokiem oddalającym mnie od kuchni śmiech cichł.
Postanowiłam zacząć od wschodnich łazienek, najbardziej oddalonych od reszty pracujących, mając nadzieję, że zanim wrócę, inne pokojówki skończą swoje zadania.
Wzdychając, zatrzymałam się przy schowku, aby zebrać niezbędne środki do sprzątania łazienek. Mimo niesprawiedliwości związanej z koniecznością przyjęcia dodatkowej pracy, bo innym nie chciało się jej wykonać, byłam wdzięczna za samotność, jaką mi to zapewniało.
Zawsze czułam się bezpieczniej, gdy byłam sama...
Dziś wieczorem odbywało się przyjęcie dla syna Alfy, noc, podczas której miał wrócić z brutalnych wojen, by – miejmy nadzieję – odnaleźć swoją parę.
Nie byłam tym szczególnie podekscytowana, ponieważ oznaczało to, że każdy członek watahy, w tym ja – cherlak – musiał uczestniczyć w przyjęciu.
Gdyby nie tradycja watahy, prawdopodobnie zostałabym zmuszona do ukrycia się w moim pokoju – z dala od oczu, z dala od myśli, ponieważ budziłam odrazę u większości tutejszych ludzi.
Z westchnieniem pchnęłam drzwi do pierwszej łazienki i natychmiast zaczęłam sprzątać.
Na szczęście ta konkretna nie była w najgorszym stanie; rzadko jej używano, chyba że odbywało się jakieś wydarzenie – takie jak dzisiejsze. Nie mogłam jednak przestać myśleć o tym, że jutro, po przyjęciu, znowu będę musiała ją sprzątać.
Skupiłam się na sprzątaniu, szorując każdy zakamarek, pozostawiając łazienkę pachnącą świeżością i zachęcającą.
Po spakowaniu sprzętu wyszłam z pomieszczenia i skierowałam się do następnego na liście... nie jest tak źle!
Gdy szłam upiornymi korytarzami, jedynym dźwiękiem towarzyszącym mi było piszczenie kół mojego wiadra na drewnianej podłodze. Zatrzymałam się na chwilę, by wyjrzeć przez okno, obserwując gorączkową aktywność, gdy samochody i wojownicy rozładowywali ciężarówki.
Musieli już wrócić...
Podziwiałam luksusowe pojazdy; niektóre z nich były unikalnymi modelami, których nigdy wcześniej nie widziałam. Luksus, jaki reprezentowały, wydawał się odległym marzeniem, czymś, co mogłam sobie tylko wyobrażać...
– Co jest, kurwa?! – Prawie wyskoczyłam ze skóry, cofając się potykając na dźwięk dominującego męskiego głosu tuż obok mnie.
Serce waliło mi jak młotem, gdy adrenalina uderzyła do żył z powodu tego wtargnięcia... ale trzymałam głowę nisko, wiedząc, że lepiej nie patrzeć mężczyznom w oczy...
– To niemożliwe! – wybuchnął nagle, uderzając pięścią w ścianę, a jego głos przepełniony był czystym gniewem, ale nie śmiałam spojrzeć na niego bezpośrednio.
Nie byłam pewna, co go tak rozwścieczyło, ani czy to w ogóle było skierowane do mnie, ale utrzymywałam wzrok nisko, odmawiając rzucenia mu wyzwania.
– PATRZ NA MNIE, CHERLAKU! – zagrzmiał jego głos, nagle domagając się mojej uwagi, a ja wciągnęłam gwałtownie powietrze...
Niechętnie pozwoliłam oczom powędrować w górę, by napotkać jego spojrzenie – zimne jak kamień, pozbawione emocji, lodowate.
Jego oddech stał się szybki, a on patrzył na mnie z góry korytarza, jego rysy były twarde i groźne. Był nikim innym jak synem Alfy.
– Al-Alfo... – wydukałam, a mój głos drżał, starając się okazać mu najwyższą uległość. Nie mogłam pojąć, dlaczego wyglądał, jakby chciał mnie zniszczyć.
Następnie rozległo się szuranie, gdy przeszedł po drewnie, a dźwięk odbił się echem po korytarzu, aż jego wielka dłoń zacisnęła się na moim gardle.
W chwili, gdy nasza skóra się zetknęła, poczułam się, jakbym stanęła w płomieniach; moje ręce drżały od nieznajomego uczucia tańczącego na mojej skórze.
Moje usta otwierały się i zamykały, motyle trzepotały w brzuchu od dotyku jego dłoni, pomimo pustego faktu, że w rzeczywistości dusił mnie...
– JAK MASZ NA IMIĘ?! – wypluł, a jego martwe oczy znalazły się cale od moich.
Zdesperowana chwyciłam jego nadgarstek, błagając bez słów, by poluzował uścisk.
Niechętnie zwolnił chwyt na tyle, by pozwolić mi nabrać powietrza, a ja zachłysnęłam się, wdzięczna za cenny tlen, z którego braku nie zdawałam sobie sprawy aż do teraz. Górował nad moją drobną sylwetką, przerażająca obecność...
– Tra-Tragedy, panie – wymamrotałam, a w moim głosie brzmiała nuta wstydu.
– Tragedy? – prychnął, wyraźnie rozbawiony.
Ciepłe uczucie na mojej skórze wciąż się utrzymywało, odmawiając zniknięcia.
– Nazwisko? – naciskał dalej, a ja przygryzłam wargę, zastanawiając się nad odpowiedzią.
– Ja... Ja nie mam... żadnych rodziców, panie – wyszeptałam, upokorzona jeszcze bardziej tym wyznaniem.
Po tych słowach całkowicie puścił moje gardło, sprawiając, że upadłam na podłogę u jego stóp. Łapiąc oddech, poczułam, jak moje wnętrzności skręcają się w nagłym bólu...
– Ja, przyszły Alfa Derrick Colt z watahy Moon Lust, odrzucam cię, Tragedy, wilczyco-cherlaka z watahy Moon Lust, i decyduję się zerwać z tobą wszelkie więzi aż do mojej śmierci!
Słowa przeszyły mnie jak tłuczone szkło wbijające się w skórę, gdy okrutna rzeczywistość sytuacji zaczęła do mnie docierać... moja klatka piersiowa ścisnęła się w agonii na jego słowa.
Byłam jego parą...
Właśnie mnie odrzucił...
Zostałam odtrącona zaledwie kilka minut po tym, jak go poznałam!
Wykręcona bólem więzi wyrywanej z mojej duszy, jęknęłam i zaszlochałam na podłodze, podczas gdy on kontynuował:
– Ja, przyszły Alfa, wyganiam cię również, Tragedy, z watahy Moon Lust! Masz godzinę na opuszczenie naszej ziemi, w przeciwnym razie zostaniesz wytropiona i stracona jako samotnik! Zjeżdżaj mi z oczu, kundlu!
Jego kolejne słowa zapiekły jak żadne inne, ostre przypomnienie mojej bezwartościowości w jego oczach... w oczach wszystkich!
– Bogini Księżyca, znieważyłaś mnie! Wracam z wojny, by otrzymać tak słabe stworzenie jako moją parę? NIE MA MOWY! – kipiał dalej, zanim jego but uderzył w mój bok, posyłając mnie w poprzek podłogi.
Zanosząc się kaszlem i krztusząc, rzęziłam, trzymając się za siniejący bok...
– WYPIERDALAJ Z MOJEJ ZIEMI! – wrzeszczał, i w tym momencie spadło na mnie zrozumienie – zostałam oficjalnie wygnana z mojej watahy!
Jeśli nie wyjdę natychmiast, mój zapach zmieni się całkowicie, a oni zapolują na mnie jak na samotnika...
Z jednym ostatnim spojrzeniem na przeznaczonego mi Alfę, górującego nade mną, o ciele sztywnym z gniewu i twarzy poczerwieniałej z wściekłości, poczułam, jak ciężar mojego wygnania osiada mi na ramionach...
Moje usta otwierały się i zamykały, łzy spływały po twarzy, aż zdecydowałam, że nie ma nic więcej, co mogłabym zrobić lub powiedzieć... więc odwróciłam się i pobiegłam...
Sprintowałam tak szybko, jak tylko niosły mnie nogi, wiatr smagał moją twarz, a echa jego okrutnych słów dźwięczały mi w uszach. Ból w sercu dorównywał palącemu bólowi w nogach, ale nie mogłam się zatrzymać.
Musiałam się stamtąd wydostać i to szybko!
Z każdym krokiem czułam, jak więzy lojalności watahy się rozplatają, więzi, które kiedyś łączyły mnie z watahą Moon Lust, rozpadały się na fragmenty roztrzaskanych marzeń.
Byłam teraz sama, całkowity wyrzutek, pozbawiona jakiejkolwiek tożsamości i przynależności, jaką tu miałam... o ile w ogóle można to tak nazwać.
Byłam teraz samotnikiem...
















