**Gwen**
– Kto tam? – krzyknęłam w stronę pustej ulicy, a mój głos drżał w lodowatym nocnym powietrzu.
Odpowiedziało mi tylko głuche echo moich własnych słów. Szłam już od blisko godziny, klucząc słabo oświetlonymi ulicami, które prowadziły do mojej dzielnicy. Od dziesięciu minut pełznące, instynktowne poczucie bycia obserwowaną szarpało moje zszargane nerwy. Każdy cień zdawał się wyciągać w moją stronę, a każdy podmuch wiatru brzmiał jak podążające za mną kroki w przytłaczającej, ciężkiej ciszy nocy. Owinęłam cienki kardigan ciaśniej wokół tułowia, rozpaczliwie próbując uspokoić pędzące myśli pustym przypomnieniem, że bezpieczeństwo mojego domu było zaledwie kilka minut stąd. *Oglądasz zdecydowanie za dużo horrorów, Gwen*, zakpił mój wewnętrzny głos, próbując zracjonalizować nagły skok adrenaliny pompującej się w moich żyłach. Chciałam się zatrzymać, pozwolić oczom błądzić po migoczących latarniach i przeszukać ciemne kąty w poszukiwaniu źródła mojego przerażenia. Zamiast tego wciągnęłam ostro powietrze, spuściłam głowę i zmusiłam nogi do szybszego poruszania się po popękanym chodniku. Byłam prawie w domu. Byłam bezpieczna. Nie groziło mi żadne prawdziwe niebezpieczeństwo.
Wtem, znikąd, masywna, ciężka dłoń zacisnęła się na mojej talii.
Druga stwardniała dłoń natychmiast zacisnęła się na moich ustach, tłumiąc przeraźliwy krzyk, który wydarł się z mojego gardła. Zanim mój mózg zdążył w ogóle zarejestrować atak, mój porywacz brutalnie pociągnął mnie do tyłu. Moje obcasy bezużytecznie szurały po chodniku, gdy wciągał mnie w smoliście czarną, duszną alejkę, która cuchnęła wilgotną cegłą i gnijącymi śmieciami.
– Proszę, proszę, spójrzcie tylko, co my tu mamy – zakpił nade mną głęboki, skrzeczący głos. Przerażająca postać w cieniach obróciła mnie i przygwoździła moimi plecami do ściany, uśmiechając się z góry z mrożącym krew w żyłach rozbawieniem. – Mały, przerażony zajączek, co? I do tego całkiem śliczny.
Jego drapieżne spojrzenie bezwstydnie zjechało na moją klatkę piersiową, otwarcie gapiąc się na moje piersi falujące z paniki. Chore, mdłe uczucie ścisnęło mnie w żołądku. Wiedziałam dokładnie, czego to monstrum ode mnie chciało. Gdy jego wykrzywiony uśmiech się poszerzył, jego wydłużone kły wysunęły się w dół, wystając ostro i zabójczo zza popękanych warg. Mój oddech uwiązł mi w gardle z czystego przerażenia. On nie był człowiekiem.
Zacisnął dłonie mocniej na mojej talii, boleśnie wbijając palce w moje biodra, i siłą przyciągnął moje szamoczące się ciało prosto do swojej twardej sylwetki. Nie było między nami ani milimetra wolnej przestrzeni; czułam każdą linię jego muskularnej klatki piersiowej. Wtulił swoją brudną twarz głęboko w zagłębienie mojej szyi, biorąc długi, głęboki wdech z mojej skóry, i wydał z siebie gardłowy warkot obrzydliwej rozkoszy.
– Gdybym wiedział, że ludzki strach pachnie tak niewiarygodnie podniecająco, wyruchałbym o wiele więcej z nich, zanim w końcu bym cię złapał – zachrypiał przy mojej skórze, wydając z siebie złośliwy, ohydny śmiech, który zmroził krew w moich żyłach.
Zanim zdążyłam przetworzyć przerażenie bycia uwięzioną samotnie w zaułku przez zdziczałego zmiennokształtnego, z ciemności natychmiast zmaterializowała się druga męska sylwetka. Poruszał się z nadprzyrodzoną prędkością, jakiej żaden człowiek nie mógłby nigdy posiadać.
Blondyn, który właśnie się pojawił, przyglądał mi się z surowym, nieukrywanym głodem. – Garek! Wszędzie cię szukaliśmy – poskarżył się, wchodząc głębiej w przyćmione światło sączące się z ulicy. – Wygląda na to, że złapałeś nawet przekąskę. Nie pofatygujesz się, by podzielić się z najbliższymi przyjaciółmi? Jestem taki rozczarowany.
Zacisnęłam oczy, a moje ciało sparaliżował strach. Mój porywacz, Garek, był górą czystych mięśni z włosami w kolorze węgla i chorym, sadystycznym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Zmiennokształtny blondyn, Corbin, był nieco niższy, ale i tak górował nad moją drobną, ludzką posturą. Stali w brudnym zaułku, dwa dosłowne potwory od niechcenia sprzeczające się o mój zbliżający się gwałt, jakbym nie była niczym więcej niż kawałkiem mięsa pozostawionym do wzięcia.
– A co, jeśli nie miałem zamiaru się dzielić? – ryknął zuchwale Garek. Pchnął mnie do tyłu, miażdżąc mój kręgosłup o zimną, szorstką, ceglaną ścianę z tak ogromną siłą, że powietrze uleciało z moich płuc w głośnym sapnięciu. – Ta jest moja. Znalazłem ją i złapałem bez niczyjej pomocy. To uczciwe, żebym cieszył się swoim zwycięstwem sam.
Corbin zjęczał żałośnie, krzyżując ramiona i posyłając desperackie spojrzenie swojemu przyjacielowi. – Daj spokój, stary, pozwól mi po prostu posmakować tej. Chętnie podzielę się z tobą moją następną. Jesteśmy przyjaciółmi. Przyjaciele powinni się dzielić. – Spojrzał na mnie ponownie, a jego oczy pozbawione były choćby uncji wyrzutów sumienia z powodu brutalnego ataku, który właśnie planowali.
– Powiedziałem nie – warknął Garek, a jego ciemne oczy posłały blondynowi mordercze spojrzenie. – Idź znaleźć sobie inną. Ten człowiek jest wyłącznie mój. Nie wkurwiaj mnie. Szał zacznie się lada moment, a ja nie przestanę, dopóki nie rozerwę tej dziwki na pół. I tak nie będziesz miał czym się bawić, więc po co marnować twój czas?
Corbin jęknął z frustracji, robiąc kolejny krok w naszą stronę. – Sugeruję sprawiedliwy podział. Ty będziesz ostatni. Jesteś z nas najbardziej pierwotny. Ja tylko ją wypróbuję. Szybka degustacja, jeśli wolisz, a potem sobie pójdę. Potem będziesz mógł ją zabić. To jedyna cipka w promieniu pięciu mil. Daj nam spokój, Garek! Będę ci za to bardzo wdzięczny.
Otworzyłam oczy, gorączkowo przenosząc wzrok z jednej na drugą bestię, które negocjowały warunki mojej napaści seksualnej prosto przed moją twarzą. Mój umysł pędził, desperacko szukając drogi ucieczki, ale moje kończyny ciążyły jak z ołowiu. Już jeden zmiennokształtny był wyrokiem śmierci. Dwóch oznaczało, że zostanę brutalnie zgwałcona i zabita na tym brudnym betonie. Łzy popłynęły po moich policzkach, gorące i szybkie, zamazując mi pole widzenia.
– Dobra – warknął Garek, sprowadzając mnie z powrotem do druzgocącej rzeczywistości mojej sytuacji. – Jesteś mi dłużny udziały z trzech następnych zdobyczy, które złapiesz. Umowa stoi?
– Stoi – Corbin uśmiechnął się złośliwie, zacierając ręce.
Garek pochylił się blisko, a jego ostre kły musnęły małżowinę mojego ucha. – Nawet nie waż się stawiać oporu – szepnął, a okrutne, obrazowe ostrzeżenie spłynęło z jego języka. – Jeśli to zrobisz, będzie tylko bardziej bolało. Jeśli będziesz grzeczną dziewczynką, może sprawię, że poczujesz się dobrze. Niczego nie obiecuję. – Ugryzł lekko płatek mojego ucha, wysyłając wstrząs obrzydzenia prosto do mojego wnętrza.
Corbin zachichotał, wyraźnie rozbawiony surową paniką pływającą w moich oczach.
Bez żadnego kolejnego słowa ostrzeżenia Garek wysunął swoje ostre jak brzytwa pazury. Chwycił materiał mojej bluzki i rozerwał go jednym bezwysiłkowym cięciem, wystawiając moją klatkę piersiową na przenikliwe nocne powietrze. Poruszali się z przerażającą synchronizacją. Garek uniósł mnie za ramiona, podczas gdy Corbin chwycił pasek moich spodni, rozpinając zamek i zsuwając moje dżinsy do kostek jednym ostrym, brutalnym ruchem.
Wierzgałam nogami, rzucając się i krzycząc, ale dźwięki umierały stłumione w głębi mojego gardła. Moja ludzka siła była niczym w starciu z nimi. Bezdusznie ściągnęli mnie w dół, uderzając moimi nagimi plecami o bezlitosny beton zaułka.
Garek użył swojej ogromnej siły, by przygwoździć oba moje nadgarstki nad głową zaledwie jedną ręką, a jego uścisk był jak żelazne imadło. Corbin pospiesznie rozpiął własne spodnie, uwalniając kutasa, i zrzucił ciężar swojego ciała prosto między moje nagie nogi. Kiedy jego szorstkie dłonie wbiły się w moje uda, by szerzej mnie rozchylić, mocno zacisnęłam oczy. Szlochałam niekontrolowanie. Pozbawiona możliwości obrony, poddałam się tej druzgocącej rzeczywistości. Przegrałam.
Wtedy miażdżący ciężar między moimi nogami zniknął.
Corbin został oderwany od mojego ciała. Dzikie, zajadłe warczenie odbiło się głośnym echem w oddali, a zaraz po nim nastąpiło ciężkie, przyprawiające o mdłości uderzenie o ceglany mur. Mokre, żałosne skomlenie przebiło ciemność alei.
Gramoląc się, otworzyłam pełne łez oczy, łapczywie chwytając powietrze. Garek gwałtownie uniósł głowę, niewzruszony nagłym zamieszaniem.
– Skończyłeś bawić się w chowanego, Corbin? – zapytał kpiąco Garek. Zacisnął uścisk na moich nadgarstkach, a jego palce wbijały się tak mocno w moje kruche kości, że myślałam, iż pękną. – Rusz tu swój tyłek, albo wezmę człowieka tylko dla siebie.
Z głębokich cieni w pobliżu wejścia do zaułka dobiegł załamany, przepełniony bólem głos Corbina. – T-to... Garek... T-to nielegalne... My... nie możemy... – zająkał się słabo, brzmiąc, jakby dławił się własną krwią.
Ignorując agonalny stan przyjaciela, Garek wydał z siebie potężny śmiech. Uśmiechnął się do mnie z góry, obnażając swoje na wpół zgniłe, żółte zęby w przyćmionym świetle. Wyglądał na obłąkanego – brudne, poszarpane ubrania, ciemne worki pod oczami i dziki, szalony błysk tańczący w jego smoliście czarnych tęczówkach. Płynnie Garek przeniósł swój ciężar i zajął opuszczone miejsce Corbina między moimi nogami.
– Mnie to pasuje! – sadystycznie oświadczył Garek. – Więcej dla mnie do smakowania i rozkoszowania się.
Już nie zasłaniał mi ust. W końcu odzyskałam głos.
– Proszę, nie. Przestań, nie rób tego, proszę – szlochałam, błagając o litość, błagając, by mnie oszczędził i pozwolił mi odejść.
Ale moje łzy tylko podsycały jego chore pragnienia. Garek uśmiechnął się szerzej, a jego kły błysnęły w ciemności. W maniakalny sposób oświadczył, jak bardzo uwielbia patrzeć na czysty ból odbijający się w moich oczach, żądając, abym błagała go jeszcze bardziej.
Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, jakaś niewidzialna siła pociągnęła Garka do tyłu.
Sapnęłam, kurcząc się na brudnej ziemi. Zamaskowany, potężnie zbudowany nieznajomy rzucił zdziczałym zmiennokształtnym o ceglaną ścianę z druzgocącą siłą, która wstrząsnęła ziemią pode mną. Garek rzucał się dziko, warcząc i kłapiąc szczękami jak uwięzione, wściekłe zwierzę, desperacko walcząc o uwolnienie. Ale tajemniczy mężczyzna pozostawał przerażająco milczący.
Z jednym, nieodgadnionym spojrzeniem rzuconym na moją drżącą postać, nieznajomy chwycił Garka za głowę. Jednym płynnym, bezwysiłkowym ruchem skręcił kark wilkołaka brutalnym szarpnięciem. Głośny, przyprawiający o mdłości trzask odbił się echem od ścian zaułka. Martwe ciało Garka opadło na zimny beton jak porzucona szmaciana lalka.
Leżałam półnaga na obskurnej ziemi, trzęsąc się niekontrolowanie, gdy z przerażeniem patrzyłam w górę na mojego potężnego wybawcę. Właśnie bez najmniejszego wysiłku zabił śmiertelnie niebezpiecznego zmiennokształtnego, nawet się przy tym nie pocąc. Panika przetoczyła się gorąco i szybko przez moje żyły. Czy był tu po to, by dokończyć to, co zaczęło tych dwóch? Czy zamierzał mnie zgwałcić? A może to mnie zamierzał zabić jako następną?
Zamaskowany mężczyzna odwrócił się w moją stronę. Powoli zbliżył się do mojego poobijanego ciała, stawiając ostrożnie ciężkie kroki. Odsunęłam się do tyłu, oplatając nagie ramiona wokół odsłoniętej klatki piersiowej, a moje serce uderzało o żebra. Górował nade mną, potężna góra czystych mięśni pod ciemnymi ubraniami. Jego twarz była ukryta pod ciemną maską, ale jego oczy wbiły się w moje. Zdawały się kryć dziwne, niezrozumiałe emocje, których nie potrafiłam rozszyfrować w moim spanikowanym stanie.
Opuścił swoją potężną głowę, kucając obok mnie. Intensywne, promieniujące ciepło jego ogromnego ciała omyło moją drżącą, zamarzającą skórę. Przygotowałam się na cios, na to, że jego szorstkie dłonie rozedrą resztkę moich ubrań i rozdzielą moje nogi siłą.
Zamiast tego sięgnął do kołnierza swojego ciężkiego płaszcza. Szybkim, zaskakująco delikatnym ruchem zdjął go z szerokich ramion i upuścił na moją nagą, drżącą postać. Gruby materiał pochłonął mnie, niosąc ze sobą jego odurzający zapach i surowe ciepło.
Wyprostował się, górując nade mną po raz ostatni.
– Wracaj do domu! – rozkazał głębokim, apodyktycznym głosem, który wibrował prosto w moich kościach.
Zanim zdążyłam wypowiedzieć choćby jedno słowo wdzięczności lub zapytać, kim był, odwrócił się do mnie plecami i płynnie zniknął w nieprzeniknionych cieniach.
















