Zasada i Uciekinier

Zasada i Uciekinier

Autor: cumin

Rozdział piąty
Autor: cumin
4 mar 2026
**DRAVEN** Gramolę się na drugą stronę korytarza, tak by wyglądało na to, że wracam z toalety. Wracając do baru, napotykam smutne, ciężkie oczy Barta. Próbując udawać, że nie mam pojęcia, co się dzieje, uśmiecham się tak promiennie, jak tylko pozwala mi na to moje rozczarowane serce. – Co jest nie tak, szefie? – Um, Draven – muszę... – urywa, gdy ktoś podchodzi od tyłu. *Ojej, niech zgadnę kto to. Przewracam oczami.* Mogłabym być głucha i ślepa, a i tak wiedziałabym, kto stoi za mną. Jego ciepło znów napiera na moje plecy, a włoski na moim karku stają na baczność. *Jeśli odchylę się, tylko odrobinę... mój tyłek dociśnie się prosto do jego... Nie Draven, nie!* – Bartlett musi wyremontować mieszkanie na górze – więc będziesz musiała zatrzymać się gdzie indziej, dopóki nie skończy – przerywa niski głos Domonica. *O co teraz chodzi?* – Gdzie indziej? – Moje pytające oczy spotykają oczy Barta, a on wzrusza ramionami. – Gdzie indziej? Wiedząc to, co wiem – czyli że Domonic kłamie – budzi się we mnie złość i odwracam się do niego z wrogim spojrzeniem. Uśmiecha się drwiąco, ten słodki dołeczek mruga wystarczająco, by sprawić, że moje majtki robią się wilgotne. – Mogę cię ulokować w pewnym miejscu, małym kondominium na szczycie wzgórza. – Nie, dzięki. Nie stać mnie na to – mówię równym głosem, przyciskając plecy do lady, by stworzyć dystans między nami. Jest zdecydowanie za blisko. Apetyczny zapach, który od niego bije, przyprawia mnie o zawroty głowy. – Stać cię. – Jego szczęka napina się i patrzy na mnie z góry. – Nie będziesz musiała płacić czynszu, bo jestem właścicielem. Moje oczy mrużą się i przechylam głowę w jego stronę z wyrzutem. *Nie mogę pozwolić mu wiedzieć, że słuchałam ich rozmowy.* – Nie chcę niczego od ciebie – warczę. Syczy, mięsień w jego szczęce drga. Kładąc dłonie na barze po obu moich stronach, więzi mnie ponownie. Napierając bliżej, tak że dzieli nas zaledwie kilka cali, odpowiada: – W takim razie zostaniesz ze mną. W moim domu. Słyszę, jak Bart upuszcza szklankę za barem i klnie. Prycham. – Z tobą? W twoim domu? – Cóż, jeśli *to* nie wywołało napadu chichotu. – Wolałabym spać *na* barze albo na stacji kolejowej – ripostuję. – Nie, dzięki. Nagle pochyla głowę do przodu, a ja zamieram. Jego nos przesuwa się w długie tylne pasma moich włosów, a jego usta ledwie muskają mój policzek w drodze do ucha. Muszę zmuszać się, by stać w miejscu, chociaż instynkt każe mi cofnąć się gwałtownie. Jego oddech ogrzewa moją szyję i mogłabym przysiąc, że słyszę początki jęku. Szepcze: – W takim razie, albo bierzesz condo, albo wsiadasz w pociąg. Jaka jest twoja decyzja? Moje serce zaczyna walić w piersi przez jego bliskość. Wyborny sosnowy zapach jego wody po goleniu przenika przez moje zmysły, powodując drżenie wewnątrz. Czuję, jak jego ramiona zamykają się z każdej strony mojej sylwetki. Jakby domykał je wokół mnie, milimetr po milimetrze. Elektryczność iskrzy, gdy przyciska się bliżej mojej klatki piersiowej. Tak mocno, że jestem zaskoczona, iż nie trzeszczy. Otwieram usta, by coś powiedzieć, ale słowa grzęzną mi w gardle, gdy czuję miękkie muśnięcie jego zębów na płatku mojego ucha. *O Boże. Co on, kurwa, robi?* Szepcze delikatnie: – Proszę. Tylko dopóki nie będziemy mogli wzmocnić ochrony w twoim mieszkaniu. Potem odsuwając się, spotyka moje oczy bezpośrednio, kiwając do mnie głową, podczas gdy ja stoję tam, dysząc ciężko. Moje spojrzenie zwęża się na niego, a on uśmiecha się drwiąco, krzyżując ramiona na piersi. *Skurwysyn! Zrobił to całe gówno celowo. Po prostu mnie nakręcał.* *On wie! Musiał mnie widzieć, jak tam chowałam. Dlatego zatrzymał się w korytarzu.* – Dobra – cedzę, dźgając go ostro w klatkę piersiową. – Ale zachowuję moją pracę. Domonic krzywi się na mnie. Jego oczy uciekają w górę i do tyłu, tam gdzie po drugiej stronie lady stoi Bart. – To nie jest konieczne, bo tak jak powiedziałem, nie będę pobierał od ciebie czynszu. Śmieję się – ten dupek naprawdę jest czymś innym. – Jest konieczne, bo będę ci spłacać – warknęłam. – Spłacać mu za co? – Gęsty, aksamitny głos rozlega się od strony Domonica i wiem bez patrzenia, że to Barbie. Domonic widocznie napina się, gdy kładzie artystycznie wymanicure'owaną dłoń na jego ramieniu. Teraz, gdy stoję z nią twarzą w twarz, nie wygląda nawet w przybliżeniu tak uroczo, jak z początku myślałam. Jej twarz pokryta jest calem tapety, a oczy są zbyt blisko siebie, dusząc grzbiet jej spiczastego noska. Ma jednak fajne cycki. Suka. Ale jeden rzut oka w dół mówi mi, że to wszystko, co ma. Jej biodra nie istnieją. Martwe niebieskie oczy znajdują moje i warczy: – Zadałam ci pytanie. *Jest wyższa ode mnie.* *Ale dam jej radę.* Uśmiecham się, miło i promiennie, po czym zwracam uwagę z powrotem na Domonica. – Czy możesz odprowadzić swoją wywłokę z powrotem do stolika, proszę? – Wywłokę?! – Wścieka się. Bart wyje ze śmiechu za mną, jego śmiech dodaje kolejną miarę radości do mojego uśmiechu. – Margo, to nie twoja sprawa. Idź i wsiądź do samochodu. Wychodzimy – mówi beznamiętnie Domonic. *Margo, co? Ble. Nuda...* Margo tupie jedną nogą, po czym odwraca się na pięcie, kierując się w stronę drzwi. Upewnia się jednak, by posłać mi jeszcze jeden sukowaty grymas przed wyjściem, i za to jestem jej wdzięczna. *Pizda*. Domonic masuje skroń. – Jak mówiłem, nie będziesz potrzebować tej pracy. Podparłam palcem brodę, jakbym była pogrążona w głębokim zamyśleniu. – Cóż, w takim razie nie ma mowy. Bo lubię tę pracę i nie powstrzymasz mnie przed nią. Gromi mnie wzrokiem, po czym chichocze mrocznie. – Dobra. Możesz zachować pracę, ale żebyś wiedziała, condo jest cztery mile pod górę. Więc jeśli upierasz się przy zatrzymaniu jej, spędzisz sporą ilość czasu na chodzeniu. – Lubię chodzić – mówię, i to prawda, lubię. – To świetne na mój tyłek – dodaję. – Brzmi jak dobra zabawa. Znowu zaciska zęby. Oczy stają się ciężkie, gdy śledzą moje biodra. – Nie będziesz chodzić czterech mil każdej nocy o drugiej nad ranem. – Mogę ją odwozić do domu – oferuje Bart. Uśmiecham się z wyższością. – Widzisz? Bart mnie odwiezie. Domonic kiwa głową, taksując wzrokiem Barta, gdy ten odwraca się, by wyjść. – Zobaczymy się z wami obojgiem w condo dziś wieczorem w takim razie. – Nie możesz mi po prostu dać klucza teraz? Nienawidziłabym narzucać się na twoją potańcówkę. Ignoruje mnie, chichocząc, gdy wychodzi. *Muszę być szalona. Nawet nie lubię tego faceta! Mógłby być seryjnym mordercą, jak na moją wiedzę.* Jakby Bart czytał mi w myślach, mówi: – Nie martw się, młoda. Domonic to dupek, taa, ale to też dobry facet. – Ty tak mówisz. Zanim Bart zamyka lokal, a ja przepakowuję plecak, jest trzydzieści minut po drugiej w nocy. Wsiadamy do jego ciężarówki i ruszamy w gęstą mgłę otaczających ulic. Na drodze nie zostało wiele samochodów, a ograniczone oświetlenie uliczne tylko dodaje upiornej atmosfery. Księżyc jest tylko w kwadrze i częściowo zasłonięty, więc mój widok na krajobraz wokół mnie jest stłumiony. W drodze na najbardziej strome ze wzgórz, zerkam na Barta. – Jak daleko mieszkasz od condo? Uśmiecha się drocząco. – Mieszkam tylko przecznicę dalej. Dlaczego? Boisz się? – Nie boję się, dokładnie. Po prostu... jestem ostrożna. Wzdycha, sięgając ręką, by przyciągnąć mnie do przyjacielskiego uścisku bokiem. – Jesteśmy tu w większości dobrymi ludźmi, Draven. Kiedy pobędziesz tu chwilę, zobaczysz to. Poza tym, to nie tak, że będziesz sama na posesji. – Na posesji? Śmieje się. – Condo stoi na posesji właściciela. Chyba można powiedzieć, że to bardziej domek gościnny. *Domek gościnny?* *Domek gościnny Domonica?* – A moim właścicielem jest... – mówię, akurat gdy przejeżdżamy przez nowoczesną bramę otoczoną wiecznie zielonymi drzewami. – Domonic – syczę, widząc go stojącego na zewnątrz dużego, nowocześnie wyglądającego domu, który wydaje się być od ściany do ściany ze szkła. Opuszczam szybę, gdy ciężarówka stoi na jałowym biegu obok niego. Ma na sobie szare spodnie dresowe i pasującą bluzę z kapturem. I... wygląda smakowicie. – Gdzie wy dwoje, kurwa, byliście? – warczy gniewnie. – Czekam tu od czterdziestu pięciu minut. – Musiałem zamknąć, stary. A Draven musiała spakować swoje rzeczy. Domonic taksuje nas dwoje podejrzliwie, po czym przewraca oczami ku niebu i gestem nakazuje Bartowi jechać dalej podjazdem. Gdy mijamy główny dom, chłonę wszystkie jego cechy. Dosłownie widzę kuchnię, salon i jadalnię przez nieskazitelne szklane ściany. Kanał sportowy leci na siedemdziesięciopięciocalowym płaskim ekranie w środku, a obraz jest tak dobry, że przez sekundę czuję się, jakbym była w pokoju. Nowoczesny wystrój utrzymany jest w brązach i bielach, wszystko w tym miejscu wygląda wyraziście drogo. Nagle boję się tego, co mogę zobaczyć przez te szklane ściany. *Gdzie jest jego dziewczyna? Margo.* *Nie chcę miejsc w pierwszym rzędzie na Pięćdziesiąt Twarzy Dziwki!* Odwracając się z powrotem do podjazdu i z dala od domu, widzę to. „Condo”. Wygląda jak miniatura głównego domu, ale z mniejszą liczbą okien na drugim piętrze. – O. Mój. Boże – mówię cicho, gdy podjeżdżamy, a światło na werandzie się zapala. – Nie... nie stać mnie na to! Bart śmieje się serdecznie, wyłączając silnik. – Bez czynszu, pamiętasz? – Ale ja nie chcę, żeby to było za darmo! Chcę mu spłacić! – No to mu spłać. – Ale! – warczę przez zaciśnięte zęby. – Nie stać mnie na to! W tym momencie drzwi pasażera otwierają się i Domonic wkracza w naszą przestrzeń. Mierzę go ostrożnie wzrokiem. – Mieszkasz tutaj. – To nie jest pytanie, ale on kiwa głową, z oczami na Barcie. – Wy dwoje siedzicie okropnie blisko siebie. – Nieomylny pomruk ledwo wyczuwalnego warkotu wypełnia powietrze. Bardzo podobny do tego, który słyszałam pierwszego dnia, gdy weszłam do baru. Jakże to dziwne... Moja warga unosi się w irytacji i powoli odwracam się na siedzeniu, by złożyć bardzo wdzięczny, bardzo mokry pocałunek na policzku Barta. – Dziękuję – szepczę, uśmiechając się, gdy Bart wygląda, jakby nie mógł oddychać. – Do jutra, szefie.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział piąty – Zasada i Uciekinier | Czytaj powieści online na beletrystyka