Zasada i Uciekinier

Zasada i Uciekinier

Autor: cumin

Rozdział siódmy
Autor: cumin
4 mar 2026
**DRAVEN** Budzę się, nie do końca wiedząc, gdzie jestem. Łóżko pode mną jest tak miękkie, że szczerze zastanawiam się, czy w ogóle śpię. Może nie śpię, może umarłam i jestem w niebie. Ale wtedy dzwoni dzwonek do drzwi. *Czy miałam plany na ten poranek? Chyba tak. Jestem prawie pewna, że tak... ale jakie?* Otwieram oczy. – Cholera! Która godzina?! Dzwonek rozbrzmiewa ponownie, a ja wypadam z łóżka, sięgając po rzeczy, które miałam na sobie wczoraj. – Kurwa! Idę! Czekaj do jasnej cholery! Potykając się, schodzę po schodach w brudnych ubraniach i pstrykam przełącznikiem, pozwalając roletom odsłonić gęstą poranną mgłę otulającą podwórko. Ten widok wywołuje zadowolony uśmiech na mojej twarzy. *Wow... naprawdę jest tu pięknie.* *Ding dong!!!!* – Jezu! – wrzeszczę, otwierając drzwi. – Co ty masz za problem? Stoi tam, wyglądając seksownie jak diabli, z cieniem uśmiechu na twarzy. – Mówiłem, że dziewiąta rano punktualnie. Domonic. Oczywiście. Zapomniałam o umówionym śniadaniu. – Nie spóźniłam się – mówię mu gładko, wycierając sen z oczu i pokazując mu środkowy palec. Chichocze, a jego jasne, srebrzyste spojrzenie iskrzy rozbawieniem. – Spóźniłaś się. Jest dziesiąta rano. Na twojej szafce nocnej jest budzik. Używaj go. – Po co? – kontruję, krzyżując ramiona na piersi i starając się nie zauważać, jak rześko i ruchable wygląda w białych dresach i śnieżnobiałym bezrękawniku. *Kurwa. Widać jego tatuaże. I mięśnie. A ja chcę położyć usta na każdym z nich. O matko boska...* Ale wtedy... jego perfumy docierają do mnie i prawie wymiotuję!!! *Pieprzona Margo. Czuję ją na nim wszędzie. Ohyda.* Nagle jestem wściekła. Nie potrafię wyjaśnić dlaczego, ani nie mam prawa być, ale jestem. – Nie chciało mi się wstawać. Chciałam się powylegiwać jeszcze kilka minut, śmiejąc się, bo dostałam to, czego chciałam, i jeszcze trochę. Jego oczy zwężają się, a uśmiech znika. – Dostałaś to, czego chciałaś. Czyli co? Prycham. – Nie ciebie. Więc, nara! – Moja próba zatrzaśnięcia mu drzwi przed nosem zostaje udaremniona przez jasnobiały but Nike. Prawie wychodzę z siebie. – Coooo? – Ej, uspokój się! Czekaj chwilę! Powiedziałem ci, że zjemy śniadanie, i zjemy. Obdarzam go słodkim, cukierkowym uśmiechem. – Nie. Nie zjemy. Zjedz śniadanie z Margo zamiast ze mną. Jedna brew unosi się w rozbawieniu. Półuśmiech wykrzywia jego usta, gdy je oblizuje. – Margo już nie ma. Śmieję się. – O tak? Czy najpierw cię zaznaczyła? Ha! – Co? – Wzdryga się, gdy rzucam mu sarkastyczny grymas. Jego twarz wygląda przez sekundę na tak przerażoną, że prawie wybucham śmiechem. – Co masz na myśli, mówiąc „co”? – rechoczę, przechylając głowę i patrząc na niego czujnie. Potem, przewracając oczami, mówię: – Kiedy wyszła? *Głupie pytania dostają głupie odpowiedzi, Draven!* Napina szczękę, spuszczając wzrok, jakby się wstydził. – Dziś rano. – Myślałam, że powiedziałeś, że odwieziesz ją wczoraj w nocy – docinam mu, mrużąc oczy i popychając drzwi, by je lekko przymknąć. Zdenerwowany drapie się po karku, zerkając w lewo i w prawo, jakby ktoś mógł wyskoczyć i uratować go przed moim gniewem. – Miałem zamiar, ale ja... – przerywa, krzyżując ramiona na piersi i niechcący sprawiając, że jego mięśnie piersiowe stają się bardziej widoczne. Jego twarz przybiera wyraz oburzenia. – ...chwila, nie muszę ci się tłumaczyć. – Nie, nie musisz, zgadzam się – szczebioczę słodko, posyłając mu mój najbardziej zarozumiały uśmiech. – A ja nie muszę jeść z tobą śniadania. – Próbuję zamknąć drzwi, ale on wpycha się do środka, a ja w geście frustracji wyrzucam ręce w górę. – Serio? – warczę, tupiąc nogą ze złości. – Po prostu wepchniesz się do środka? Widzisz? Dlatego chcę płacić czynsz! Żeby nie musieć cię tu wpuszczać i nie musieć być dla ciebie miła. – Rzucam mu miażdżące spojrzenie. – Musisz wyjść. Odwracając się do mnie twarzą, jego oczy błyszczą perwersyjną przyjemnością. – Jesteś zazdrosna – oskarża, kręcąc ramionami i taksując mnie wzrokiem, gdy podchodzi bliżej. Chichoczę, opadając na kanapę ze śmiechem. – Nie. Nie jestem zazdrosna. Po prostu nie lubię ciebie ani twojej suki. Nigdy nie zamierzałam przyjść na śniadanie – kłamię. Zamierzałam, ale teraz, gdy wiem, że ona dopiero co wyszła, cieszę się, że pospałam dłużej. Wydaje się toczyć ze sobą jakąś walkę, jego oczy biegają tam i z powrotem, jakby nie wiedział, co jeszcze powiedzieć. W końcu spoczywają na mnie, a on przełyka ciężko ślinę. – Tym razem jej nie pieprzyłem. – Tym razem? – Znowu się śmieję. – Teraz mogę umrzeć szczęśliwa, dzięki za info. – Przewracam oczami. – Nie obchodzi mnie, czy ją pieprzyłeś czy nie, śmierdzisz jej perfumami, a ja jestem skrajnie uczulona na zapach Pospolitej Cipy, więc jeśli nie masz nic przeciwko... Gapi się na mnie, trzymając ręce splecione za plecami jak żołnierz. Oczy stają się ciężkie, gdy mnie obserwuje, rozgrzewając się emocją, której nie potrafię do końca rozszyfrować. Nagle czuję się skrajnie skrępowana swoim wyglądem. Bo wciąż mam na sobie wczorajsze ubrania. *Muszę wziąć swoje napiwki i iść dziś na zakupy. Potrzebuję więcej ubrań.* Brwi Domonica opadają, a jego głos brzmi nieco napięcie: – Nie odwiozłem jej wczoraj w nocy, bo nie chciałem zostawiać cię tu bez ochrony. Więc, kiedy nastał ranek, kazałem ją odebrać. – Bez ochrony? – Wstaję powoli, a potem podchodzę do niego, ignorując elektryczne drżenie energii, które czuję, gdy się zbliżam. Wiem, że powinnam być zadowolona z jego wyjaśnienia, ale jakoś nie jestem. – Wiedziałeś, że podsłuchuję wczoraj w nocy, prawda? Kiwa głową. – Tak. Jestem zaskoczona nagłym gniewem, który we mnie wybucha. – Więc to dlatego nagle chcesz się mną opiekować. Teraz nagle jestem warta twojego zachodu. Ale zanim dowiedziałeś się o moim... – powstrzymuję się, zaciskając oczy na sekundę przed kontynuowaniem – ...problemie... nie byłam wystarczająco dobra dla ciebie ani twojego miasta. Zanim wiedziałeś – nie miałeś problemu z pozbyciem się mnie. Wzdryga się, po czym kręci głową w zaprzeczeniu. – Nie *nie miałem problemu* z tym. Próbowałem nie mieć – mamrocze prawie zbyt cicho dla moich uszu. – Ale zanim dowiedziałem się o twoim problemie, mogłem pozwolić ci odejść bez poczucia odpowiedzialności. Teraz, kiedy wiem, nie możesz wyjechać, dopóki nie będę wiedział, że będziesz bezpieczna. – Och, doprawdy? – Zaczynam się śmiać. Ten dupek ma tupet. – A kim ty, do kurwy nędzy, myślisz, że jesteś? Nie jesteś mi nic winien! Newsflash, mogę nigdy nie być bezpieczna. Więc nie przychodź tu, próbując zgrywać miłego faceta teraz, gdy się nade mną litujesz. Poradzę sobie, nie potrzebuję twojej ochrony ani twojego śniadania. Piorunuje mnie wzrokiem. – Dobra. – Odwracając się do wyjścia, warczy: – Po prostu myślałem, że moglibyśmy się trochę poznać, ale chuj z tym. – Cześć! – mówię głośno, czując się lekko winna. To znaczy, to jest naprawdę fajne miejsce, a ja jestem całkiem głodna. Co to ma za znaczenie, jeśli pomaga mi tylko z powodu siniaków? Przynajmniej *naprawdę* mi pomaga. *Kurwa, jestem idiotką!* Zrywając się z sofy, ruszam za nim. – Czekaj!

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki