Zasada i Uciekinier

Zasada i Uciekinier

Autor: cumin

Rozdział dziesiąty
Autor: cumin
2 mar 2026
**DOMONIC** Zerkając na telefon, widzę, że siedzę tu już godzinę i piętnaście minut. – Dobra. Idź, ja też muszę się stąd wydostać. Po zamknięciu biura, przy drzwiach zatrzymuje mnie Margo w swoich błyszczących srebrnych gwiazdkach i mocnym makijażu. Jej ciało jest w pełni wyeksponowane, i mam na myśli w pełni. W końcu pracuje tutaj w klubie i przyciąga wielu klientów. Ale zauważam od razu, że po raz pierwszy od poznania jej, mój kutas nawet nie drgnął. Cholera. – Gdzie idziesz? – pyta, łapiąc mnie za ramię, by powstrzymać mnie przed wyjściem za drzwi. – Jestem zajęty, Margo. Już ci to mówiłem. Zejdź mi z drogi. – Czekaj! – mruczy. – A co z dzisiejszym wieczorem? Mogę przyjść? Zostawiłeś mnie dość niezaspokojoną wczoraj w nocy. Zbyt zajęty tą suką, żeby zająć się mną tak, jak powinieneś. Muszę się zaśmiać. Ta głupia zdzira. – Margo, nie jesteś moją dziewczyną. Wiesz o tym. Najlepiej by było, gdybyś przestała przychodzić, dopóki ta dziewczyna nie wyjedzie. Mruży na mnie oczy, krzyżując ramiona pod ciężkimi piersiami. – Co? Dlaczego? – Nie martw się o to dlaczego. Po prostu trzymaj się z daleka na razie. – Potem wychodzę bez jednego spojrzenia za siebie. Kiedy docieram przed butik, jestem powalony widokiem Draven po drugiej stronie ulicy, śmiejącej się z Paulem. Pieprzeni zdrajcy. Wszyscy co do jednego. **DRAVEN** – O, moja podwózka. – Wstaję i łapię torby w momencie, gdy Hummer pojawia się po drugiej stronie ulicy. Paul uśmiecha się. – Okej. Więc do zobaczenia jutro wieczorem. Kiwam głową. – Tja. Będę czekać. Przechodzę przez ulicę, przewracając oczami na czarne szyby Hummera. *Spóźniłeś się, dupku.* Gdy jestem w środku samochodu, przesuwam dłońmi w górę i w dół po ramionach, by odpędzić chłód, zanim zapinam pas. Zerkając na Domonica, widzę, że jego wzrok jest utkwiony w kawiarni i w Paulu wchodzącym z powrotem do budynku. Nawet nie mruga. – Myślałam, że powiedziałeś pół godziny. Nie patrzy na mnie. Jego szczęka jest zaciśnięta w gniewie, a kostki dłoni zbielały na drążku zmiany biegów. – Moja sprawa... przedłużyła się. – Widzę. Co jest grane? Wracamy do mieszkania czy co? Znowu się nie odzywa, ani nie odrywa wzroku od sklepu Paula. – Domonic... – Myślałem, że musisz iść na zakupy. – Poszłam na zakupy – mówię, potrząsając torbami przed sobą. – Skończyłam zakupy prawie godzinę temu. Śmieje się mrocznie. – Więc byłaś po drugiej stronie ulicy z Pięknym Paulem przez godzinę? Krzywię się. – Na to wychodzi. Czy on nie jest twoim przyjacielem? W końcu odrywa wzrok od sklepu, by zwrócić się do mnie z uśmiechem zaciśniętych ust. Wrzucając bieg, bada drogę przed nami, ale nie rusza spod krawężnika. – O czym rozmawialiście? Piorunując go wzrokiem, przypominam sobie, co Paul powiedział mi o tym, jak Domonic rozkazał im mi nie pomagać. – Głównie rozmawialiśmy o tym, jak świetnym facetem jest Bart, że mnie zatrudnił, mimo że kazałeś mu tego nie robić. W rzeczywistości, mimo że żądałeś, by nikt mi nie pomagał. Syczy: – Ale czy posłuchali? Nie. Potem wyjeżdża na ulicę i pędzimy przed siebie. Tym razem nie jedzie wolno, wymijając samochody i przejeżdżając na czerwonym świetle, podczas gdy ja ściskam spód fotela. – Co jest, kurwa? – warczę. – Wciąż jest mgła, wiesz o tym. Wzdycha, zwalniając i obdarzając mnie znużonym spojrzeniem z ukosa. – Nie powinnaś pozwalać Paulowi się oczarować. On jest graczem. Śmieję się. – Co? – Powiedziałem, że jest graczem. Umawiał się z większością kobiet w tym mieście. – Nawet z Margo? Chichocze. – Tak. Nawet z Margo. – Fuj. To lepiej odwołam naszą randkę jutro wieczorem. Nie chcę niczego, czego dotykała ta wywłoka. Hummer nagle hamuje z piskiem na środku drogi, powodując, że moje ciało leci gwałtownie do przodu, a szyja szarpie. – Ała! – krzyczę, piorunując go wzrokiem. – Co jest z tobą nie tak? – Randkę? Masz randkę z Paulem? – Jego słowa brzmią o wiele bardziej niedowierzająco niż wskazuje na to jego twarz i ledwo powstrzymuję się, by nie walnąć go w tę śliczną buźkę. – Tak, dupku! – krzyczę. – A teraz boli mnie szyja. Zerknął na mnie, a jego oczy były pełne skruchy. – Cholera. Przepraszam. – Jęczy. – Naprawdę nie chciałem tego zrobić. Zaczyna jechać wolniej, a ja rozpinam bluzę, żeby móc rozmasować szyję. Jest sztywna i boli w miejscu, gdzie jej dotykam, i nagle przepełnia mnie wściekłość. – Będę musiała wymoczyć się w gorącej kąpieli z solą angielską przez ciebie. Czy na drodze była kolejna wiewiórka? Wypuszcza długi oddech, gdy wjeżdżamy na tyły jego podjazdu. – Żadnej wiewiórki. – To jaki masz problem? Masz większe wahania nastroju niż pięćdziesięcioletnia kobieta. Parska śmiechem. – Przepraszam. Muszę nauczyć się panować nad swoim temperamentem. Po prostu zaczyna stawać się coraz bardziej jasne, że nikt mnie nie słucha. – Więc chodzi o to, że jesteś jedynym, który nie chciał mi pomóc. – Odwracam się w jego stronę najlepiej jak potrafię przy kłującym bólu z tyłu czaszki. – Kim ty, kurwa, jesteś, burmistrzem? Uśmiecha się szeroko. – Coś w tym stylu. – Naprawdę? – Nie – mówi, zabierając moje torby i wysiadając z samochodu, by obejść go do mojej strony. Otwieram drzwi i próbuję wysiąść, ale on mnie powstrzymuje, biorąc mnie w ramiona tak, że jestem przyciśnięta do jego twardej, ciepłej klatki piersiowej. I och, co to za klatka. Podczas gdy tak stoimy, napięcie jego bicepsów zamyka mnie przy jego surowej energii. Czuję każdą uncję jego siły w swobodzie, z jaką mnie trzyma. Moje palce świerzbią, by przesunąć się po jego mięśniach piersiowych i wsunąć pod koszulkę. Nasze oczy spotykają się i przez długą chwilę po prostu patrzy na mnie z góry. Drobinki złota w jego ciemnoszarych oczach zdają się pulsować i rozciągać w tęczówkach. Elektryczność brzęczy we mnie, sprawiając, że dech więźnie mi w gardle. – Umiem chodzić, wiesz – szepczę cicho, gdy jego wzrok opada na moje usta. Oblizując swoje, wydaje się zamrożony, jego głowa obniża się powoli, zanim potrząsa sobą i odrywa wzrok. Ignoruje moje słowa, zatrzaskując drzwi nogą i wnosząc mnie do mieszkania. Odstawiając mnie delikatnie, bym stanęła obok sofy, opada na nią i rozszerza nogi, wskazując na puste miejsce przed sobą, dokładnie między jego kolanami. – Siadaj – rozkazuje, a jego głos jest gęsty i niski. – Co? – Zdejmij bluzę i usiądź na podłodze. Rozmasuję ci szyję. Unoszę brew, patrząc na niego, ale nie zamierzam kłócić się z darmowym masażem. Zwłaszcza gdy on jest powodem, dla którego go potrzebuję. – Jeden warunek – ostrzegam, powoli rozpinając sweter. – Nie wolno ci pytać o moje siniaki. Kiwa głową, a jego oczy błyszczą gorącem, gdy wysuwam ramiona z rękawów. Potem siadam przed nim, tak jak prosił. Przez chwilę nic się nie dzieje, po czym słyszę, jak wzdycha i przesuwa się do przodu, by umieścić swoje silne, ciepłe dłonie po bokach mojej szyi. Tam, gdzie mnie dotyka, czuję pulsowanie. A płynny żar gromadzi się w moim wnętrzu, gotowy do uwolnienia przy najlżejszym ponagleniu. Odchylam się do tyłu, a ciężkie ciepło wypukłości za moją głową wyciąga cichy syk z mężczyzny nade mną. Czuję, jak napina się w napięciu nóg po obu moich stronach. Czuję wahanie i tęsknotę w opuszkach jego palców, tam gdzie spoczywają na mojej skórze. Kręci mi się w głowie z pragnienia go i z trudem powstrzymuję się, by nie jęknąć i nie mruczeć przy cieple jego ud. Moje ciało błaga, by przesunąć się do tyłu. Pod wpływem samego jego dotyku, jakaś mroczna część mojego umysłu budzi się do życia. Szepcząc, że jeśli tylko zdołam zaufać temu mężczyźnie – jeśli tylko zdołam zmusić się, by powiedzieć mu wszystko – wtedy *on* może być tą jedyną osobą na tym świecie, która faktycznie mi *uwierzy*. *Nie. Nie ma mowy. To zbyt niebezpieczne.* Zamiast masować mnie tak, jak obiecał, Domonic klnie, wsuwając jedną dłoń pod moją brodę, by odchylić moją głowę do góry i w tył tak delikatnie, jak to możliwe. Jego palce suną łagodnie w dół mojego gardła w stronę zagłębienia mojego biustu. Z oczami płonącymi srebrnym ogniem, znoszę ich intensywność, dopóki jedynym dźwiękiem, jaki słyszę, jest łup, łup, łup bicia mojego serca. Przełykając ciężko ślinę, przygryza dolną wargę, a jego oczy stają się czarne, źrenice rozszerzają się całkowicie. Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że widzi wszystko prosto w dół mojego dekoltu. *Czy tutaj jest gorąco?*

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział dziesiąty – Zasada i Uciekinier | Czytaj powieści online na beletrystyka