**DRAVEN**
Czyjaś dłoń zaciska się na moim ramieniu i zostaję wyszarpnięta z ciężarówki. – Na razie! – warczy Domonic w stronę Barta, po czym z trzaskiem zatrzaskuje drzwi pasażera. Bart cofa z podjazdu, jakby od tego zależało jego życie, a ja spoglądam ze złością na Domonica.
Strząsając jego rękę z mojego ramienia, pytam: – Co ty masz, kurwa, za problem?
Aż kipi ze złości. Gapi się na mnie, jakbym była jakąś zdradziecką szmatą. Można by pomyśleć, że właśnie zamordowałam mu szczeniaka czy coś w tym stylu.
– Pocałowałaś go – mówi zimnym, wypranym z emocji głosem.
Prychnęłam. Serio? – Hm, tak. Pocałowałam. I co z tego? Jest moim przyjacielem i gdyby nie on, gniłabym w jakimś zapyziałym motelu, czekając na śmierć.
*Bart jest jedynym, którego powinnam całować!*
Domonic prycha, a jego szare oczy ciemnieją z pogardy. – Jest twoim przyjacielem? Nawet go nie znasz.
– Zaoferowałeś mi to miejsce tylko po to, żeby dorwać mnie na osobności i wylewać na mnie swój hejt? – Piorunuję go wzrokiem, kręcąc głową nad jego zuchwałością. – Ciebie też nie znam, a jednak tu jesteśmy. – Jest cholernie zimno, a ja stoję tu i dygoczę, tylko po to, żeby ten idiota mógł na mnie patrzeć z góry z drwiną. – Wchodzimy do środka czy co? – rzucam wyzywająco.
Jego oczy błyszczą, przechodząc z lodu w ogień w ułamku sekundy. – My? – Uśmiecha się sugestywnie, robiąc krok bliżej mnie na werandzie i pozwalając, by jego wzrok powoli przesunął się po moim ciele.
Moje policzki płoną. Skóra robi się rozpalona do białości pod wpływem jego spojrzenia. Robię krok w tył. – Zakładam, że zamierzasz pokazać mi to miejsce.
Wzdycha, a jego chłodne, szare spojrzenie przez sekundę omiata moje włosy, zanim wyciąga klucz z kieszeni. – Proszę. Wszystko działa i jest najwyższej klasy. Śniadanie jest punktualnie o dziewiątej rano. Nie spóźnij się.
Potem odwraca się na pięcie, by ruszyć w stronę swoich tylnych drzwi, gdzie, co za przypadek, czeka na niego Margo, ubrana jedynie w długi jedwabny szlafrok.
*Obrzydliwe*.
Gniew szarpie moimi nerwami. Klnę na samą siebie za to, że pozwoliłam mu flirtować w ten sposób jeszcze chwilę temu. – Nie będę jadła śniadania z tobą i twoją dziewczyną – mówię, po czym odwracam się, by otworzyć drzwi.
Klucz wchodzi gładko, a gdy drzwi się otwierają i wchodzę do środka, przedpokój zalewa miękkie światło.
*Nieźle*.
Odwracając się, by zamknąć drzwi, krzyczę. Domonic stoi w wejściu za mną. Nawet nie słyszałam, jak podchodzi.
Uśmiecha się szeroko, zamykając za sobą drzwi i powoli skradając się w moją stronę. – Ona nie jest moją dziewczyną, a ja właśnie miałem ją odwieźć do domu – informuje mnie niskim, uwodzicielskim głosem. Takim, który sprawia, że mój oddech staje się nieco szybszy niż przed chwilą.
– Och – syczę, cofając się, coraz dalej i dalej, aż uderzam tyłem nóg w dżinsach o miękką skórzaną sofę. – Nie obchodzi mnie to – kłamię.
Idzie dalej w moją stronę, zaciskając szczękę ze zniecierpliwieniem, zanim się zatrzymuje, zostawiając między nami jakieś piętnaście centymetrów przestrzeni. Jego twarz poważnieje. Rozglądając się z rękami w kieszeniach, mówi: – Wiem, że jest tu dużo okien, ale jeśli pstrykniesz przełącznikiem na ścianie, rolety się zasuną.
Kiwam głową, rzucając plecak na sofę. – Dobrze wiedzieć. Możesz już wyjść – wypuszczam powietrze.
Odchrząkuje, powoli przesuwając wzrokiem po pomieszczeniu, ale nie rusza się z miejsca. – Nie lecisz na Bartletta, prawda?
Miałam już powiedzieć coś wrednego i sugestywnego, ale wyraz jego oczu mnie powstrzymuje. Wydaje się niepewny siebie, może nawet nieco zdenerwowany. To było prawie urocze. Cholera. To było więcej niż urocze.
– Nie, nie lecę na Barta – odpowiadam cicho, a moje ramiona rozluźniają się pod wpływem ciepła bijącego od jego ciała.
Przestępuje z nogi na nogę, zyskując kolejny cal w moim kierunku. Z półuśmiechem tworzącym dołeczek w jednym policzku, patrzy na mnie z góry. Ciepła żółć pokoju sprawia, że jego oczy są bardziej złote niż szare. – No to okej – wzdycha, cofając się w stronę drzwi wejściowych. – Pamiętaj, dziewiąta rano punktualnie. Jeśli zmusisz mnie, żebym po ciebie przyszedł, będę nagi.
Nie odpowiadam wcale.
*W takim razie, może specjalnie się spóźnię.*
*Nie groź mi, koleś.*
Gdy dociera do drzwi, odwraca się i wychodzi, nie oglądając się za siebie. Nie tracę czasu, zamykając za nim drzwi na zamek, a potem pstrykam przełącznikiem, by zasłonić wszystkie okna.
Następnie, odwracając się w stronę kuchni, postanawiam sprawdzić, co jest w lodówce. Ku mojemu zaskoczeniu, jest w pełni zaopatrzona, a na półce stoi talerz przykryty folią spożywczą. Do przodu przyklejona jest mała karteczka, która sprawia, że uśmiecham się jak cholerna głupia.
Karteczka głosi:
Przegapiłaś kolację.
Uśmiechając się od ucha do ucha jak idiotka, spoglądam tęsknie na drzwi wejściowe. Potem, przygryzając wargę, wyciągam talerz i wrzucam go do mikrofalówki.
Może... on wcale nie jest taki zły.
*Może... życie tutaj faktycznie się ułoży.*
**DOMONIC**
Obserwuję, jak śpi, już od godziny i wciąż nie mogę zmusić się do wyjścia. Tak jak podejrzewałem, zasłoniła wszystkie okna w mieszkaniu. Więc zamiast obserwować ją z mojej sypialni, tak jak chciałem, musiałem wkraść się tutaj jak jakiś zboczeniec.
*Teraz nie mogę oderwać od niej wzroku.*
Bartlett miał rację. Jest pokryta siniakami. Jej ramiona, barki, szyja. I to nie są siniaki od zwykłego urazu. Nie. To są ślady użycia siły. Takie, które powstają od bycia łapanym – albo – bycia przytrzymywanym wbrew woli.
Nie powinienem był się tu wkradać, ale chciałem zobaczyć je na własne oczy. *Musiałem* je zobaczyć.
Nie podoba mi się to – to, co czuję, jest niebezpieczne. Nie winię całkowicie Bartletta za to, że sprzeciwił się moim rozkazom, by się jej pozbyć, ale tylko ze względu na jej sytuację. I w tym samym duchu musiałem się upewnić, że to ja będę odpowiedzialny za jej bezpieczeństwo.
*Jeśli ta odpowiedzialność należy do kogokolwiek, to należy do mnie.*
Muszę przyznać, że ten ból tęsknoty, który pulsował we mnie przez cały dzień, tylko się pogorszył, zanim wróciłem dziś wieczorem do baru. Byłem jednak przygotowany, by sobie z tym poradzić, a przynajmniej miałem taką nadzieję. Więc kiedy wszedłem i zobaczyłem, że ona faktycznie *nadal* tam jest i nie wyjechała – byłem wściekły. Ale... byłem też odczułem ulgę. Ponieważ ucisk w mojej klatce piersiowej zdawał się zmieniać bardziej w ukłucie przyjemności niż bólu od momentu, gdy tylko dostrzegłem ją za barem.
Z cichym westchnieniem porusza się przez sen, przewracając się na bok i wystawiając jedną nogę na zewnątrz koca. Moje ciało zaczyna tętnić gniewem na widok tego, co szpeci jej piękną skórę i miejsc, w których to robi.
*Ktoś ją mocno skrzywdził i muszę się stąd wynosić, albo stracę panowanie nad sobą.*
Tak bezszelestnie, jak tylko potrafię, przykrywam ją i zanim zdążę się powstrzymać, przesuwam palcami po jej miękkich ustach.
– Nie chcę cię tutaj – szepczę. – Ale nie mogę też pozwolić ci odejść. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
Najpierw muszę wyeliminować zagrożenie dla jej przetrwania. Wtedy pozwolę jej odejść. Będę musiał.
Niczym cień w nocy, wtapiam się z powrotem w ciemność, rzucając ostatnie spojrzenie na jej idealną twarz. Potem wychodzę z mieszkania i kieruję się z powrotem do mojego domu, wiedząc, że nie będę mógł spać przez resztę nocy.
*Jest zbyt blisko, a jednocześnie niewystarczająco blisko.*
Jak zginęła jej matka?
Muszę dowiedzieć się o niej wszystkiego, co się da. Chcę wiedzieć, skąd pochodzi. Muszę wiedzieć, kim jest jej ojczym, co jej zrobił i dlaczego.
Pisząc SMS-a do Rainiera, każę mu spotkać się ze mną w klubie jutro w południe. Zlecę mu pracę nad ustaleniem, kim dokładnie jest panna Draven Piccoli. Muszę mieć to wszystko załatwione przed następną pełnią księżyca.
Zerknąwszy na zegar na kominku, widzę, że jest już piąta rano. Piorunuję wzrokiem moje łóżko i ciało, które na nim leży. Margo jest niczym w porównaniu do tej seksownej czarnowłosej piękności, która w niepokojący sposób wkroczyła w moje życie.
*Pomyśleć, że jeszcze wczoraj pieprzyłem Margo dokładnie tutaj, w tym samym pokoju.*
Teraz samo wspomnienie o tym wystarczy, by skręcało mnie w środku.
*Nie położę się z nią. Nie mogę.*
Patrząc w dół na telefon, zamawiam najwcześniejszy transport, jaki mogę znaleźć, by odesłać Margo do domu. Potem, wzruszając ramionami, pstrykam przełącznikiem, by otworzyć rolety we wszystkich oknach mojego pokoju. Mógłbym próbować wmawiać sobie, że zrobiłem to, by mieć oko na domek gościnny z mojego pokoju, ale byłoby to kłamstwo.
Zrobiłem to, bo nie chciałem, żeby Draven spojrzała tutaj i zastanawiała się, czy może właśnie nie pieprzę Margo.
Chcę, żeby dziewczyna, której nie chcę zatrzymać, wiedziała, że nie ma nikogo innego poza nią.
*Boże, jestem głupi.*
*Chyba powinienem zacząć robić śniadanie.*
















