Zasada i Uciekinier

Zasada i Uciekinier

Autor: cumin

Rozdział ósmy
Autor: cumin
2 mar 2026
**DRAVEN** Zastyga w pół drogi przez drzwi. Odwracając się lekko w moją stronę, ma na twarzy maskę niepokoju. – Tak? Studiując go, myślę, że mogę popełniać błąd. Jest zbyt cholernie przystojny jak na swoje dobro. A energia, którą czuję, gdy jest blisko, jest wszystkim, tylko nie bezpieczną. Ale po prostu nie mogę nic poradzić na to, że *chcę* być blisko niego. I czy się do tego przyzna, czy nie, myślę, że jego powody pomagania mi mogą być czymś więcej niż to, co okazuje. – Zjem z tobą śniadanie, ale musisz przynieść je tutaj, bo najpierw chcę wziąć prysznic. Kiedy podnosi wzrok, by w pełni na mnie spojrzeć, przygryza dolną wargę i przez minutę myślę, że każe mi się odpierdolić, ale tego nie robi. Zamiast tego posyła mi najseksowniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałam. – Załatwione. *Jezu. To nie może być w porządku, żeby moje majtki były mokre tak wcześnie rano.* Po jego wyjściu pędem ruszam na górę i zrzucam z siebie wczorajsze ubrania. Będąc pod prysznicem, mogłabym przysiąc, że słyszę otwieranie i zamykanie drzwi wejściowych, ale ignoruję to, myśląc, że Domonic pewnie sam wszedł, by przygotować śniadanie. Gdy spłukuję włosy po raz ostatni, cień przemyka po ścianie przede mną i odwracam się gwałtownie – krzyk więźnie mi w gardle. Ale absolutnie nikogo tam nie ma. Drzwi łazienki są nadal zamknięte, a para wciąż gęsto wisi w powietrzu, więc wiem, że nikt ich nie otwierał. – Jestem czasami taką cipą – mówię do siebie, zanim owijam się ręcznikiem i wracam do sypialni. Wciągając na siebie ostatni zestaw czystych dżinsów, decyduję się na obcisły biały bezrękawnik pod lawendową bluzę z kapturem. Golfy, które ze sobą przywiozłam, są teraz brudne, a kiedy wyjdę na zakupy, po prostu naciągnę kaptur, by zakryć szyję. Po rozczesaniu włosów zbiegam po schodach, by zobaczyć, że miałam rację. Domonic faktycznie sam się wpuścił i teraz rozmawia przez telefon w kuchni. Nieruchomieje na mój widok i czuję, jak jego wzrok wędruje prosto na moją odsłoniętą szyję. Wiem, co tam widzi, ale ignoruję jego zszokowany wyraz twarzy i siadam, by zjeść. Przede mną rozłożone są jajecznica, plasterki pomarańczy, ciastka i kiełbaski, a ja odmawiam zrujnowania tego wszystkiego przechadzkami aleją wspomnień. – Do zobaczenia o dwunastej – mówi Domonic, po czym odkłada telefon i zajmuje miejsce obok mnie. Jego wzrok pozostaje przyklejony do mojego gardła, gdy jem. Próbuję nie zauważać, że zewnętrzna część jednego z jego potężnych ud jest przyciśnięta do mojego kolana pod stołem, ale jest to niemal niemożliwe, więc zamiast tego napieram z powrotem. Natychmiastowe napięcie jego nogi na mojej przyprawia o zawał serca, zwłaszcza gdy się nie odsuwa. Wręcz przeciwnie, przysuwa się nieco bliżej, powodując tarcie i ciepło w miejscu, gdzie się stykamy. Moje oczy mimo woli wznoszą się, by napotkać jego spojrzenie, i wymuszam uśmiech. – Dziękuję. Jest pyszne. Kiwa głową, sięgając po kilka plasterków pomarańczy, po czym wsysa je do ust. Po kilku chwilach ciszy mówi cicho: – Jak on ma na imię? Moje czoło się marszczy i zwracam uwagę z powrotem na jedzenie. – Kto ma jak na imię? Chichocze głębokim i seksownym tembrem, który pobudza każdy ośrodek nerwowy w mojej duszy. – Twój ojczym. Kto inny? Wzdycham, a moje ciało sztywnieje z irytacji. – Jeśli chcesz o nim rozmawiać, to równie dobrze możesz wyjść. Jest częścią życia, które zostawiłam, a nie tego, którym żyję. Nie zależy mi na oskarżeniu go, nie zależy mi na wyrównaniu rachunków, chcę po prostu zapomnieć. Rozumiesz? – Robię wszystko, co w mojej mocy, by brzmieć beztrosko, dodając nawet mały uśmiech, gdy mówię, ale słyszę błagalne drżenie w moim głosie i jestem pewna, że on też to słyszy. *Boże, nienawidzę tego potwora.* Zerkam na Domonica, by znaleźć w jego oczach smutne, wrażliwe spojrzenie. Jego szary wzrok jest tak strapiony i tak intensywny, że prawie decyduję się mu powiedzieć. Prawie. Zamiast tego postanawiam, że konieczna jest zmiana tematu. – Muszę zrobić zakupy. Nie mam żadnych ubrań. Gdzie w okolicy znajdę jakiś butik? Jego ciało napina się i mruczy: – Wszystkie sklepy są przy głównej ulicy. Jadę tam za pół godziny. Zabiorę cię. Chichoczę, rzucając kawałkiem ciastka w jego głowę. – Przejdę się, dzięki. – Proszę – mówi, ignorując mój wesoły protest. Odsuwając krzesło, by wstać i stanąć przy drzwiach, namawia: – I tak jadę w tamtą stronę. Nie czułbym się dobrze, mijając cię na ulicy, gdybyś szła pieszo. Więc po prostu mi pozwól. Podrzucę cię, załatwię swoje sprawy, a potem cię odbiorę. Wzruszam ramionami, gdy on szykuje się do wyjścia. – No dobra, niech będzie. Ale tylko dlatego, że muszę pracować o piątej i nie chcę się wcześniej zmęczyć. Uśmiechając się swoim wspaniałym uśmiechem z dołeczkami, przechyla głowę do góry. – Nie podsuwaj mi żadnych pomysłów. *Więcej wilgoci. Dodajmy kilka par majtek do tej listy. W tym tempie pewnie będę zużywać po kilka dziennie.* Kiwam głową miękko, z oczami przyklejonymi do przesuwających się ścięgien na jego niesamowitej szyi, stworzonej do lizania. – Okej. Potem wychodzi, a ja obserwuję przez okna, jak idzie z powrotem do swojego domu. – Boże, ale on ma tyłek – mówię do siebie, gdy już go nie ma. Kiedy posprzątałam, idę na górę przeliczyć napiwki. Muszę wiedzieć dokładnie, czym dysponuję. Opróżniając kieszenie, zauważam od razu, że kilku rzeczy brakuje. Pieniądze są co do grosza, ale numery telefonów zniknęły. – Sukinsyn. **DOMONIC** Jest wkurzona, widzę to i czuję, gdy suniemy ulicą w moim lśniącym srebrnym Hummerze. Jej oczy iskrzą z gorąca i nie odezwała się do mnie ani słowem przez całą jazdę. Jasne, minęło dopiero jakieś pięć minut, ale z jakiegoś powodu wydaje się to wiecznością. Może dlatego, że jadę tak wolno. *Pośpiesz się, idioto!* *Masz sprawić, by wyjazd był dla niej bezpieczny, a nie trzymać ją jako zakładniczkę w swoim samochodzie.* – Dlaczego jedziesz jak babcia? – pyta, gdy zwalniam, by pozwolić całej eskadrze starszych pań przejść przez ulicę po obu stronach. – Jest mgła jak jasna cholera. Nie chcę nikogo zabić. – To prawda, jest mgła. Całe miasteczko jest w zasadzie pokryte tą mgłą przez większość roku. To powód numer jeden, dla którego moja rodzina postanowiła osiedlić się tu dawno temu. – Wkradłeś się do mojego pokoju, kiedy byłam pod prysznicem i zabrałeś moje numery telefonów, prawda? Ukrywam uśmiech. *Nie. Zabrałem je wczoraj w nocy, kiedy spałaś.* – Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Śmieje się, a mój kutas drga w jej kierunku. *Pieprzyć ją i ten chrapliwy głos, który ma.* Przez sekundę to sobie wyobrażam. Pieprzenie jej gardła, i prawie zjeżdżam z drogi. – Co jest, kurwa? – warczy. – Wszystko gra? *Nie. Stoi mi.* – Była wiewiórka. Nie widziałaś jej? – Zerkam na nią i zauważam, że gapi się na mnie z całkowitym niedowierzaniem. – Nie. Nie widziałam. – Cóż, była tam. – Jasne – mówi. Kątem oka widzę, że jej uwaga spadła na moje krocze. Pewnie zauważyła mój pół-wzwód wywołany jej zmysłowym chichotem. Niech to szlag. To prawie tak, jakbym czuł jej ciepło przez dżinsy. Sama świadomość, że patrzy, jak robię się twardy jak skała, pogarsza sprawę i jestem o krok od potrzebowania nowych spodni. – Oczy wyżej, Maleńka – syczę. Kolejny śmiech, nuci: – Lubisz mnie. Piorunuję wzrokiem okno, gdy skręcamy za róg na główną ulicę, a moja twarz nagle czerwienieje z powodu całkowitej nieścisłości jej stwierdzenia. *Więcej niż cię lubię, mała.* – Nie – mówię. – Lubisz – droczy się. *Dlaczego czuję, jakby gardło mi się zaciskało?* – Masz bardzo zmysłowy śmiech. To nie znaczy, że go lubię. *Kłamstwa. Uwielbiam go.* – Ty, lubisz, mnie – śpiewa znowu. Wciąż kręcę głową na nie. – Chęć pieprzenia kogoś i faktyczne lubienie go to dwie bardzo różne rzeczy. *Kurwa. Dlaczego to powiedziałem? To było lekko obraźliwe.* Jej mina rzednie i odwraca wzrok ode mnie, powodując, że dziwna forma paniki narasta w moim gardle. – Czyż to nie prawda – szepcze. Moja głowa gwałtownie się unosi, a smutek na jej twarzy sprawia, że czuję się jak gówno. Mam najdziwniejszą ochotę zjechać na pobocze i zażądać, by powiedziała mi, co jej ojczym jej zrobił, tu i teraz. Czuję powiązanie w jej słowach, ale... nie sądzę, by mi powiedziała. *A może po prostu powinienem całować ją, dopóki nie przestanie wyglądać tak smutno.* – Jesteś bardzo piękna – przyznaję. To wszystko, co mogę powiedzieć. Nie potrafię wymyślić żadnego innego sposobu na naprawienie tego, co właśnie spieprzyłem. *Jest czymś więcej niż tylko piękna. I jak tylko znajdę słowo, które w pełni opisuje to, kim jest, użyję go.* – To wszystko, czym jestem – słyszę jej komentarz pod nosem. *Cholera.* – Co to ma, do diabła, znaczyć? – muszę zapytać. – Nic – mówi cicho, gdy podjeżdżamy pod butik. Zanim zdąży wysiąść, chwytam jej dłoń tak delikatnie, jak to możliwe, a miękkie ciepło jej skóry prawie sprawia, że jęczę. Mieć taką delikatność owiniętą wokół mojego fiuta byłoby przyjemnością wartą śmierci. Iskry rozświetlają moje ramię od samego kontaktu i czuję dudnienie w piersi, które zaczyna się z przyjemności. *Jasna cholera.* Sztywnieje, ale nie odsuwa się, jednak na mnie też nie patrzy. *Nagle wiem bez cienia wątpliwości, że wszystko, co musiałaby zrobić, by obrócić mój świat w jej kierunku, to pociągnąć mnie w swoją stronę.* *Gdyby tylko na mnie spojrzała i poprosiła mnie o... zrobiłbym to.* Ale ona nie może prosić o to, o czym nie wie, że istnieje, i najprawdopodobniej, gdyby *wiedziała*, uciekłaby z krzykiem. Puszczam jej dłoń. – Wrócę za pół godziny. – Tja, okej. – Wysiada, a ja zostaję tam, gapiąc się za nią. Zraniłem jej uczucia. Czuję to. Ruszając z piskiem opon, kieruję się do klubu. Zdeterminowany, teraz bardziej niż kiedykolwiek, by dowiedzieć się jak najwięcej o tym, skąd pochodzi.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział ósmy – Zasada i Uciekinier | Czytaj powieści online na beletrystyka