Zasada i Uciekinier

Zasada i Uciekinier

Autor: cumin

Rozdział drugi
Autor: cumin
3 mar 2026
**DRAVEN** – Dobra. – Kiwam głową, dławiąc w sobie rozczarowanie, na które tak chętnie sama się wystawiłam. – Dzięki. Biorąc drinka do ręki, zaczynam sączyć palący płyn. Delektuję się smakiem porażki przed wyjściem na deszcz. Obserwuję Bartletta, gdy jego wzrok podąża za mną w stronę facetów w tylnej narożnej loży. Mija minuta czy dwie, podczas których skupiam się na dopiciu drinka. Kiedy kończę, nie tylko czuję się trochę lepiej, ale i odważniej. – Nie ma tu przypadkiem gdzieś w mieście klubu ze striptizem, co? – pytam, oddając mu szklankę. Jego ręka zastyga tuż przed wzięciem szkła. Przełykając ciężko ślinę, wzrusza ramionami. – Tak, jest. Niemal niesłyszalny warkot dobiega z jakiegoś miejsca w sali i odwracam się zdezorientowana, skanując miejsce w poszukiwaniu zwierząt. Nie, nigdzie nie ma psów. Przechwytuję spojrzenie mężczyzny z tylnej loży. Wciąż gromi mnie wzrokiem i muszę powstrzymać chęć pokazania mu środkowego palca. Przewracając oczami, odwracam się z powrotem, by stanąć twarzą do Bartletta. – Mógłbyś mi powiedzieć, gdzie to jest? Muszę znaleźć pracę tak szybko, jak to możliwe, a nie mam telefonu – więc GPS odpada. – Yyy, tak. Mógłbym, ale... um, nie sądzę, żeby to było odpowiednie towarzystwo dla tak eleganckiej dziewczyny jak ty. – Przygląda mi się uważnie, bębniąc palcami o bar, jakby walczył z chęcią zmiany zdania. *To dobrze! Wiesz, że chcesz mi pomóc! No dalej, po prostu powiedz tak!* Wzruszam ramionami. – Trzeba gdzieś zacząć, prawda? Dziewczyna musi robić to, co musi, nawet jeśli oznacza to tańczenie za żetony. – Następnie wstając ze stołka barowego, macham szybko na pożegnanie. – Przepraszam za nieporozumienie, jeśli tylko wskażesz mi kierunek do klubu ze striptizem, będę ruszać w drogę. Wzdycha ponownie, opuszczając głowę. – To zaraz za dokami, a potem około pół mili na zachód – mówi, a ja kiwam głową. Robiąc pierwszy krok w stronę wyjścia, odwracam się i wpadam prosto na Pana Kucyka z narożnego stolika. Moje dłonie opierają się o jego masywną klatkę piersiową i drżę od gorąca, które od niego bije. *Matko święta...* – Przepraszam – mówię szeptem, próbując go wyminąć. Ale on mi na to nie pozwala, chwytając mnie za ramię, by zatrzymać mnie w miejscu. *Iskry.* Mrowienie świadomości przechodzi przeze mnie pod wpływem jego dotyku. Mój wzrok zastyga na jego dłoni, a jęk przyjemności łaskocze mnie z tyłu gardła. Jego uścisk łagodnieje, ale nie puszcza. – Tam też cię nie zatrudnią – mówi z uśmieszkiem. Moje oczy unoszą się ku jego oczom. Jego głos jest głęboki i bogaty w arogancję. – Nie masz tego, czego trzeba, żeby tam pracować – mówi wyniośle. Z płonącymi policzkami cofam się od idioty. Strząsając jego rękę z łokcia, mówię słodko: – Doprawdy? A skąd ty to możesz wiedzieć? Traci uśmiech, patrząc na mnie z dezaprobatą, po czym uderza lekko pięścią w dłoń z irytacją. – Bo jestem właścicielem. *On jest właścicielem klubu ze striptizem? Ten facet?!* *Cóż, oczywiście, że tak. Czyż nie wszyscy dupki są?* – Twoja strata w takim razie – ripostuję, krzyżując ramiona na piersi. Wiem, że nie jestem brzydka. Jestem właściwie całkiem cholernie gorąca. Uważam się za dziesięć na dziesięć – jasne, że tak. Ten głupi skurwiel też powinien. Nie wspominając o tym, że Bóg tak się akurat złożył, że pobłogosławił mnie tłustym, krągłym tyłkiem i zabójczym biustem, dziękuję bardzo, więc niezależnie od tego, jaki kit ten facet próbował mi wcisnąć, nie kupowałam tego. Odwracając się z powrotem do Bartletta, napotykam smutne oczy. Czuje się z tym źle, widzę to. Więc wykładam mu kawę na ławę. Mając już wszystko gdzieś. – Słuchaj, wiem, że to było pokręcone, że skłamałam w podaniu. Prawdę mówiąc, wiedziałam, że mnie nie zatrudnisz, jeśli powiem ci, że jestem kobietą. Ale musiałam się stamtąd wydostać! Byłam zdesperowana. – Przerywam, pozwalając łzom, które groziły wylaniem się chwilę temu, w końcu popłynąć. – Nadal jestem. Bartlett syczy z poczucia winy, jego wzrok ucieka w górę i za mnie, gdzie wciąż stoi Pan Kucyk. Czuję ciepło tego kutasa przy moich plecach i o dziwo, jest to dziwnie kojące. *Nie, nie Dre! Żadnych niezdrowych zauroczeń.* – Po prostu wracaj tam, skąd przyszłaś, Draven – syczy mi do ucha Pan Kucyk. – Nie mogę – szepczę, strząsając z siebie mrowienie, które poczułam, gdy wypowiedział moje imię, i wycierając przy tym swoje żałosne, bezowocne łzy. – Dlaczego nie? – pyta jeden z pozostałych ze stolika – wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o jasnych blond włosach. Podchodząc, by wziąć udział w naszej małej rozmowie, zajmuje miejsce po mojej lewej. Wzruszając ramionami żałośnie, gapię się na niego. – Ja... po prostu nie mogę. Miałam szczęście, że wydostałam się wtedy, kiedy to zrobiłam. – I to była prawda. – Przed czym uciekasz? – pyta trzeci facet, mężczyzna o czekoladowej skórze i jasnobrązowych oczach. Odwracając się, zauważam, że cała trójka skutecznie blokuje mi teraz drogę na zewnątrz. Mają mnie w pułapce i zaczynam czuć się nieco nieswojo. *Jestem obca w barze, z czterema napakowanymi mięśniakami. Żadnego z nich nie znam. Mama byłaby taka dumna.* Decyduję, że odrobina więcej prawdy nie zaszkodzi. – Przed moim ojczymem. – I jego synem – pomijam. Ciemnoszare oczy Pana Kucyka zapalają się ogniem. Wyrzeźbione mięśnie jego gładko ogolonej szczęki zaciskają się. – Ojczymem? – Chichocze. – Ile masz lat, dwanaście? Gdzie jest twoja mama? Unoszę brodę z wyzwaniem. Ci idioci nie zasługują na to, by wiedzieć cholerną rzecz o mojej matce. – Nie żyje. A teraz, jeśli łaskawie wybaczycie, ruszam w drogę. Ale oni się nie ruszają. *To by było na tyle, gdzie schowałam gaz pieprzowy?* – Domonic – argumentuje Bartlett. – Przepuść biedną dziewczynę. Pan Kucyk kręci głową niemal niezauważalnie. Słyszę, jak Bartlett wzdycha z irytacją za moimi plecami i napinam się w oczekiwaniu na to, co może nastąpić. *Więc tak ma na imię, co? Domonic. Pasuje, że nawet jego imię jest seksowne.* Patrząc na mnie z góry, Domonic marszczy brwi. – Czego chce od ciebie twój ojczym? Jesteś wyraźnie wystarczająco dorosła, by żyć własnym życiem. Gromię go wzrokiem, wkładając w moje zielone oczy tyle lodu, ile tylko potrafię z siebie wykrzesać. – Nie twój interes, a teraz proszę, przesuń się. Zamiast umożliwić mi wyjście na zewnątrz tak, jak tego chcę, wyciąga obie ręce, by chwycić ladę za mną. Teraz więzi mnie para najseksowniejszych przedramion, na jakie kiedykolwiek miałam przyjemność patrzeć. Złocista opalenizna jego skóry napina się wraz z mięśniami, a ja śledzę każdą ich linię w górę, przez bicepsy aż do silnych, szerokich ramion. Odrobina niebiesko-czarnego tuszu wygląda na mnie zza kołnierzyka jego koszulki, a ja drżę. Obraz jego gładkiej, nagiej skóry pokrytej tatuażami sprawia, że wnętrzności mi się gotują, a mózg paruje. Przenosząc wzrok wyżej, posyłam mu błagalne spojrzenie. Próbując przepraszającej drogi. – Przepraszam, że tu przyszłam i przerwałam – cokolwiek to za – małe spotkanie, które tu mieliście. Przepraszam, że zmarnowałam czas Bartletta, kłamiąc w podaniu. Szczerze przyjechałam tu w nadziei na nowy start. Najwyraźniej wybrałam złe miasto. Więc proszę, Domonic, zejdź mi z drogi. Jego mięśnie napinają się ponownie, gdy używam jego imienia, ale wciąż się nie rusza – tylko patrzy na mnie z góry. *To gówno robi się dziwniejsze z każdą sekundą, a teraz jedyne, czego chcę, to wyjść.* Postanawiam go obrazić – *bo najwyraźniej to naprawi sprawę* – i mówię: – Chcesz mnie skrzywdzić, Domonic? Czy dlatego nie chcesz się przesunąć? Jego ciało szarpie się, jakbym go właśnie spoliczkowała, i puszcza ladę, by zrobić duży krok w tył. Kręcąc głową, uśmiecha się do mnie drwiąco z góry. – Chodźcie, chłopcy – mówi do swoich przyjaciół. – Wynosimy się stąd. – Potem, patrząc na mnie z powrotem z najdziwniejszym rodzajem smutku w oczach, mówi: – Ostatni pociąg odjeżdża za godzinę. Na twoim miejscu bym w nim był. *Cóż, nie jesteś mną, dupku!* I wtedy, tak po prostu, we trzech wychodzą. Wypuszczam powietrze ze świstem i odzywam się bez odwracania. – Dzięki mimo wszystko, Bart. Zrobiłam dwa marne kroki, kiedy słyszę jego krzyk: – Chwileczkę. Uśmiecham się do siebie, po czym opanowuję rysy twarzy i staję twarzą do niego z miną zdesperowanej sieroty. – Tak? Zamykając na chwilę oczy, klnie na samego siebie. – Prawdopodobnie dostanę za to wpierdol, ale co tam? – Uśmiecha się do mnie, a jego oczy błyszczą rozbawieniem. – Tak się składa, że mam wakat na seksownego barmana i wolne mieszkanie na górze. Czynsz jest naprawdę, naprawdę tani. Moje usta wyginają się w górę w szelmowskim uśmiechu, ekscytacja buzuje w mojej piersi. – Jak tani? – droczę się, podejmując grę. Śmieje się, kiwając do mnie głową, jakby chciał powiedzieć, że dobrze rozegrałam swoją partię. – Praktycznie za darmo.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział drugi – Zasada i Uciekinier | Czytaj powieści online na beletrystyka