**DRAVEN**
– Na nic się nie spóźniłam – mówię z przewróceniem oczami. Zerkając za niego na tylny stolik, widzę Barbie wpatrującą się w nas ze sztyletami w oczach. – Twoja randka wygląda na spragnioną – rzucam z przekąsem. – Więc, co ci podać?
Gromi mnie wzrokiem, popychając się do przodu, by pochylić się nad barem.
*Boże, on wygląda dobrze w tej obcisłej białej koszulce.*
– Co dał ci ten Idiota w Armanim? – syczy na mnie, taksując wzrokiem małe wybrzuszenie w kieszeni moich spodni.
Z początku jestem nieco zdezorientowana, potem zdaję sobie sprawę, że odnosi się do Pana Przystojniaka w trzyczęściowym garniturze. – Dwudziestkę – odpowiadam, nie do końca pewna dlaczego. Nie jestem winna temu głupcowi żadnych wyjaśnień.
Jego szczęka zaciska się, zanim się uśmiecha. Głęboki dołeczek tworzy się w jednym policzku. – Co jeszcze?
Moje oczy mrużą się na niego, spojrzenie zacina się na niecierpliwej kolejce klientów za nim. – Chcesz coś czy nie?
– Co jeszcze ci dał? – pyta ponownie.
*Nie mógł chyba zauważyć małej złożonej karteczki z numerem telefonu, prawda?*
– Swój numer – mówię do niego cicho, gdy jego srebrne oczy opadają na moje usta.
Szarpie się do tyłu, wciąż wpatrując się w moje usta. – Jedną twardą lemoniadę i dwa shoty Jacka – mówi. Potem odrywając gwałtownie wzrok w lewo, gromi spojrzeniem stolik Pana Przystojniaka.
– Już się robi – mówię, odwracając się, by chwycić składniki.
Czuję, jak mnie obserwuje i robię co w mojej mocy, by się skupić. To było wszystko, co mogłam zrobić, by utrzymać tempo i niczego nie rozlać z ogniem jego oczu na moich plecach.
– Daj mi to – rozkazuje Domonic zza moich pleców, sprawiając, że śmieję się, mieszając syrop cytrynowy i wódkę w gorącej szklance spod półki.
– Nie skończyłam tego robić – docinam, odwracając się z powrotem.
Uśmiecha się do mnie szeroko, pokazując pełny dołeczek i przesuwając dwoma palcami po brodzie. Potem, posyłając mi głupkowato seksowne spojrzenie, mówi: – Mówię o numerze telefonu tego faceta. Nie o drinkach.
Przygryzam lekko język, żeby powstrzymać się przed wybuchem chichotu. – Nie – mówię gładko, prezentując mu jego zamówienie. – Poza tym, jego jest tylko jednym z wielu. – I to prawda. W ciągu zaledwie kilku godzin od otwarcia zarobiłam już czterysta w napiwkach i zebrałam dwanaście różnych numerów telefonów. Dziesięć od mężczyzn i dwa od kobiet.
Domonic gromi wzrokiem swoje drinki, potrząsając sobą przez chwilę, zanim zabiera je z lady. – Niech Bart spotka się ze mną na zapleczu. – Rzuca setkę na stół – bez numeru. – Reszty nie trzeba – mówi.
*Niech będzie czterysta siedemdziesiąt pięć.*
Potem, bez słowa, wraca do Barbie. Wślizgując się z powrotem na swoje miejsce, zauważam, że wciąż się na mnie gapi, gdy czaruję kolejnych pięciu klientów. Właściwie za każdym razem, gdy podnoszę wzrok, napotykam jego spojrzenie spod ciężkich powiek. Ale dołeczki zniknęły. Wygląda na to, że uśmiech sprzed chwili był dany tylko po to, bym mogła dać mu to, czego chciał.
*Ale cholera, ten uśmiech to ogień.*
Bart wślizguje się obok mnie tak nagle, że muszę stłumić krzyk. – Przestraszyłeś mnie – warczę, uderzając go w nadgarstek.
Chichocze. – Czy aż tak ciężko na mnie patrzeć?
– Nie. – Przewracam oczami. – Twój przyjaciel chce cię widzieć na zapleczu.
– Mój przyjaciel?
– Ja – mówi Domonic, zaskakując mnie i sprawiając, że podskakuję.
Bart łapie mój wzrok i wymieniamy spojrzenia. – Jasna sprawa, Domonic.
Patrzę, jak we dwóch znikają w korytarzu w stronę toalet i biura na tyłach. Widząc, że zostawili drzwi lekko uchylone, skanuję akcję wokół mnie. Usatysfakcjonowana, że chwila nieobecności nie będzie zbyt straszna, ruszam w stronę, gdzie zniknęli.
Tak ostrożnie, jak to możliwe, ustawiam się między stosami pudeł tuż za drzwiami biura i nasłuchuję.
– Co ona tu jeszcze robi, do cholery, Bartlett?
– Barmani. A na co wygląda?
– Wiesz, że chcę, żeby zniknęła.
– Wiem, co powiedziałeś. Pamiętam. O co tyle hałasu? Potrzebowała pomocy i jej jej udzieliłem.
– Nie potrzebujemy tu żadnych obcych, którzy nic nie wnoszą.
– Hej, ona wnosi. Po prostu spójrz na salę. Miejsce jest pełne.
– Jestem świadomy.
– Nie tylko jest wspaniała, ale jest naprawdę dobra. Więc w czym problem? Co się tak naprawdę dzieje?
– Daję ci ostatnią szansę, żeby się jej pozbyć.
– Co jest, kurwa, stary? Jaki właściwie masz z nią problem? To słodka dziewczyna!
– Jest mądralińska i tu nie pasuje.
– Doprawdy? Okej, rozumiem. Wyślę więc biedną dziewczynę w drogę. Może jej ojczym ją znajdzie i nabije jej jeszcze kilka siniaków na ciele. Albo może zrobi to jego syn. To może sprawi, że poczujesz się trochę lepiej.
Napinam się, przeklinając samą siebie za to, że nie zaprzysięgłam Barta do zachowania tajemnicy, kiedy pokazałam mu swoje ślady.
– Co? Co ty, kurwa, gadasz?
– Mówię – faceci, przed którymi ucieka, nie są twoim codziennym ojczymem i synem. Nie zostawiła ich z powodu jakiejś głupiej sprzeczki, albo dlatego, że jest rozpieszczona, albo bo nie postawiła na swoim. Zostawiła ich, bo się nad nią znęcali! Widziałem owoce ich pracy na całym jej ciele dzisiaj.
Rozlega się cichy trzask, a po nim odgłos uderzenia kogoś o ścianę. Nawet pudła drżą wokół mnie. – Co zrobiłeś? Widziałeś ją? Ty...
– Wyluzuj, Dom! To nie tak, więc mnie puść!
– Nie, nie puszczę! Mów, jak to jest w takim razie, co? Dotykałeś jej? – Kolejne uderzenie. – Przysięgam na Boga, jeśli ty...
– Nie dotykałem jej! Więc mnie puść.
Pauza.
– Zacznij gadać, zanim wypruję ci gardło.
– Dałem jej koszulkę do pracy na dzisiaj i zapytała, czy musi ją dziś zakładać. Chciała wiedzieć, czy może poczekać. Więc zapytałem ją dlaczego i... pokazała mi. Widziałem jej siniaki, Domonic. Jej plecy...
– Jej plecy? – Głęboki, pozbawiony humoru chichot Domonica wypełnia korytarz. – Chyba sobie żartujesz. Jej *tyłek*, serio? Co jest, kurwa?
– Nie jej goły tyłek, dupku – jej plecy. I... jej ramiona. Są pokryte siniakami od dłoni i...
Szkło pęka. – Dość! Nie chcę słyszeć nic więcej.
Kolejna pauza.
– Były w złym stanie, Dom...
Więcej szkła i nieomylny odgłos czegoś kopniętego przez pokój.
– Powiedziałem, zamknij się, kurwa! To nie ma znaczenia. Ona i tak nie może tu być.
*Boże, nienawidzę tego palanta!*
– Dobra. Ty tu rządzisz, więc jeśli chcesz, żeby odeszła, to ją spakuję i wyślę. Może umrze tam na zewnątrz i nie będziesz musiał się martwić, że kiedykolwiek wróci. A jeśli umrze – i wszyscy inni dowiedzą się, kim ona jest, tak jak ja się właśnie dowiedziałem – nikt ci nigdy nie wybaczy.
*Kim ona jest? Jestem nikim. Co on, do cholery, ma na myśli?*
W tym momencie rozlegają się kroki zmierzające w moją stronę i nurkuję głębiej za pudła, by pozostać poza zasięgiem wzroku. Bartlett wychodzi pierwszy, przechodząc tuż obok mnie w stronę frontu baru. Ale Domonic, w chwili gdy przekracza próg, zatrzymuje się.
Wstrzymuję oddech, ponaglając się do zachowania idealnego bezruchu i pozostania całkowicie niewidoczną. Mija minuta. Potem dwie. Wypuszczając powoli powietrze, wyglądam zza największego pudła, zaskoczona, gdy widzę pusty korytarz.
*Ten człowiek porusza się jak cholerny dziki kot!*
Nawet nie słyszałam, jak wychodził.
















