POV Luki
– Nie! Strażnicy zostają. Możesz sprowadzić własnych strażników, jeśli dzięki temu poczujesz się bezpieczniej – odpowiedział James gładkim głosem, zanim zdążyłem zacząć mu odpowiadać, i obserwowałem, jak oczy mężczyzny zwęziły się na mnie przez ulotną chwilę, po czym zerwał kontakt i skupił wzrok na Jamesie.
– Myślałeś, że zabłysnąłeś, co? – zapytał mężczyzna Jamesa beznamiętnym głosem, z uniesioną brwią, a James tylko prychnął niezbyt cicho, co sprawiło, że twarz mężczyzny wykrzywiła się w lekkim grymasie, który trwał tylko kilka sekund, po czym zniknął, pozostawiając jego poprzedni zrelaksowany wyraz.
Zwrócił się z powrotem do mnie i uniósł drinka w kierunku strażników stojących kilka stóp za Jamesem i mną.
– Strażnicy muszą wyjść.
Nie odrywając wzroku od jego twarzy, przemówiłem głośno do moich ludzi:
– Zostawcie nas.
Nie musiałem zerkać przez ramię, by wiedzieć, że natychmiast skłonili lekko głowy z szacunkiem, po czym wyszli cicho, zgodnie z poleceniem.
Strażnicy wyszli, a dźwięk windy zjeżdżającej z powrotem w dół słabo dobiegł do biura. Mężczyzna wstał wtedy i podszedł do nas, by zatrzymać się kilka stóp dalej; był prawie tak wysoki jak James i ja, jego głowa była ogolona, a szerokość jego ramion i klatki piersiowej była naprawdę imponująca w porównaniu do Jamesa i mnie, którzy byliśmy bardziej po stronie smukłych mięśni. Nie byłem ani trochę zaniepokojony tą całą autorytarną aurą, którą tak bardzo starał się roztaczać.
Był napakowany, owszem. Ale nie miałem wątpliwości, że z łatwością mógłbym go zdjąć w jednej chwili. Może nie byłem tak szeroki jak on, ale byłem szybki jak zając, a mój refleks był bezpośrednim darem od Boga, tak bardzo był płynny.
Dlaczego w ogóle myślałem o pokonaniu go w walce, skoro przybyłem tu przede wszystkim po to, by zaprowadzić pokój?
– Witajcie w mafii Manzo. Jestem Morris – powiedział i od tego momentu przejął rozmowę.
– Jestem Luca, a to moja prawa ręka, James.
Nikt z nas nie wyciągnął dłoni w geście powitania i patrzyłem, jak przyglądał nam się w milczeniu, po czym wskazał na kanapę kilka stóp od krzesła, na którym wcześniej siedział.
– Usiądźcie, proszę.
– Dziękuję – odpowiedziałem gładko, gdy James i ja powoli usiedliśmy na brzegu kanapy, z łokciami opartymi na kolanach, podczas gdy nasze oczy błądziły po całym biurze. Z tego, co mogłem zobaczyć z mojej pozycji na kanapie przez przezroczyste szklane ściany, wszystko na ziemi było niezwykle malutkie i wyglądało na to, że jesteśmy niemal w niebie.
Moje oczy oderwały się od okna, by po raz kolejny zwrócić uwagę na małe kamery po różnych stronach sufitu, zbiór urządzeń, które zauważyłem w chwili, gdy postawiłem tu stopę, ale zachowywałem się, jakbym ich nie widział. Zakończyłem swoją lustrację wzrokiem utkwionym w mężczyźnie wciąż stojącym tyłem do biura; był w białym garniturze i miał biały kapelusz na głowie. Jego drink w lewej dłoni wciąż był pełny i nie miałem wątpliwości, że to właśnie on był człowiekiem, z którym przyszedłem się spotkać, a nie ten, z którym wymienialiśmy słowa.
– Kiedy sam lider w końcu przyjdzie ze mną porozmawiać osobiście? – zapytałem Morrisa, a mój wzrok wwiercał się w jego oczy. Usta Morrisa otworzyły się i zamknęły, wypuszczając jedynie powietrze, a James prychnął cicho obok mnie.
Mężczyzna w bieli w końcu się odwrócił i powoli ruszył do przodu; jego czoło osłaniał kapelusz, rzucając cień na twarz.
– Witaj, panie Ricci, to zaszczyt gościć pana tutaj – powiedział mężczyzna, gdy dotarł na środek biura, kilka stóp od miejsca, gdzie siedział Morris. Wstałem natychmiast, podobnie jak James.
– Dziękuję za zgodę na przyjęcie nas, panie Manzo – odpowiedziałem, splatając dłonie za plecami. Między kanapą, przed którą staliśmy ja i James, a kanapą, na której siedział Morris, była spora odległość, co stanowiło rozsądną wymówkę, by żaden z nas nie wymienił uścisku dłoni.
Nigdy nie zaoferowałbym pierwszy uścisku dłoni wrogowi i prawie nigdy nie przyjąłbym go, dopóki nie rozwiążemy naszego trwającego sporu, więc to całkiem sensowne, że nie wyciągał do mnie ręki.
– Chyba już najwyższy czas? – brzmiała jego odpowiedź, gdy w końcu uniósł głowę wysoko, by spojrzeć mi w oczy; moja powieka drgnęła lekko, gdy szybko przyjrzałem się jego twarzy: cienka blizna biegła od szczytu policzka aż do krawędzi szczęki. Był równie potężnie zbudowany jak Morris, a może nawet nieco bardziej.
– To mój bezpośredni młodszy brat, Morris – wskazał na Morrisa, który znów opierał się o oparcie kanapy z drinkiem w dłoni.
– Usiądziemy wszyscy? – zapytał, po czym wszyscy zajęliśmy miejsca; James i ja znów usiedliśmy na krawędzi kanapy.
– Minęło naprawdę dużo czasu, odkąd obie mafie są w konflikcie z powodów, w których my, obecni liderzy, nie mieliśmy udziału – zacząłem mówić, a Morris natychmiast wyprostował się, jego wyraz twarzy zmienił się w poważny, stanowiąc ostry kontrast do zrelaksowanego, który miał na sobie chwilę wcześniej.
– Mój ojciec chciał tylko przyjaciela... – zaczął pan Manzo chropowatym głosem, a ja zacisnąłem dłonie, czując, jak serce ściska mi się z winy w imieniu mojego ojca.
Mój ojciec był naprawdę samolubnym i pozbawionym emocji człowiekiem; on wraz ze swoim ojcem, moim dziadkiem, byli jedynymi powodami, dla których mafia miała tak wielu wrogów w każdym zakamarku Włoch.
– Wszystko, co zrobił, to omyłkowo zaufał twojemu ojcu, błąd, za który on i jego niewinna rodzina zapłacili słono... wszystko dlatego, że całkowicie zaufał twojemu ojcu – kontynuował pan Manzo, a ja wciągałem powolne oddechy nosem, wypuszczając je powoli, aby pozostać na siedząco w bezruchu, tak jak przez ostatnie minuty.
– Jak powiedziałem, to, co wydarzyło się między naszymi ojcami, nie było winą żadnego z nas. Wiem, mój ojciec nigdy nie powinien był tego robić, a moje przeprosiny w jego imieniu gówno by znaczyły, bo czyn został dokonany dawno temu... – zacząłem, zanim Morris brutalnie wciął się w to, co mówiłem.
– Cholerna racja, przeprosiny gówno dadzą.
Wpatrywałem się w Morrisa w milczeniu przez kilka sekund, aż w końcu przełknął ślinę i odwrócił wzrok, patrząc na swoje splecione palce. Przeniosłem wzrok z powrotem na Manzo, po czym kontynuowałem: – Chcę spróbować naprawić to, co mój ojciec zrujnował lata temu. Wierzę, że jest to do naprawienia, zważywszy na to, że nic z tego, co się stało, nie dotyczyło nas bezpośrednio, poza wciągnięciem nas w kontynuowanie sporu.
– Twój ojciec był takim chciwym draniem – stwierdził cicho Manzo, jego usta zacisnęły się w cienką linię, a biel jego garnituru idealnie łapała słońce z miejsca, w którym siedział.
– Twój ojciec nie był wcale lepszy, też był chciwym draniem – odpowiedziałem natychmiast, kącik moich ust drgnął, a mój głos wciąż utrzymywał się na tym samym poziomie, co wcześniej.
– Przynajmniej nie był chciwy, jeśli chodzi o przyjaciół, w przeciwieństwie do twojego ojca. Całkowicie zaufał twojemu ojcu, a co dostał w zamian? Pierdoloną kulkę w łeb. – Głos Manzo wzniósł się o kilka tonów pod koniec zdania i patrzyłem, jak natychmiast wstał, gdy tylko skończył, i odwrócił się w stronę najbliższego okna, ponownie pokazując nam plecy.
– Zgadzam się, że mój ojciec był chciwym draniem, tylko że twój ojciec wcale nie był lepszy. W końcu zaplanowali, że razem napadną na wielki magazyn, który wcale do nich nie należał, i zabiją właścicieli. Przestań próbować sprawiać wrażenie, że twój ojciec był całkowicie niewinny, bo nie był. – Przerwałem i wymieniłem spojrzenie z Jamesem, który miał czujny wyraz twarzy, po czym kontynuowałem: – Mój ojciec był tym złym, zgoda. Ale twój ojciec zdecydowanie nie był tym dobrym w tej historii. Nie było w niej dobrego bohatera, każdy w niej był zły.
– Żałuję, że nie miałem okazji zabić twojego ojca osobiście – powiedział Manzo, nie odwracając się od okna, a James natychmiast wstał wyzywająco; Morris zerwał się na równe nogi na widok wstającego Jamesa, obaj mężczyźni posyłali sobie mordercze spojrzenia.
– Został zabity przez kogoś innego, kto dostał tę szansę wcześniej, przykro mi – dostarczyłem odpowiedź natychmiast, całkowicie niewzruszony jego życzeniem. Słyszałem to stwierdzenie od wielu wrogów, których historia zaczęła się w czasach mojego ojca, więc w tym momencie nie robiło to na mnie żadnego wrażenia.
– Brzmisz o wiele milej niż ilość rzeczy, które o tobie słyszałem – kontynuował Manzo, wciąż stojąc do nas tyłem, ale zauważyłem, jak jego wcześniej spięte ramiona wyraźnie się rozluźniły.
Wypuściłem cichy rechot, moje oczy były całkowicie pozbawione humoru. – Uwierz mi, nie jestem. Mogę teraz brzmieć miło, ale naprawdę taki nie jestem.
– Nigdy nie spodziewałem się, że będziesz chciał sam zakończyć spór; pomyśleć, że planowałem zemstę już od jakiegoś czasu... Zgaduję, że będę musiał teraz anulować wszystkie moje plany.
James wymienił ze mną szybkie spojrzenie, a ja wstałem i wsunąłem ręce do kieszeni spodni, po czym powiedziałem: – Byłbym przygotowany tak czy inaczej, zakładając, że zdecydowałbyś się nas zaatakować wcześniej, zanim przyszedłem dziś zawrzeć pokój – odpowiedziałem, wciąż niewzruszony tym, co właśnie ujawnił.
To był jeden z tysiąca powodów, dla których cała ochrona otaczająca mnie na co dzień to było więcej niż kilku ochroniarzy. Niebezpieczeństwo dosłownie czaiło się w każdym rogu i zakątku, czekając na mnie w całych Włoszech, dzięki mojemu nadmiernie ambitnemu ojcu.
– Słyszałem, że nigdy nie dajesz się złapać nieprzygotowanym, nigdy w to nie wątpiłem ani przez sekundę – mruknął, odwracając się z powrotem i stając twarzą do nas, a ja wpatrywałem się w jego oczy, które wyglądały tak podobnie do oczu jego brata, nie mówiąc ani słowa.
– Więc, zgoda? – zapytałem w końcu z lekkim wzruszeniem ramion i obserwowałem, jak Manzo i Morris spojrzeli na siebie w tym samym czasie; ich oczy pozostały zablokowane przez długie sekundy, zanim Manzo w końcu zerwał kontakt i ponownie skupił wzrok na mnie. Zrobił kilka kroków i zatrzymał się na środku biura, po czym wyciągnął rękę; pokonałem dystans, aż dzieliło nas tylko kilka cali, po czym ująłem jego wyciągniętą dłoń w swoją i uścisnąłem ją mocno.
– Zgoda – powiedziałem, a on powtórzył za mną. – Zgoda.
Odsunęliśmy się, a ja wróciłem na swoje miejsce obok Jamesa, który wciąż wyglądał, jakby chciał strzelić Morrisa w twarz, ponieważ Morris nadal nie wyglądał na zadowolonego z decyzji brata o zawarciu pokoju między dwiema mafiami.
– Napilibyście się czegoś? – zapytał Manzo, a ja natychmiast potrząsnąłem głową, z rękami ponownie ukrytymi w kieszeniach.
– Nie, dziękuję. Będziemy się zbierać za kilka minut – odpowiedziałem, gładko odrzucając jego ofertę. Nie było mowy, żebym przyjął drinka od kogoś, kto kilka minut temu przyznał się do planowania mojej śmierci.
Przynajmniej jeszcze nie teraz.
– W porządku zatem. To był zaszczyt, raz jeszcze, panie Ricci.
















