Duch w jedwabiu

Duch w jedwabiu

Autor: Lucien Vesper

Powrót ze śmierci
Autor: Lucien Vesper
10 lip 2026
**Elysia** Zbliżyłyśmy się do grupki, ale ona przeciągnęła mnie do dwóch facetów stojących najdalej na lewo od pozostałych. Najbardziej onieśmielających mężczyzn w całym tym towarzystwie. I jednym z nich był człowiek, na którego Tristan kazał mi się nie gapić... Ale jasna cholera, z bliska ten facet wyglądał jeszcze lepiej. Z jakiegoś powodu denerwowałam się, by do niego podejść, podczas gdy on omiatał mnie wzrokiem. Moje serce zaczęło bić nieco szybciej przez wzgląd na intensywność jego spojrzenia. I on nawet nie próbował tego ukryć, gdy bezwstydnie mierzył mnie wzrokiem. Przeniosłam więc spojrzenie na mężczyznę stojącego obok niego. Ten z kolei był wielkości czołgu! Wysoki i tak umięśniony, że równie dobrze mógł być spokrewniony z The Rockiem. Wcale by mnie to nie zdziwiło. – Elysia, poznaj mojego narzeczonego, Dantego. – Gestem dłoni wskazała na Stalowego Giganta. W rzeczywistości był całkiem przystojny, łysy, z ciemnobrązowymi oczami i mocno zarysowaną szczęką z jasnym zarostem. I do tego wysoki jak diabli. Albo to ja byłam cholernie niska. Prawdopodobnie to drugie, jako że mierzyłam zaledwie sto pięćdziesiąt siedem centymetrów, przez co niemal cały czas nosiłam obcasy. Musiałam nieco zadrzeć głowę, żeby na niego spojrzeć. – Miło cię poznać. – Uśmiechnęłam się i wyciągnęłam rękę na powitanie. Spojrzał w dół na moją dłoń z miną kogoś znudzonego życiem, ale i tak ją uścisnął. Cóż, przeuroczo. – A to jego starszy brat, Valerio. – Wskazała na mężczyznę stojącego obok swojego narzeczonego. Tego samego, któremu przyglądałam się trochę za długo; tego samego, który onieśmielał mnie swoim spojrzeniem. *Cholera, był naprawdę bardzo seksowny...* Byli mniej więcej tego samego wzrostu, z tą różnicą, że Stalowy Gigant był o wiele potężniej zbudowany w ramionach niż Valerio. Mimo że Stalowy Gigant był, no cóż, zbudowany jak czołg, to Valerio zdecydowanie bardziej mnie onieśmielał za sprawą swoich miodowobrązowych oczu; pustych i zimnych, zionących chłodem za każdym razem, gdy na mnie spoglądał. – Bardzo mi miło. – Uśmiechnęłam się w jego stronę, mimo że mnie onieśmielał, i jemu również podałam rękę na powitanie. Na całe szczęście, chwycił moją rękę swoją dużą dłonią, bez chwili dłuższego zapatrywania się na nią, tak, jak uprzednio to zrobił Dante. – Elysia. – Powiedział Valerio, jakby testował, jak brzmi moje imię. Kiedy wypowiedział moje imię, po moich plecach przeszedł mimowolny dreszcz. Nie byłam gotowa na to, jak głęboki i zmysłowy był jego głos. Przez co zdawał się być jeszcze bardziej pociągający. Nie miałam pojęcia, jak to było w ogóle możliwe... – Ta, to ja. – Czułam uderzenie zażenowania, mówiąc to na głos, i wykrzywiłam twarz w delikatnym grymasie. Dlaczego, do diabła, miałam powiedzieć coś podobnego i tym samym skompromitować się na oczach tak bardzo, *bardzo*, seksownego mężczyzny? Valerio odwrócił głowę w kierunku Stalowego Giganta, posługującego się też imieniem Dante, po czym zaczęli porozumiewać się między sobą bez wypowiadania jakichkolwiek słów. Bo bez względu na to, co on oznaczał, Dante odwrócił się z powrotem do Talii, chwycił ją w talii i zaczął się oddalać. Talia, odchodząc z Dantem, popatrzyła w moją stronę przez ramię, posyłając mi zdezorientowane spojrzenie. Rozejrzałam się i zauważyłam, że reszta mężczyzn również odeszła. W porządku, więc... Czy ja również powinnam stąd iść? Z powrotem odwróciłam się do Valeria, którego oczy były już utkwione we mnie. Sięgnął dłonią do kieszeni i wyjął z niej paczkę papierosów. Podał w moją stronę pudełko, zachęcając do poczęstunku, ale ja tylko pokręciłam głową i powiedziłam: „Nie palę”. Wziął paczkę do ust i wysunął z niej wargami jednego papierosa, cały czas trzymając kontakt wzrokowy z moimi oczami. W tym, jak to zrobił, było coś szalenie pociągającego. – A więc, Elysia. – Odezwał się, równocześnie podpalając swojego papierosa i zaciągając się obficie ulatniającym dymem. – Wyglądasz okropnie dobrze jak na kogoś, kto umarł kilka lat temu – powiedział od niechcenia, paląc. Słucham? Czy ja go dobrze usłyszałam? – Słucham? – Pokręciłam z lekka głową w niedowierzaniu, zupełnie tak, jakby się po prostu przesłyszała. – Z twojej teczki wynika, że nie żyjesz – powiedział, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie, i wypuścił dym prosto w moją twarz. Rozgoniłam dłonią dym i zmarszczyłam brwi na jego słowa. Z mojej teczki? Jakiej teczki? – Ee... Z pewnością musisz mnie mylić z kimś innym. – Roześmiałam się w zakłopotany sposób. – Elysia Castiglione, lat dwadzieścia cztery, urodzona siódmego listopada, bo jej rodzice postanowili rżnąć się w walentynki. Zmarła na miejscu w wypadku samochodowym w sylwestra trzy lata temu. – Powiedział od niechcenia, zaciągając się kolejnym wdechem papierosowego dymu. – Nie mam pojęcia, o czym mówisz. – Gapiłam się na niego kompletnie zdezorientowana. – Poza tym nie nazywam się Castiglione. Nazywam się Marino. A to bardzo wielka różnica. Z pewnością mylisz mnie z kimś innym, bo jestem całkiem pewna, że nie umarłam. Oczywiście. – Wskazałam na siebie ręką, ponieważ dosłownie stałam przed nim we własnej osobie. – Oczywiście. – Skończył palić, a mój wzrok podążył za niedopałkiem, gdy pstryknięciem odrzucił go na bok. Spojrzałam na niego z powrotem, a on lustrował mnie od stóp do głów, po czym jego wzrok zatrzymał się na naszyjniku spoczywającym między moimi piersiami. – Mimo to nosisz na szyi pamiątkę rodową Castiglione. – Podświadomie dotknęłam swojego naszyjnika. Przysunął się o krok, a moje serce zaczęło bić szybciej, gdy złapał mnie za podbródek i uniósł go nieznacznie, bym mogła spojrzeć mu w oczy. Jego twarz zbliżała się do mojej, jakby miał zamiar mnie pocałować, ale zamiast tego przesunął głowę lekko w stronę mojego ucha. – Zastanawia mnie, dlaczego ojciec trzyma cię przede mną w ukryciu. – Odezwał się zniżonym głosem przyprawiającym o dreszcze. Cofnął się lekko i opuścił rękę. Wypuściłam powietrze, które, jak się okazało, podświadomie wstrzymywałam. Wzdrygnęłam się, gdy spojrzał za mnie i uśmiechnął się diabolicznie do kogokolwiek, kto tam był. Na widok jego wyrazu twarzy, w moim ciele wezbrał strach. Zabójczy i diaboliczny. Musiałam uciec od niego tak szybko, jak to możliwe. Odwróciłam się z zamiarem odejścia, ale znieruchomiałam w pół kroku, stając twarzą w twarz z ojcem, który rzucał mi wściekłe spojrzenie. – Papá – wykrztusiłam. Dziwnie było widzieć go przed sobą, skoro nie widzieliśmy się, odkąd, sami wiecie, matka zabrała mnie i odeszła. Pamiętam, że próbowałam utrzymać z nim kontakt, ale jego numer nagle stał się niedostępny, a wtedy nie wiedziałam, jak inaczej się z nim skontaktować. W końcu zrozumiałam aluzję i przestałam próbować, ale to nie znaczyło, że od czasu do czasu za nim nie tęskniłam. Przecież to był w końcu mój ojciec. – Co ty tu robisz?! – Syknął do mnie ojciec. Ałć. Zdaje się, że te uczucia nie były wzajemne. – Przyszłam tu, żeby się zalać w trupa, bo po co innego. – Powiedziałam tonem sugerującym oczywistość. Dobrze wiedziałam, że mówienie do ojca w ten sposób to brak szacunku. Ale czułam się zaatakowana i zraniona jego reakcją, przez co uaktywnił się mój mechanizm obronny. Czyli bycie sarkastyczną; a to przecież najpotężniejsza broń, jaka istnieje. Czy on tak naprawdę w ogóle nie chciał mnie oglądać? Zmarszczyłam brwi, wpatrując się w niego, ale zaraz zauważyłam, jak reszta gości przerywa to, co robiła, i odwraca się, by gapić się w naszą stronę. No czyż to nie było, kurwa, cudowne? Napięta sylwetka Tristana wysunęła się do przodu; stanął lekko za moim ojcem, niczym ochroniarz. Poczułam, jak ktoś łapie mnie za talię i przyciąga do swojego boku. Wydałam z siebie okrzyk zaskoczenia wywołany tym nagłym ruchem; odwróciłam się lekko i zobaczyłam, że to Valerio przytrzymuje mnie mocno w swoich objęciach. – Vincenzo, ukrywałeś tu przed nami tak uroczy klejnocik. – Odezwał się po włosku. Mój ojciec zacisnął pięści, wpatrując się w Valeria. Ten jednak w ramach odpowiedzi jedynie przechylił głowę na bok. – Tristan, zabierz stąd Elysię. – Mój ojciec rzucił żelaznym tonem. Zanim Tristan zdążył się w ogóle poruszyć, z moich ust wyrwał się krzyk na widok przedmiotu w dłoni Valeria. – Jasna cholera! – Wrzasnęłam, gdy Valerio wyciągnął pistolet i wycelował nim w Tristana. Moje serce zaczęło gwałtownie pompować krew, zmuszając mnie do szybszego oddechu. Próbowałam się wyrwać, ale trzymał mnie żelaznym uściskiem. – Nawet o tym nie myśl. – Wgniótł mnie w swój bok. Gdyby nie trzymał mnie tak mocno, z pewnością ugięłyby się pode mną nogi. Tristan spróbował znów mnie złapać, ale zanim w ogóle zdążył zrobić krok, w powietrzu rozległ się huk wystrzału; krzyknęłam i zakryłam dłońmi uszy. – Następnym razem nie minę, kurwa, twojego łba, jeśli jeszcze raz się ruszysz – oświadczył Valerio zabójczo niskim tonem. Serce waliło mi w klatce piersiowej jak oszalałe, a z każdą mijającą sekundą czułam, jak coraz bardziej miękną mi kolana. Z oczami szeroko otwartymi, jak tylko było to możliwe, spojrzałam na Tristana; już na mnie patrzył z mocno zaciśniętą szczęką. Spojrzałam na ojca i wyglądało to tak, jakby toczył jakąś walkę we własnej głowie. Powinnam była, kurwa, zgodzić się na tego drinka.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Powrót ze śmierci – Duch w jedwabiu | Czytaj powieści online na beletrystyka