— Hej, Vivi, jestem! — Lyra dołączyła do mnie i Lo w łazience, podczas gdy ja przeglądałam się w lustrze. Uśmiechnęłyśmy się do siebie porozumiewawczo, wiedząc, co zaraz zrobimy, podczas gdy Lo miała nietęgą minę, ale wiedziała, że nie ma już ucieczki.
Wystawiłam głowę z łazienki, upewniając się, że teren jest czysty. Na korytarzach nie było żadnych uczniów.
— Chodźcie, ruszamy.
Aby plan się powiódł, musiałyśmy wyjść na parking. Lo zgodziła się stać na czatach, podczas gdy ja i Lyra zajęłyśmy się resztą.
Na mojej twarzy zagościł pewny siebie uśmiech, gdy wyszłam z puszką farby; Lyra miała to samo. Zawsze chciałam poćwiczyć swoje zdolności artystyczne i teraz wiedziałam jak. Mama zawsze mi powtarzała, że jestem protegowaną sztuki.
Podeszłam do samochodu Romana i postawiłam puszkę farby na ziemi, otwierając wieczko. Pomalowałam prawą stronę jego Lamborghini Huracán Spyder na różowo i fioletowo. Lyra pomalowała lewą stronę na zielono i niebiesko. Wyciągnęłam kartkę z napisem: „Zemsta to suka” z uśmiechniętą buźką obok.
Nie mogę się doczekać jego reakcji.
— O, będzie wściekły — zaśmiała się Lyra. — To jego ulubiony samochód, wiesz...
— Tak, dokładnie dlatego ten plan podoba mi się najbardziej. — Przybiłyśmy sobie piątkę, uśmiechając się jak maniaczki.
— Chodźcie, pospieszcie się, zanim zadzwoni dzwonek — szepnęła Lo. Pobiegłyśmy do środka, prosto do łazienki, żeby zmyć farbę z rąk.
Dzwonek rozległ się niemal natychmiast po tym, jak wyszłyśmy z łazienki, sygnalizując początek przerwy obiadowej.
To będzie złoto!
Uczniowie zaczęli wychodzić z klas, a my wmieszałyśmy się w tłum idący do stołówki. Kupiłam frytki i sok, a Lyra i Lo wzięły kanapki i colę. Podeszłyśmy do naszego stolika, siadając z tacami z jedzeniem.
— Nie uważacie, że przesadziłyście? — zapytała zaniepokojona Lo.
— Proszę cię! Powinien był o tym pomyśleć, zanim mnie prawie przejechał — odpowiedziałam hardo.
— Myślisz, że już to widział? — zapytała Lyra.
— Nie wiem...
— Gdyby to zobaczył, na pewno nie byłoby tak cicho.
— Może jeszcze nie wychodził na parking.
— Słuchaj, Lyra, o której w piątek wraca twój brat? — zapytałam.
— Nie wiem jeszcze dokładnie, ale chyba mówił coś o południu.
— Wygląda na to, że ktoś tu nadal do niego wzdycha — droczyła się Lo.
— Co poradzę? Mam słabość do przystojnych chłopaków — odparłam rezolutnie.
— Tak, to widać gołym okiem — powiedziała Lyra, po czym ugryzła spory kęs kanapki.
— Co masz na myśli? — Uniosłam brwi, wpatrując się w Lyrę.
— To napięcie seksualne między tobą a Romanem jest po prostu zbyt silne — odpowiedziała, a ja zakrztusiłam się napojem. Gapiłam się na nią, kaszląc raz po raz, podczas gdy Lo klepała mnie po plecach.
Skąd im to przyszło do głowy? Ja i Roman? Wiemy oboje, że to się nigdy nie wydarzy.
— Chyba nie wiesz, co mówisz, Lyra. Roman i Vivi skaczą sobie do gardeł, odkąd pamiętam. Uwierz mi, tam nie ma żadnego napięcia seksualnego.
— Zgadzam się z Lo. Nie ma między mną a Romanem żadnego napięcia, fuj. — Zrobiłam minę, jakbym miała zwymiotować, żeby podkreślić swoje zdanie.
— Skoro tak mówicie, ale miłość czasem zaczyna się od nienawiści — skontrowała Lyra.
— To się nigdy nie wydarzy, nigdy — odparowałam.
Dźwięk drzwi do stołówki otwieranych z hukiem przykuł uwagę wszystkich. W całej sali zapadła cisza.
Roman wszedł do środka, a z jego uszu niemal buchała para. Jego twarz była czerwona z gniewu, a palce zaciśnięte w pięści.
— Kto to zrobił z moim samochodem? — zapytał, a jego głos był bardzo spokojny, lecz śmiertelnie groźny.
Nikt nie odpowiedział, a ja i Lyra walczyłyśmy ze sobą, by nie wybuchnąć śmiechem.
— Kto, do jasnej cholery, zrobił to z moim autem?! — ryknął, nie będąc w stanie dłużej panować nad złością.
Nie skłamię, trochę mnie to przeraziło, ale nie zamierzałam się wycofać.
Przeskanował wzrokiem salę, aż w końcu zatrzymał go na mnie. Zadrżałam w środku pod wpływem intensywności jego spojrzenia, ale nie odwróciłam wzroku.
— To jeszcze nie koniec — powiedział Roman, wybiegając ze stołówki.
— Ups, jest nieźle wściekły — powiedziałam, nerwowo zachichotawszy.
— No tak, i co teraz zrobimy? — zapytała zmartwiona Lyra, a obie spojrzałyśmy na Lo, która raczyła nas spojrzeniem pod tytułem „A nie mówiłam”.
Reszta dnia minęła spokojnie, aż do dzwonka na koniec lekcji. Odetchnęłam z ulgą.
W końcu wolna.
Lo musiała zostać trzydzieści minut po szkole na jakimś kółku, do którego dołączyła, a Lyra już wyszła — udzielała korepetycji dzieciakom. Ponieważ Lo była moim transportem do domu, postanowiłam zabić czas w łazience, przeglądając Instagrama. Kiedy wyszłam, korytarze były już puste.
Miałam jeszcze pięć minut. Ech.
Wyszłam ze szkoły, decydując się poczekać na Lo w jej samochodzie, ale zanim tam dotarłam, usłyszałam, jak ktoś wykrzykuje moje imię.
— VIVI! Co ty sobie, do cholery, myślałaś?! Co zrobiłaś z moim autem?!
Zasadzka! Powtarzam, wpadłam w zasadzkę. Ratunku.
Wiedziałam, że nie mam drogi ucieczki, więc oparłam się o samochód, a Roman stanął tuż przede mną.
Jezu... czy wspominałam już, że jest cholernie wysoki?
W co ja się wpakowałam?
















