— Vivienne, co ty, do kurwy nędzy, zrobiłaś z moim autem? — warknął. — Dlaczego, do diabła, zrobiłaś coś takiego mojej małej?
Zakpiłam z jego słów. Czy on właśnie nazwał swój samochód „małą”? No cóż, pewnie też bym tak zrobiła, biorąc pod uwagę, jaki jest cholernie drogi.
Jego twarz stała się śmiertelnie poważna, wykrzywiona w pogardzie. — Nie wiem, z czego się tak cieszysz, bo to wcale nie jest zabawne. — Złapałam się za serce, jakby jego słowa mnie zabolały.
— Ooo, chciałabym móc powiedzieć, że mi przykro. Ale oboje wiemy, że kłamałabym jak najęta. Nie musisz być taką smutną kupką nieszczęścia; to nie tak, że ty nie miałeś wczoraj frajdy, kiedy prawie mnie przejechałeś.
— Chrzan się, Vivienne.
— Nie zajmuję się wolontariatem, i jestem Vivi. — Nie wiem, dlaczego ciągle nazywa mnie Vivienne; wie doskonale, że nie lubię swojego pełnego imienia, ale robi to tylko po to, żeby mi dopiec.
— Jeszcze ci się odwdzięczę, Vivienne! Pożałujesz tego. — Pochylił się w moją stronę i musnął swoimi miękkimi wargami moje ucho. — Po prostu poczekaj i zobacz, księżniczko.
Mierzyliśmy się wzrokiem, żadne z nas nie zamierzało ustąpić. — Czekam z niecierpliwością — odparowałam.
— I słusznie — rzucił, po czym wsiadł do samochodu i odjechał.
No dobrze! To było coś.
Starałam się nie myśleć o jego groźbie, czekając, aż Lo skończy zajęcia. Gdy tylko wyszła ze szkoły, wsiadłam do auta, nie mówiąc ani słowa. Ruszyłyśmy w stronę mojego domu, a Lo trajkotała o imprezie, podczas gdy ja prawie jej nie słuchałam, pogrążona we własnych myślach.
Gdy tylko dotarłam do domu, mama wysłała mnie po zakupy, sama idąc odebrać Arlo ze szkoły. Przechadzałam się alejkami w „Savor & Select”. Miałam już wszystkie potrzebne rzeczy, w tym jajka, mleko, bekon, napoje i tak dalej. Podeszłam do działu z przekąskami po Pringlesy.
W momencie, gdy już miałam się poddać, znalazłam ukryty skarb na najwyższej półce.
Jest!...
Zauważyłam, że została tylko jedna puszka, więc rzuciłam się tam, stając na palcach, by po nią sięgnąć, i wtedy zobaczyłam czyjąś inną dłoń, która też do niej zmierzała.
Moja ręka otarła się o tę osobę. Spojrzałam na wysoką postać i skrzywiłam się.
Roman.
— Byłam tu pierwsza; oddawaj — powiedziałam, krzyżując ramiona na piersi.
— Chciałbym, ale jak to mówią: znalezione nie kradzione, a kto przegrał, ten frajer — odpowiedział drwiącym tonem.
— Czy nie ma gdzieś jakiejś kuli, przed którą mógłbyś, nie wiem... rzucić się na ratunek? — odparowałam. — Przecież ty ich nawet nie lubisz.
— Nie bądź taka zgorzkniała, amore, po prostu bądź lepsza. I przestań mieć na moim punkcie obsesję. Rozumiem, jestem przystojny.
— Chciałabym spojrzeć na świat z twojej perspektywy, ale nie potrafię wsadzić sobie głowy tak głęboko w tyłek. — Przewróciłam oczami.
— Tak, przewracaj nimi dalej; może znajdziesz tam gdzieś mózg.
Westchnęłam ciężko. — Po prostu oddaj to, Roman.
— Hmm... NIE! — Potrząsnął głową i odszedł.
— Panie, daj mi cierpliwość, bo jak dasz mi siłę, to będę potrzebowała pieniędzy na kaucję — szepnęłam do siebie, patrząc jak odchodzi. Odwrócił się jeszcze, by puścić mi oczko, zanim stanął w kolejce do kasy.
Nie miałam innego wyjścia, jak wziąć paczkę zwykłych chipsów i zapłacić. Po powrocie do domu rozpakowałam zakupy, kładąc je na odpowiednie miejsca. Mama i Arlo już byli. Poszłam do pokoju i wyciągnęłam zadanie domowe. Usiadłam na łóżku, by je odrobić, przy dźwiękach hip-hopu płynących z mojego małego głośnika.
♤♤♤♤
— Vivienne Vance, ile razy musimy rozmawiać o twoim problemie z wyłączaniem się? — zapytała zadziornie Lyra.
— Przepraszam cię, moja mroczna królowo. — Lyra przewróciła na to oczami, a Lo po prostu się zaśmiała.
W tej chwili cała nasza trójka była na lunchu, bo wszystkie miałyśmy wolną godzinę.
— Więc co, dziś wieczorem film u mnie? — zapytała Lyra.
— Jasne, pasuje — powiedziałam do Lo, wkładając do ust łyżkę budyniu.
— Tak. O, i Brooks przyjdzie, nie wiem tylko, kogo ze sobą zabierze.
— Myślę, że mam już dość Romana na dziś; po prostu upewnij się, że on nie przyjdzie.
— Zapytam Brooksa i dam ci znać — odpowiedziała Lo.
Kontynuowałyśmy lunch, a ja opowiedziałam dziewczynom, co wydarzyło się wczoraj.
Po szkole poszłam wziąć prysznic i przebrać się przed wyjściem do Lo. Podeszłam do drzwi i zadzwoniłam dzwonkiem. Kilka minut później Lo otworzyła i niemal natychmiast mnie przytuliła.
— Wiesz, że mogłabyś po prostu wejść zamiast dzwonić — powiedziała.
— I nakryć ciebie i Brooksa nago? Nigdy więcej nie chcę przeżywać takiego horroru.
Wybuchnęła śmiechem. — To było komiczne; twoja mina była bezcenna.
— Naprawdę, będziesz się po prostu śmiać? Małe ostrzeżenie byłoby lepsze.
— Wiem, sorki. Wchodź, Lyra już czeka.
Weszłam do środka, a Lo szła za mną. Obie weszłyśmy do salonu, gdzie zastałyśmy Lyrę zajadającą pizzę z pepperoni i przeglądającą telefon.
— Gdziekolwiek jest jedzenie, tam znajdziesz Lyrę.
— Co ja poradzę, Vivi? Po prostu mam niegasnącą miłość do jedzenia. — Dalej dopychała się pizzą.
— Zastanawiam się, gdzie to się w niej mieści — powiedziała Lo. Lyra była najbardziej żarłoczną osobą w grupie, a jednocześnie najdrobniejszą; mogłaby zjeść całą zebrę i nie przytyć ani grama, a wcale nie ćwiczy.
Ja nie mogę zjeść nic bez przybrania kilku funtów.
— Co poradzę? Mam ciało bogini — rzuciła żartobliwie Lyra, śmiejąc się. Dołączyłyśmy do niej i usiadłyśmy na fotelach.
— Więc co oglądamy? — zapytałam zaciekawiona.
— Nie wiem, może ty i Lyra przejrzycie Netfliksa i znajdziecie coś fajnego, a ja pójdę zrobić popcorn? — Lo wstała i poszła do kuchni.
Wzięłam pilota i włączyłam Netfliksa. Przejrzałyśmy mnóstwo filmów i zdecydowałyśmy się na komedię przygodową „Wyprawa do dżungli”. Zatrzymałam film, czekając, aż Lo wróci z popcornem.
— Brooks nie da rady; trener kazał im jeszcze potrenować, bo następny mecz mają w przyszłą sobotę — powiedziała Lo, wchodząc do salonu z miską popcornu w jednej ręce i telefonem w drugiej.
— Czyli zostaje babski wieczór — stwierdziła Lyra, wstając, by wziąć miskę z popcornem.
— Na to wygląda.
















